Strona:Tryumf.djvu/61

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Uczynięć możnym, bogatym i szczęśliwym.
Ale poeta, potrząsnąwszy głową, odrzekł:
— Ojcze bogów i ludzi, nagroda twa i skarby twoje nad zasługę śmiertelnych, godne twej nieśmiertelnej i wszechwładnej ręki — mnie ich jednak nie trzeba. Jam już bogaty, możny i szczęśliwy.
Zdumiał się olimpijczyk.
— Jakże to? — spytał. — Na barkach twoich, o poeto, widzę płaszcz zakurzony i kurz widzę z dróg ciężkich i trudzących na nogach twoich, a w ręku twym wędrowny kij. Smutek worał się bruzdami w twe czoło, w ustach twych mieszka gorycz i żal, a witałżeś kiedy złoty wóz Heliosa uśmiechem? Bez domu jesteś, jak ptak, któremu spłonęło gniazdo, samotny jesteś, jak górski głóg na skale — jakżeś to możny, bogaty i szczęśliwy? Cóż ty masz?
Ów zaś odparł:
— Jedno kobiece serce, które mnie słucha.
Uśmiechnął się ojciec bogów i ludzi i kładąc promienistą dłoń na ramieniu poety, powiedział:
— A jeśli uczynię, że cię słuchać nie będzie?
— Wtedy daj mi śmierć — rzekł poeta.

∗             ∗

Atoli Pan sprzeka, co nieopodal w gąszczu leżał, koźle nogi na krzyż założywszy, i gałązką wonnego mirtu muchy od siebie odganiał, ozwał się grubym basem:
— Wtedy daj mu inną, ojcze Zeusie.