Strona:Tryumf.djvu/146

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


działa, że panowie polscy mają jeszcze co sprzedać I to coś warte

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

— Ja, proszę stryja, zawsze mówię moim chłopcom: trzymać się klamki dworskiej i nadstawiać nosa, skąd wiatr wieje. Polacy w Wiedniu w łasce — dobrze; Polacy w niełasce — także dobrze, byleście wy w łasce zostali. Tron nas potrzebuje, ale my tronu jeszcze więcej.
— Słusznie, bardzo słusznie! A co, kochany Fredzie, myślisz z nimi zrobić?
— Majątku nie podzielę, Zygmunt, najstarszy, dostanie cały klucz Tatarowski i Bałwanowszczyznę. A Bogusia i Adasia oddam do wojska. Boguś już w Terezyanum, Adaś pójdzie na przyszły rok. Uważam to sobie poprostu za patryotyczny obowiązek względem dworu.
— I gdzież? Naturalnie do ułanów?
— Nie, gdyby się dało, to do jakiego czeskiego lub austryackiego pułku dragonów. Mają wejść w stosunki, to niechaj wejdą w najpierwsze — z Lichtensteinami, z Schwarzenbergami, z Lobkowicami, z Auerspergami et caetera.
— Zhesztą phoszę wuja, podobno dhagoni lepiej są widziani u góhy.
— I kto wie jeszcze co się zdarzy? Chłopcy przystojne, zdrowe — karyerę się robi nietylko przez konika i szabelkę... Trzeba wogóle dobrze jeździć...