Strona:Tryumf.djvu/77

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


zwały szalonym Faunem: bóg się wypromienił, bóg jasny i święty, godny Eteru. Lecz w tejże chwili, w chwili zachwytu i wniebowstąpienia, padła nań śmierć.
Taką legendę znał artysta i gdyby mu nawet tak umrzeć przyszło, radby był umrzeć, zazdroszcząc Faunowi z legendy, że miał jedną chwilę objawienia, że jedną chwilę: widział.
Bo zaiste, lepiej jest raz wejrzeć w niebo, niż stulecia tylko ziemię oglądać.
Stracił nadzieję.
Wtem, w nocnym mroku, niewidzialna, ale blizka, stanęła Ona...
Serce, które ją uczuło, zadrżało, stokroć więcej zadrżało, niż drży, kiedy kochana, upragniona kobieta szepnie niewidzialna w mroku nocnym: przyszłam, jestem...
Ona, Dusza, dusza ludzka...
I zadźwięczał jej głos: gdzież to mnie szukasz?
— Szukałem cię wszędzie, na ziemi i w niebie.
— Więc pójdź.
Naówczas otwarł się przed oczyma artysty przedziwny świat. Nie była to ani ta ziemia, którą oczy ludzkie widzą, ani to niebo, które myśl ludzka marzy. Był to bezmiar, niezmierna, nieskończona przestrzeń. Wieki i światy, miliardy wieków i miliardy światów krążyły tu nieskończone w nieskończoności. Wszystkie wyżyny i wszystkie głębie tu