Roman Zero

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
>>> Dane tekstu >>>
Autor Włodzimierz Stebelski
Tytuł Roman Zero
Podtytuł Nowela lwowska
Data wydania 1883
Wydawnictwo „SZCZUTKA“
Druk K. Piller
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


ROMAN ZERO
NOWELA LWOWSKA.
Napisał
WŁODZIMIERZ STEBELSKI.
Wydanie poprawione.
LWÓW.
NAKŁADEM WYDAWNICTWA „SZCZUTKA“
1883.
Z DRUKARNI K. PILLERA
I.

...A więc po walce niemej a tragicznej
Postanowiłem sobie w łeb wypalić!
Ale nie schodzę z życia drogi mlécznej,
Aby jak gwiazda gasnąc się rozżalić,
By na cmentarzu w skardze spazmatycznej
Żebrać o pomnik i pamięć utrwalić —
Nie chcę nikogo do litości wzruszyć,
Chcę tylko boleść konania zagłuszyć.

Może nie zawsze będę stać spokojny,
Kiedy skalpelem sobie pierś rozkrwawię,
I kiedy, w śmierci jeszcze w prawdę zbrojny,
Na strzaskanego życia stanę nawie,
I żywot marny, znikczemniały, znojny,
Obnażę Bogu w bólu i niesławie —
Od samobójcy czyliż kto usłyszy
Piosnkę pogody i słonecznej ciszy?


Ale ty nie sądź, co te znajdziesz karty,
Żem się wychował w szarlatanów lidze,
Która jak aktor na Tarpei wsparty
Woła: Narodzie, ja płaczę i szydzę!
Patrz, jaki kostium mam pięknie rozdarty!
I dotąd jeszcze szczerze nienawidzę
Tego Musseta, co absyntem spity,
Bluźniercze skargi miotał pod błękity.

Albowiem wrogiem od młodości byłem
Wyuzdanego samoubóstwiania,
Co szuka wrzawy i w powietrzu zgniłem
Kadzidła tłumów jako płaz pochłania —
Nigdy w koronę głowy nie stroiłem,
Kłamana wielkość mnie nie obałwania!
Wierzyłem w Boga, nie wierzyłem w tłumy,
Jeśli umieram, to umieram z dumy!

I może poznasz, mój ty czytelniku,
Że ta opowieść jest wydarta z serca,
Że nie skąpana w obcych gadek mleku,
Ni z wyobraźni wysnuta kobierca —
Albowiem zawsze znać po żywym krzyku
Boleść, co z piersi jak wąż się wywierca
I echem woła mroźnem i rozbitem —
Ja ci na nerwach takim zagram zgrzytem!


Lecz jeśli czujesz, że dla tej powieści
Dusza ci nie jest dość opancerzona,
Że sobie nową wiarę w niej wypieści,
A stara smutnie jak skazana skona —
Jeśli to czujesz, to nie słuchaj treści!
Nie chcę żadnego mieć tu epigona,
Nie chcę niczyjej wiary walić spiżu,
Nie chcę nikogo mieć na moim krzyżu!

A więc zaczynam smutną tę legendę...
Wielkiej poezji nie dam jej szkarłatów,
W modne girlandy stroić jej nie będę —
W przededniu śmierci nikt nie szuka kwiatów!
Ani też sławy sobie nie wyprzędę —
Kto się zwie Zero, ginie bez wiwatów!
Tylko wysnuję z wspomnień mych spowicia
To co mi stworzył demon mego życia.






II.

Zowię się Zero. Kiedym się urodził
I tchu zapragnął, łkając: pierwsze jestem,
Fagasów zastęp do mnie nie przychodził
W kornej postawie z powitania gestem —
Nikt pocałunkiem ust mi nie osłodził
I nikt miłości nie uświęcił chrzestem;
Matka umarła, ciężkim bolem ścięta
I bezimienna jak nieznana święta.

Ojca nie znałem także. Powiadano,
Że znikł gdzieś w burzy, co chronicznie błyska
I rewolucyj polskich nosi miano
I z domowego rzuca nas ogniska.
Więc narzeczonę rzucił rozpłakaną —
Dawno ją blady śmierci anioł ściska!
A skryba prawdę wypowiedział szczerą,
Kiedy do księgi wpisał imię Zero.


