Strona:Tryumf.djvu/123

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


panna Ewa... Milciby się powiedziało, że się jedzie do ciotki, a pannie Ewie za dwa tygodnie, że się musi wracać, bo się ma „ważne zajęcia“ w redakcyi...
Tymczasem jednak, jak na złość, nie przychodziło mu nic na myśl „o słońcu“, tem więcej nic godnego aż siedmiu kopiejek od wiersza... Od tygodnia o tem myślał i nic wymyśleć nie mógł — — nie szło, jak to czasem bywa. Był zmęczony, znużony, upał dopiekał, kurz, zaduch, wszystko nie uspasabiało do pisania. Za cztery dni miał oddać robotę — oprócz zaś pięciu, czy sześciu arkusików papieru z napisem „Słońce“ — przez Hektora Żytniewicza — nie miał nic.
Wyszedł więc rano w pole „szukać inspiracyi“.
Po drodze spotkał księgarza, który niedawno od niego kupił tomik drobnych szkiców, płacąc po trzy ruble od arkusza, i właściciela drukarni, gdzie się te szkice miały drukować; jechali na rowerach, księgarz w piaskowym spencerku, drukarz w ciemnogranatowym trykocie. Obaj ukłonili mu się pierwsi... Ludzie bardzo cywilizowani... On nie miał wprawdzie ani roweru, ani ciemnogranatowego trykotu, ani piaskowego spencerka, ale „miał przyszłość“. Kto wie, czy nie tkwi w nim drugi Sienkiewicz, albo Prus — sława narodu, oni zaś są tylko przemysłowcami...
Skrzywił dumnie głowę od lewej strony ku górze — „poczuł się“. Był artystą, kwiatem inte-