Strona:Tryumf.djvu/148

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Jak taki pathyahcha mówi...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

— Sługa pana hrabiego dobrodzieja!
— Cóż, panie Pałaszowski, ładnie strzeliłem, co?
— Jak Dyana, jak Boga kocham, jak Dyana!
— Kiedy byłem na bażantach w Anglii —
— Toś tam był przedstawiony lordowi Douglasowi.
— Nie byłem wcale „przedstawiony“ mój Fredzie, tylko zapoznaliśmy się —
— Tylko tyś zapamiętał jego nazwisko, a on twego nie —
— Mój dro —
— Lord Douglas — Witold Marcyan Kaczykuper z Wielkich Obór Udęcki. Zaraz sobie pomyślał: o! magnat ze wschodniej Galicyi! Cóż pan taki milczący, panie Wiadropojski?
— Do usług pana hrabiego!
— Cóż, panie Wiadropojski, jakże tam dziki w Porytem?
— Czekają na pana hrabiego, czekają!
— Nie strzelaliście?
— A broń Boże! Tyle obiecane zaszczytne odwiedziny — —
— Ale to chłopom musiało szkodę porobić?
— At kwiczało tam to tałałajstwo —
— Któż? Chłopi, czy świnie?
— Hahaha! Na honor! Hahaha!