O mój grabarzu! Gdy powtórzysz imię,
Ty nie uwierzysz, jaki byłem dumny,
Kiedy w nicestwa mego marnym dymie
Między wyniosłe szedłem wciąż kolumny,
I dziś, gdy gasnę już i duchem drzemię
Na czarnem wieku mej ubogiej trumny —
Z tej smutnej celi leci myśl skrzydlata
I błogosławi wszystkie Zera świata!

Ty może myślisz, że pragnąłem sławy?
Takiej, co w sobie wszystek blask zestrzela
I wśród gawiedzi wyścigowej wrzawy
I dzwonów bicia sobie tron wyściela?
Takiej, co sama grzmi u świata nawy,
A wszystko inne marnie zatopiela,
By zwyciężała, w żądzy swej szalona.
Albo ginęła z patosem Nerona?

Nie tego chciałem w poczuciu, żem mały.
Chciałem nie wiele zrobić, ale szczerze,
W cichego trudu modły i zapały
Pragnąłem wcisnąć całe życia Wierzę,
Skrzydeł genjuszu słuchać, co wspaniały
Nawet maluczkich wiedzie na przymierze —
Aby do pracy szli w poświęceń stali
I co kochają, gorąco kochali!


Widzisz grabarzu, że z mojej tyrady
Czysty zdrój płynie serdecznemi słowy,
I że, siadając do śmierci biesiady,
Jeszczem spokojny, rozumny i zdrowy...
Lecz jeśli prawda, że bywają gady,
Co rozdeptane wnet podnoszą głowy,
To jestem z dumnych tych, co wnet konają,
Bo rozdeptane nigdy już nie wstają...






III.

Jestem rzeźbiarzem. Wszakże-ście widzieli
Skromne, niewielkie dzieła mego dłuta!
W moich posągów marmurowej bieli
Nie była żadna trwoga burz wykuta,
W moich kamieniach zawsze się anieli
Pogoda ducha, z tej myśli wysnuta,
Że powołaniem jest szlachectwa sztuki,
W ozdobie piękna służyć dla nauki.

Więc na wystawach śledziłem w ukryciu,
Czyli kto patrzy na mej myśli dzieło
I jak się w jego duszy upowiciu
Moje pragnienie jak ziarno poczęło.
Wrażenia sztuki wciąż szukałem w życiu
I zawsze serce mi radością drgnęło,
Gdy patrzącego mając na widoku,
Ujrzałem prawdę moją w jego oku.






IV.

Któż mi dał spokój cichy i słoneczny,
Co się wciąż psalmem dziękczynienia tkliwi,
Co zapatrzony w niebios namiot mleczny
Pokarmem szczęścia swojego się żywi
I tylko żąda, aby był on wieczny,
I aby wszyscy byli tak szczęśliwi! —
Dało mi życie, co wzięło sierotę,
Aby mu złożyć całowanie złote.

Więc mnie w sieroctwie i mizerji zoczył
Mąż miłosierdzia, jak apostoł prawy —
Bezimiennemu przyszłość rozobłoczył,
Kazał do pracy iść i cichej sławy;
Taką sierotę opieką otoczył,
Że chleb ten ciała i ducha łaskawy
Nigdy nie gorzkniał w ustach łzą zroszony —
Bo mi go dawał prorok namaszczony!


Tak jest! Ten szlachcic dziś niezrozumiany,
Ten Nawarecki wielkim jest prorokiem!
On na narodu swego patrzy rany
Źrenicą ojców, ale nowym wzrokiem,
A jego dłonią chleb nędzy podany
Staje się zdrowia balsamicznym sokiem —
Goi otwarte dawnych grzechów blizny
I społeczeństwo zbawia dla ojczyzny!

Tak jest! Ten szlachcic wolę miał niezłomną,
Kiedy się z pola głośnych walk usunął,
Gdy nad ruiną stojąc wiekopomną,
Zamiast filaru, który w próchno runął,
Chciał wybudować świątynię ogromną —
Więc architektom wtedy w oczy plunął
Za to, że kłamnie, z miną wyuzdaną,
Własne mu serce w oczy fałszowano!

Ale nie poszedł spać — i gdy na karkach
Ciężyło tamtym godło wybawienia,
Gdy sztandar życia w mizernych frymarkach,
Jak ogon pawia ciągle się odmienia —
On wierzył w siebie i na własnych barkach
Wyniósł z ruiny arkę odkupienia
I nad tą arką czuwał sam od rana —
I taką była zemsta dżentelmana!


