Strona:Tryumf.djvu/21

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Po chwili parobek wrócił z odpowiedzią, że pani jest w ogrodzie i tam prosi.
Zły i zawiedzony oddałem konia i poszedłem za służącym, który wyszedł po mnie; powiem tej babie, że będą strzelać i niech ją zresztą dyabli porwą!
Będę minutę, powiem i odjadę.
Nawet się nie spytam o córkę, co mi tam! Przeszliśmy przez sień do ogrodu. I znowu jak w romantycznej bajce: na gałęzi chowany sokół, sarna i gończy pies u jej stóp, a na darniowej ławce z książką w ręku, ona, ta, której niema, ale jest tylko jeden cud...
— Jesteście panowie kolegami z moim mężem, ponieważ obaj służycie królowi — rzekła wstając i wyciągając ku mnie rękę — przyjmuję więc pana, mimo że męża mego niema w domu. Proszę niech pan siada. Pan w okolicy buduje kolej — nieprawdaż?
Żadnych:
— Co pana sprowadza i t. d.
Usiadłem i rozmawialiśmy — nie wiem o czem.
Kiedy mówiła, zdawało mi się, że za kwiatem rośnie kwiat. Tymczasem jej duże, ciemnoszafirowe oczy snuły mi się po twarzy i zupełnie niezależnie od ust, swoją miały wymowę.
Pytały.
Pytały mię o mnóstwo rzeczy najtajniejszych, najskrytszych, najbardziej nie do wymówienia. Py-