Strona:Tryumf.djvu/36

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Most już gotów. Odchodzę jutro.
— I nie wrócisz?
— Nie.
— Dlaczego?
— Lękam się.
— Mnie?
— Raczej siebie.
— Myślisz, że nie pójdę z tobą, prawda?
— Tak, ty ze mną pójść nie zechcesz.
— Więc zostań tu! zostań, zostań!
Jej głos zmienił się w szept, przyklękła przy mnie i mówiła mi ustami w usta.
— A tam? — wskazałem ręką przed siebie.
— Tam?! — rzuciła się w tył. — Tam?! Tam, co cię to obchodzi? Czy wolisz ludzi, których nigdy nie widziałeś, niż mnie? Czy myślisz, że tam będziesz szczęśliwszy, niż ze mną? Po co ty tam idziesz? Nie pójdziesz ty, to pójdą inni, jeden, drugi, dziesięciu innych! Czy ty tylko jeden umiesz kolej budować? Ale tylko ciebie jednego ja chcę kochać! Rozumiesz, słyszę?! Ciebie, ciebie tylko jednego! Ja nie chcę, abyś ty odchodził odemnie! Ty musisz zostać! Musisz! I zostaniesz!
Tu w pobliskiem miasteczku — szeptała, zniżając znowu podniesiony głos — osiedlisz się. Będę do ciebie przybiegała konno. Widziałeś moją karą klacz ze strzałką na czole? Wiatrem mię do ciebie nosić będzie. Codzień będę u ciebie, kiedy