Więc sobie chleba ujął sam od gęby —
I miłosierny jak Samarytanin,
Poszedł do nędzy w ciche dziewosłęby
Aż do najdalszych społeczeństwa tkanin.
A upior głodu i pożarów kłęby
Znają już dawno czarę jego danin —
Chociaż ta czara nigdy nie rozbłyska
Dla bulwarowych tłumów widowiska.

Tylko z daleka szmer po mieście chodzi,
Że z szlachetnego starzec ten metalu.
Więc żadna krzywda drogi mu nie grodzi
I niedopada mu do pjedestału
Kamień oszczerstwa, ten honoru złodziej,
Ani ta pani, co żądna skandalu
Zbiera kamienie jak pstra arabeska —
Opinja świata... metresa królewska!






V.

Hrabia ma żonę. O czyli-ż wam znana
Ta postać miękka i jak palma wiotka?
W jakiej-ś nieziemskiej rosie ukąpana,
Jak seraficznej pieśni wonna zwrotka?
W każdem spojrzeniu w uśmiech rozigrana,
W każdym uśmiechu jak zbawienie słodka?
Wszystko to mało! Tej czarownej pani
Trzebaby złożyć sto metafor w dani.

Ani ja umiem w zimnem świetle gazu
Migać najdroższej pamiątki pierścieniem!
Ani ja zdołam wskrzesić jej obrazu,
Choćbym maestrów władał namaszczeniem!
Jej nie odczujesz w martwej formie głazu,
Musisz koniecznie jej oddychać tchnieniem,
Patrzeć jej w oczy, patrzeć na nią całą —
Abyś zrozumiał, co się ze mną stało!


A nadewszystko te niebieskie oczy!
Widziałem wszystko już: modre błękity,
Dalekich mórz, widziałem strop przeźroczy
Niebios, co wzniosłe Alp całują szczyty,
Szafiry z złotych wypadłe jak z warkoczy —
Nawet haszyszu słodkim snem spowity
W błękitne oczy hurysek patrzałem —
Takich błękitów jednak nie widziałem!

Bo taka biła z oczu tych tęsknota,
Pełna pragnienia a zrodzona z wiary,
Żeś musiał krzyknąć: Tak wygląda cnota,
Co pójść gotowa i na stos ofiary,
By grzech odkupić bliźniego żywota
I jad odwrócić od bliźniego czary —
Że hrabia serce to ukochał tkliwe,
Jako swej myśli objawienie żywe. —

Że jako dzieci smutnego rozgromu
Wielkim bożyszczom nie bijali czołem,
A salon nędzy otworzyli w domu,
Aby za szczerym pożywiona stołem,
Wracała wolna od głodu i sromu,
Bo dom szpitalem był i był kościołem,
Gdzie nad litości pracując kobiercem,
Jan był rozumem, a Janina sercem. —


Żem czerpał światła z tego serca brzasku,
Aż mnie oblała natchnień skra złocista,
Żem kuł w kamienie z gwiaździstego piasku,
To co szepnęła jej dusza przeczysta,
Że ją wielbiłem w piękna, w cnoty blasku,
I jako człowiek i jako artysta,
Że jej oddałem każde serca bicie,
Oddałem wszystko — wszystko — nawet życie!






VI.

Czy ją kochałem? Nie! — Jeżeli miłość
Jest rozpaloną żądzą posiadania,
Co w duchu rodzi wszelkich praw zawiłość —
I tak ci całą istotę pochłania,
Że cię aż wiedzie na grzechu pochyłość —
To ja przysięgam w agonji konania,
Żem tą miłością wtedy nie rozkwitał,
Kiedym w jej oczach rozkosz cnoty czytał!

Miałem-że temu, co mi życie stworzył,
Za chleb kamieniem cisnąć miast podzięki?
Temu, co całą rękę mi rozłożył,
Jak wąż się wśliznąć do wspaniałej ręki?
Temu, co sam w młodości mojej ożył,
Takiego życia morał zatruć miękki?
Nie, ja nie byłem z niewdzięcznego ptactwa,
Nie byłem zdolny grzechu świętokradztwa!






VII.

Dawno już temu, gdy z mojego dłuta
Statua wyszła. W figurze niewieściej,
Która w szeroki płaszcz była zakuta,
Każdy gest płynął z symbolicznej treści;
Źrenica w niebo patrzy, w łzę rozsnuta,
A ręka dziecko rozklęczone pieści.
Nie była w rzeźbie żadna myśli skrytość;
Ona mówiła, że zowie się Litość.

