Strona:Tryumf.djvu/158

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Cóż ty robisz, bój się Boga, kobieto?
— Całuję cię —
— A to po co? Ale dajże pokój!
— Niechcesz? Fhed?
— Ale dajże mi iść spać? Do trzeciej rżnął ci wiersze — dobranoc ci, Pusiu!
— Dobhanoc...
— A to pudło stare! Jeszcze czego mu się zachciewa?!

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

„Jaśnie wielmożny wojewoda przynajmniej trzech szlachciców na tydzień rżnął w pysk, a potem łagodził sprawę stosownie do stanowiska: czasem czapką sobolową, a czasem i tabakierką z szylkretu. Raz jaśnie wielmożny wojewoda, wychodząc z zajazdu, gdzie podochociwszy sobie wystałym miodem, dwunasty braci szlachty w pysk trzasnął i co miał przy sobie, wszystko rozdał, tak, że w końcu szlachcie już i pieniądze wprost z kalety podróżnej dawał, iż ich zbrakło, ujrzał przy drzwiach wysokiego szlachcica, który mu drogę zastąpił. Puść waść — rzecze aśnie wielmożny wojewoda
— A nie puszczę!
— Puść, proszę!
— Nie.
— A to tak! — i aśnie wielmożny wojewoda w pysk trzasnąć raczył, aż się szlachcic ku ścianie pochylił. A miał na sobie jaśnie wielmożny