Strona:Tryumf.djvu/177

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Tyle daje? Zahaz whócę. Panie Mendelpflanz!
— Słucham jaśnie pani hrabiny —
— Mój mąż się thochę obhaził na pana — waha się —
— O — — jaśnie pani hrabina pozwoli coś powiedzieć?
— Phoszę.
— Ja, choć jestem niby Żyd, ale jabym dał na ręce jaśnie pani hrabiny pięćdziesiąt reńskich na misye w Afryce — niby przy zawarciu umowy.
— Bahdzo panu dziękuję. Ja myślę, że pan już jednak może być spokojny.
Pawle! Phoszę powiedzieć kucharzowi, że na jutho na śniadanie dwa kotlety więcej!

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

— Bo widzi pan, panie komisarzu, chłop twierdzą, że te sześćdziesiąt morgów są ich własnością, że kupiony od nich był tylko las, a nie grunt pod nim —
— Proszę być spokojnym, panie hrabio proszę być spokojnym!
— A tu mi właśnie te sześćdziesiąt morgów klinem w mój las wchodzą —
— Ależ naturalnie, panie hrabio, naturalnie Proszę być spokojnym!
— I jest mojem szczerem przekonaniem, że należą do tatarowskiego skarbu —