A miałem sługę. Dobry chłopak Janek,
Rzeźwy, wesoły, a często jowjalny,
Kuchennych gracyj pupil i kochanek,
Nawet do sztuki wielkich bóstw zapalny,
Bo nieraz, dzierżąc w ręku wody dzbanek,
Kamiennym damom palił hymn pochwalny,
Dusza otwarta, a czasami szczéra —
Coś jakby błazen w tragedji Szekspira.


„Panie rzeźbiarzu! — rzecze mrużąc oczy —
Nie zrobi sławy pańska ta figura!
Czemu-ż kankana sobie nie podskoczy
Ta ślamazarna i żebrząca rura?
Czy-ż ją mecenas na wystawie zoczy?
Po co jej tego mniszego kaptura?
Czemu panicza, miast dziecka nie woła?
A nadewszystko, czemu nie jest goła?“

„Panie artysto! Powiem panu zaraz,
Czemu w tej rzeźbie jest mankament wielki.
Boś pan z fantazją pewnie miał ambaras,
Robiąc figurę całkiem bez modelki.
Wiesz pan, gdzie Mimi? Wielka pani naraz,
Chodzi po mieście, w blichtr ubrana wszelki!“
Rzekł i wyleciał z dzbankiem, pełen tonów,
Śpiewając arję z „Cornewilskich dzwonów.“

Po tem kazaniu wstała mi w pamięci
Febra minionej przelotnej bohemji,
Której druhami byli wszyscy święci
Z anielicami lekko dobranemi —
Nie długo wszakże taki pół-świat nęci,
Zawsze się zjawi poezji Jeremi,
A z mgły powstaje genjusz jasnolicy,
Jak złoty motyl z szarej gąsienicy.






VIII.

Drzwi się rozwarły. Wszedł przyjaciel Hugo.
Lat miał dwadzieścia, a już w nic nie wierzył,
Mówił, że przebył cierpień chryję długą,
Że wszystkich zasad nicość już wymierzył.
Miał długie włosy, chodził wciąż z maczugą
Nihilistycznie zawsze zęby szczerzył —
I żądał głośno wszystkich Madon ścięcia,
A wyuzdanej Nany wniebowzięcia.

Mówił, że nigdy niema śmiechu w duszy,
Choć z doskonałym jadał apetytem,
Wołał, że nic go nigdy już nie wzruszy,
Chyba huragan śnieżny pod zenitem,
Chyba, gdy pożar całą prerję skruszy,
Albo Florencja padnie z głodu zgrzytem —
I byłby godzien ten dityramb grzeszny
Wielkiej litości — gdyby nie był śmieszny.


A razem przyszedł ojciec też Hugona,
Właściciel pięknej włości na Podolu.
Głowa olbrzymia, w silny kark wtłoczona,
A głos potężny, jak orkan na polu.
Mina dziedzica dziś jednak skruszona,
I rzecze do mnie w niekłamanym bolu:
„Panie, mój Hugo na wszystko narzéka;
Czy on udaje, czy też dostał bzika?“

Rzekłem druhowi nie wiem po raz który:
„Kochaj i pracuj!“ ale druh zawzięty
Krzyknął, drapując czoło nakształt chmury,
Że nim świat ujrzał, to już był przeklęty!
Ojciec się żachnął, krząknął, spojrzał z góry,
Sens ten albowiem był mu niepojęty —
I gdy ten nonsens mu kotłował w głowie,
Drzwi się rozwarły, weszli trzej panowie.






IX.

Czołem! Bo to są władcy mego losu!
Przyszli ocenić mego dłuta dzieło:
Kordjan Tumanek, szef — redaktor „Głosu“,
Pisma, co nieraz wielką wrzawę wszczęło,
I doktor Kąkol prawniczego kłosu
I ich przyjaciel nazwiskiem Krywełło.
Przyszli, stanęli i wszyscy w zapale
Krzyknęli: „Dobrze! świetnie! doskonale!“

Jeden powiedział: „Lśni realizm z czoła,
Albowiem litość musi być realna.“
„Jest idealizm w nodze!“ drugi woła
„Bo litość zawsze do idej zapalna.“
Trzeci osądził: „To jest nowa szkoła,
Co dotąd jeszcze nie jest namacalna.“
Lecz nie o sztukę panom tym chodziło,
Gdy do mnie przyszli z miną wielce miłą.


