Strona:Tryumf.djvu/39

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


chrem drzewa. Prawie pod naszemi nogami przetaczały się znoszone głazy i jodły. Nagle począłem słyszeć w wodzie zgrzyt i brzęk.
— Szyny! — krzyknęła Marta.
Nie mogłem mieć wątpliwości, że jak daleko oberwanie chmury sięgnęło, robota nasza musiała ulec zniszczeniu. Woda ją poprostu musiała zedrzeć, zmyć i znieść.
Zacisnąłem pięści.
W świetle błyskawic, jasna od łuny płonącego mostu, wśród ryku piorunów, wichru, deszczu i powodzi, Myrta stała przedemną, patrząc mi w oczy, z rozwartemi ustami, z rozdętem nozdrzami, z oczyma, w których odbijały się płomienie błyskawic.
— Widzisz?! Nie pójdziesz dalej! Musisz zostać! Zaklęłam burzę, zaklęłam wodę, zaklęłam pioruny! Płonie twój most, toczą się twoje szyny, wszystko leci w tę rzekę tam, na dole. Musisz zostać, bo ja tak chcę!
Straszliwy gniew zadławił mi gardło.
— Zbuduję nową kolej, postawię nowy most! — krzyknąłem. — Napróżno chcesz mnie zatrzymać ty i twój straszny las! Gdybyście się skłębili w jednego potwora, któryby mi stanął na drodze, zdławię go i pójdę naprzód!
Myrta zdawała się nie słyszeć moich słów. Chwyciła mnie za ręce i cisnąć je z całych sił, mówiła namiętnie: