Strona:Tryumf.djvu/74

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


zadumane u skraju przepaści — ale kształtu szukanego nie dały.
Rzucił się więc artysta w studya filozofii, próbował wydrzeć kształt duszy religiom świata, szukał ziarna, któreby mu zapłodniło mózg żądanym obrazem, ale zawsze napróżno.
Począł więc szukać go w życiu. Stanęła przed nim kobieta, kobieta, o której mówią, że jeżeli powstała idea aniołów w niebie, to dlatego, że ona jest na ziemi. Począł kochać, kochać kobietę, jak bóstwo i jak do bóstwa się modlić, myśląc, że może modlitwą swoją wywoła z niej duszę jej i ujrzy podług niej uczyni, co mu uczynić kazano. Ale nawet miłość najwyższa, nawet ubóstwienie kobiety nie otwarło mu oczu, nie rozdarło czarnej zasłony przed niemi.
Więc przestał kochać.
I otoczyła go pustka, pustka pełna rozpaczy i bólu. Nic tworzyć nie mógł, wszystko bowiem, cokolwiekby stworzył, wydawało mu się świętkradztwem i bluźnierstwem wobec jego idei, wobec tej woli, która mu rozkaz dała.
Począł się jednak zastanawiać, co on miał uczynić?
Co miał uczynić? Wyrazić w plastycznym kształcie duszę ludzką? Jestże to podobnem? Jestże to możliwe? Nie jestże to szaleństwem? Szałem i obłędem twórczego mózgu, godnym śmiechu każdego rozumnego, normalnego czło-