„Panie Romanie!“ — rzekł pan Kąkol do mnie,
Jesteś bożyszczem w Nawareckich domu;
Hrabia w apatji dla nas trwa niezłomnie,
Mamy ideę potężnego łomu,
Hrabia nieufny teraz jest ogromnie,
Tobie uwierzy, a zresztą nikomu —
A ta idea i z tyłu i z przodu,
Ma na programie zbawienie narodu!“

„Panie Romanie!“ — pan Krywełło rzecze —
My towarzystwo wielkie zakładamy;
Oddajem tobie świętą sprawę w pieczę!
Gdy prezydentem filantropa mamy,
To towarzystwo nam już nie uciecze
I wtedy lud i bank i rząd zyskamy!
Popularności trzeba i koncesji —
Firma hrabiego ma zadanie presji.“

„Panie Romanie!“ — woła pan Tumanek,
Ja nienawidzę wszystkich hrabiów świata!
Jus primae noctis grzmi z dziejowych tkanek,
Tu zaś potrzebna jest z zasad obiata!“
Zasadniczości niewierny kochanek
Zrobił tu pauzę — żar po twarzy lata —
Spojrzał męczeńsko na przyjaciół parę,
Ci się skłonili, jako czczą ofiarę.


„Dzięki! — Bo wierzę, że mnie rozumiecie!“
Rzekł pan Tumanek, pełen wieszczych darów
I począł szukać w ogromnym kajecie,
Co mu z kieszeni sterczał na wzór Larów.
Wreszcie zawołał: „Wnet wam podam kwiecie,
By nie upadło w zapomnienia parów;
Zagram na sercach, a na mózgach dogram!
Panie Romanie, słuchaj! Czytam program!“

Już pan Tumanek w wielkiej pozie stawa,
Lecz trzeba było sprezentować gości:
„Dziedzic Porzecza, pan Jerzy Gozdawa!“ —
„Co?“ krzyknął Kąkol. „Sługa jegomości!
To doskonale! Górą nasza sprawa!
To się przypadkiem układa najprościéj.
Miałem do pana dzisiaj jechać właśnie —
Słowo honoru, lub niech piorun trzaśnie!“

„Czy znasz pan skarby, co błyszczą w Porzeczu?
Ach my nie znamy skarbów wśród omamień!
W porzeckiej ziemi pacierzowym mleczu
Leży cudowny, złotodajny kamień!
Na tej idei stoim jak na mieczu
I pan się cały w nią z zapałem zamień!“ —
A zaczynając akcji epopeę,
Rzekł do Krywełły: „Pokaż pan ideę!“


Krywełło w ręku zawiniątko dzierzył,
W którem kamienna spoczywała bryła;
Więc ją rozwinął i o stół uderzył:
„To jest idea, co nas połączyła!“
Gozdawa strasznie oczy w nią wyszczerzył,
A Kąkol krzyknął: „Cudotworna żyła!
Porfir się zowie — i takie-ż nadano
Naszej kompanji tytułowe miano!“






X.

W ręku Tumanka drżał programu listek,
Ale nim zaczął, rzeknie do szlachcica:
„Znasz artykułów moich szereg wszystek?
Naprzykład: Baczność! czyli Targowica,
Jest podpisany pseudonimem:“ Chłystek,
Co mu kaganiec oświaty przyświéca“
I jest w cudowne motta opowity:
„Lasciate ogni! Na seło duryty!“

Kordjan Tumanek, co ma piękne imię,
Ma w małym palcu wszystkie świata motta,
A w tym gwiaździstym haseł baldachimie
Jak mysz spoczywa Tumanka istota,
A w każdym jego pisma pseudonimie
Tkwi wyrazista dla narodu nota,
Że oto wyrósł Polski prawodawca
I w mesjanizmach obiecany zbawca.


Kordjan Tumanek jest „trybunem ludu“.
Nieraz w ogrodach pod namiotem biada,
Że jeśli dotąd nie bywało cudu,
To on go teraz pewnie już wygada!
Że na zwycięstwo powszechnego trudu
On w kamizelce talizman posiada!
Potem talizman rzuca z kamizelki,
A gawiedź ryczy: „Brawo! Jesteś wielki!“

Kordjan Tumanek jest wytrwałym chwatem,
Zmienność gawiedzi wcale go nie zraża;
Jest wszech godności wiecznym kandydatem,
Jeżeli padnie, wraca do ołtarza!
Naród mu spiżu nie chce dać — a zatem
Z papieru sobie sam monument stwarza!
I żyje wiecznie na drukarskim kliszu
I w nieśmiertelność płynie — na afiszu!






