Strona:Tryumf.djvu/25

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


I tak chodziliśmy po lesie, jakbyśmy nie żyli na ziemi.
Zaczarowane państwo znów otwarło przed nami bramy. To, co młody człowiek może śnić, może marzyć, to, za czem miliony tęsknią, czego miliardy pragną i co nie jest im dane nigdy: to miałem urzeczywistnione.
Chodziliśmy po lesie, jakbyśmy nie żyli na ziemi.
Było źródło błękitne, jasne, obrosłe przez lilie i tulipany czerwone. Sama je tam Myrta posiała na wiosnę. Kwitły i odbijały się w wodzie. Tym była nasza najulubieńsza wycieczka.
Tam, kiedy odeszła raz, aby wydać podwieczorek czeladzi, leżałem twarzą ku ziemi, patrząc w wodę i odbite w niej kwiaty i wierzchołki drzew. Myślałem o niej, jak jest piękna. Nagle uczułem na oczach dwie dłonie.
— Kto? — spytał mię zmieniony głos.
Nie wiem dlaczego odpowiedziałem:
— Żona.
Chwila milczenia i naturalny głos Myrty odpowiada mi:
— Ja nie jestem żona.
Wykręciłem kark i spojrzałem jej bystro w oczy. Była różowa cała od rumieńca.
— Ja nie jestem żona — powtórzyła.
Nie pytałem się naturalnie o nic.
— Ja wyszłam za mego męża — mówiła da-