XI.

Znowu ktoś wchodzi do mojej pracowni...
Twarz czarna, zbita, podarta, zgorzała
Miała oblicze przygaszonej głowni,
W której w ukryciu jeszcze iskra tlała.
Wszyscy „Porfiru“ rzecznicy wymowni
Zamilkli naraz. Postać się zerwała
I rzecze do mnie: „O mój młody Zero!
Ta twoja rzeźba jest szlachetną, szczerą!“

„A zkąd pan“ — rzeknę — uwiadomion o niej,
Skoro jej jeszcze nie zapowiadano?“ —
„Jakto!“ — zawołał — „Głos“ dzisiejszy dzwoni
Reklamę z wielkim dymem napisaną!“ —
„Ja napisałem!“ Kordjan się zapłoni
„Intuicyjnie zgadłem rzeźbę rano!“
Szlachcic Gozdawa krzyknął: „Co za głowa!“ —
Dziwnie ten „Porfir“ koło mnie się snowa.


„Panowie!“ — rzecze potem nieznajomy —
Jak błędny rycerz nieproszony wchodzę;
Z długiej tułaczki wracam w swojskie domy,
Ojczystej mowy nie słyszałem w drodze —
Tylko, gdy zwątpień waliły mię gromy,
Wtedy księgami trzema smutek słodzę;
Każda ci daje wieczny jubileusz:
Biblja — Kazania Skargi — Pan Tadeusz!“

„A to my właśnie — woła pan Tumanek —
Program „Porfiru“ odczytywać siędziem.“
Odgarnął włosy, usiadł u firanek,
Krzyknął: Z „Porfiru“ złotą nić wyprzędziem!“
A gdy już wszyscy siedli w krąg we wianek,
Wyciągnął szyję, jakby był łabędziem —
A Nieznajomy z dziwną miną siedział,
Jakby przeczuwał coś lub wszystko wiedział.






XII.

„Myśl narodowa“ — grzmi redaktor „Głosu“ —
Myśl narodowa (albo genjusz), która
Od własnych synów wciąż doznaje losu
Jak ta Nioba (lub Nioby córa),
Mogłaby zmarnieć z kłosem (lub bez kłosu
Jak bez piorunów znicestwiona chmura) —
Gdyby nie stanął anioł na mogile,
(Tu można śmiało dodać Termopyle!)

„Ten anioł poszedł potem do Porzecza,
(Panie Kąkolu, daruj mi to słowo!)
Z pacierzowego (brawo!) dobył mlecza
Bryłę strzelistą i czerwonogłową —
I patrz narodzie, oto twoja piecza!
Uczcij nabożnie inkarnację nową
I śpiewaj z „Głosem“ pieśń nowego miru:
„Wszystko przez „Porfir“ a nic bez „Porfiru!“


„O bo już trzeba rękawy zakasać!
Wrzeszczeć z miłością (albo z oburzeniem!)
Elektryzować i palcami hasać
Po wszech organach radykalnem brzmieniem!
A więc narodzie, lont na moździerz nasadź,
Niech „Porfir“ wzleci cudownym płomieniem!
Kto nie z „Porfirem“, ten jest winowajca!“
Krywełło dodał: „Mało! ten jest zdrajca!“

„My przez ten „Porfir“ z zmartwychwstałą siłą
Uwiecznim naród — sami się uwiecznim —
(Teraz o hrabiach) mgłę rozrzucim zgniłą,
(Teraz o ludzie) masy uspołecznim,
I co Europie dotąd się nie śniło,
Ku jej zdumieniu w mgnieniu uskutecznim —
Tylko niech naród wita nas z zapałem!
Adwokat dodał tu: „I z kapitałem!“

„Nic nam nie zrobi wrogów okrzyk dziki.
Guarda e passa! Mamy krew zapalną!
Z porfiru będą gałki i guziki,
Potem zbudujem kolej wicynalną,
Potem połamiem przy wyborach szyki
I stworzym w sejmie rzeszę radykalną —
Fiat lux! Ludu! Bóg-ojczyzna woła:
— Tu mi cytaty już zabrakło zgoła!“


— „Co Bóg-ojczyzna“ — Nieznajomy wrzasnął,
„Chcesz pan cytaty?“ — wołał w nagłym żarze;
Szlachcic tymczasem głośno w dłonie klasnął
I ucałował trybuna w dwie twarze,
A zaś Hugonek jak niemowlę zasnął —
„Znasz pan katechizm? Co katechizm każe?
Weź pan cytatę, co się burzy we mnie:
Nie będziesz wzywał Boga nadaremnie!“






XIII.

„Tak jest! Niewolno“ — wołał rozogniony,
W imię ojczyzny na jarmarku stawać
I dla humbugu albo dla mamony
Z starych sztandarów kawałki wykrawać
I w te kawałki ubierać histrjony,
Aby je potem jako blichtr sprzedawać!
Święta ojczyzna nie żąda reklamy,
My z myślą o niej żyjem i konamy!“

„Tak jest! ten „Porfir“ jest zrodzony z blagi,
Czuję to patrząc i słuchając czuję;
Jutro nie będzie śladu tej odwagi,
Która dziś wielkość i karjerę snuje!
Dla tego wara ruszać sarkofagi!
W imieniu prochów żywy protestuję!
Bo nie chcę, aby, gdy was zdruzgotano,
„Śmiertelnej twarzy“ w oczy zaglądano!“


„Wara na grobach stroić maskarady!
Bo rezurekcja ich już niedaleka!
Ten duch zamarły i w letargu blady
Nie chce szmermelu, bo na pożar czeka.
A gdy odkupi dawnych grzechów ślady,
Wyłamie gwoździe sromotnego wieka!
Jakże-ż wy śmiecie zaklinać kamienie,
Nie rozumiejąc, co to odrodzenie!“

„Chciałem ja także Polskę kłamstwem zbawić!
Patrzcie mi w oczy, ogorzałe w dymie!...
Chodziłem długo obce prawdy sławić,
Szukać, czy nasza w blasku ich nie drzémie.
Poszedłem wszystkie barykady krwawić
I zapisywać we krwi Polski imię —
Ażem tych ofiar poznał nieudolność,
Bo każdy naród ma odmienną wolność.“

„Gdzie ja nie byłem? W czyich buntów szyki
Ja nie nosiłem orła mych legjonów!
Latałem Niemcom stwarzać republiki
I sycylijskich zbawiać lazzaronów!
W łunie pożarów stałem wszędzie dziki
I rozbestwiony wśród alarmu dzwonów —
A w niszczycieli wpisan zastęp tłumny,
Musiałem walić — wandomskie kolumny!“


„W radykalizmu płomiennym uścisku,
Ja — „Winkelried“, poznałem wszystkie dzidy,
A kiedym w ciała wszelakiego spisku
Mierosławskiego wlewał kantarydy,
W tureckich, galskich, włoskich szabel błysku
Śpiewał chorały polskiej panachidy —
Bluźniłem myśląc, że jestem miljonem,
O którym Adam wielkim wieszczy tonem!“

„Jak ptak bez gniazda wracam do ojczyzny,
A doświadczeniem wzbogacony twardem,
Witam cię, łanie zielony i żyzny!
I z czołem kornem, a tak niegdyś hardem
Na wszystkich bitew obcych klnę się blizny:
Byłem Kiszotem, ale nie Bajardem,
Prawie lancknechtem, a nie muszkieterem,
I nie miljonem, lecz zbłąkanem zerem!“

„Czyż wiecie, kim jesteśmy? Ja wam powiem!
Przed laty walczył rycerz, w szablę zbrojny;
Trofea bitwy była mu węzgłowiem —
Aż raz zapomniał o zadaniu wojny!
I przeszedł gniew po twarzy Boga mrowiem,
Kiedy ten rycerz własny dom spokojny
Zniesławił krwią braterską, w proch wdeptaną,
Więc Bóg odebrał szablę zesromaną!“


„I tak ze zbroi ojców swych odarty,
Rycerz za karę stoi wciąż w łachmanach
U trzech pałaców obcych na kształt warty,
I wolno grzebać mu jedynie w ranach,
Co nosi w piersi, jako ślad niestarty
Po bratobójczych wojen krwawych tanach —
I tak ten rycerz wielkiej niegdyś buty,
Sto lat już dźwiga ciężki krzyż pokuty!“

„Ale już nieraz zrywał się bez broni,
By z troistego zmartwychwstanąć krzyża;
Całemu światu skarga jego dzwoni,
A świat szyderczo zęby mu wyszczerza,
Za każdym hufcem oko jego goni
I wszystkim bogom serce się rozszerza,
I gotów nawet wejść w przymierze djable —
Byle mu dano ojców jego szablę!“

„Lecz czy zrozumiesz ty, rycerzu blady,
Jak nosić szablę z grobu wyłamaną?
Jeśli pożądasz szabli dla parady,
To niechaj będzie jeszcze zagrzebaną!
Jeśli pożądasz jej dla dawnej zwady,
To niech przepadnie szabli polskiej miano!
Albowiem nie śmiesz do nowego domu
Wnosić upiora anarchji i sromu!“


„I jeszcze dotąd nie jest odkupiona
Ta romantyczna wina duszy lackiej!
Dwa typy rosną u ojczyzny łona:
Magnat Radziwiłł i liryk Słowacki!
Albo hulanka bezbrzeżna, szalona,
Albo nerwowy smutek desperacki —
Pełno fantazji, szumu, czarnoksięstwa!
Mało rozumu, miłości i męstwa!“

„A wy palacze ogni festynowych!
Koryfeusze wrzawy, zgiełku, ścisku!
Dla barw jaskrawych, charakterów płowych
Trzeba koniecznie sztucznych świateł błysku!
Lecz precz z winietą uczuć świętych, zdrowych,
W robotach kłamstwa i w fabrykach zysku!
Zdrady szukacie z sercem, złem, nieszczérem?
„Porfir“ jest zdradą — bo nie jest porfirem!“






XIV.

A gdy to mówił, to blednął na twarzy,
Albo mu płomień z długich szramów bije,
Był jako kapłan na grobowców straży,
By świętokradztwo nie weszło niczyje.
Takim mnie ogniem człowiek ten rozżarzy,
Że mu się cały rzuciłem na szyję —
On mi powiedział i aż się rozszlochał:
„O mój młodzieńcze, jabym ciebie kochał!“

„Panie! Jeżeliś“ – rzecze trybun z góry —
Z tego porfiru inny kamień wykuł,
To ci odpowiem na szpaltach broszury,
Jeśli w dziennikach ogłosisz artykuł.
Albo zwołamy wielki wiec, na który
W taczkach dowodów przywiozę fascykuł —
Tu zaś prywatnie stawać do zapasu
Nie mam ochoty i nie mamy czasu.“


„Nie mamy czasu“ — Krywełło powtórzył,
Badawczym wzrokiem patrząc na Gozdawę.
Ten, gdy Tumanek szumem go odurzył,
Całusem uczcił oratora sławę;
Gdy Nieznajomy kłamstwo to rozburzył,
Na tył położył wtedy ramię prawę.
Teraz za guzik chwycił go Krywełło,
Z uśmiechem zaczął propagandy dzieło.






XV.

Imci Krywełło ma przeszłość bogatą:
Lat był dwadzieścia generałem w Chili,
Dwadzieścia jeden konsulem w Donato,
Dwadzieścia dwa zaś tancmistrzem w Brazylji,
Tylko piętnaście płużył w Texas, za to
Trzydzieści w Sidney badał kształty lilij,
Trzydzieści jeden w Polinezji wody —
I przy tem wszystkiem dosyć jeszcze młody!

Imci Krywełło w wspomnienia obfity:
U Keczewaja na śniadaniu bywał,
A z Agassizem jeździł na odczyty,
A z Bonapartem do Londynu pływał,
A z Nasreddinem bił się na dziryty,
A z Vanderbiltem w karambola grywał,
A dziecku Francji dostarczył piastunki,
A z Catalani miał aż dwa stosunki!


Imci Krywełło rzecze do szlachcica:
„Raz polujemy wśród Florydy łanu,
Aż tutaj nagle z rzeki coś przyświéca,
Gdyśmy pędzili żubra do limanu,
Sir Lyell woła: „To odblask księżyca,
I rybia ikra płynie z oceanu!“ —
Wiesz pan, co było? — Korale szamowe!
I założyłem towarzystwo nowe!“ —

„Wiesz pan, co potem?“ — rzecze Nieznajomy —
Taki obfity był korali połów,
Że wszystką wodę wsiąknęły ich łomy,
A rzeka wyschła. Wtedy do jej dołów
Z parową dźwignią przyszli agronomy,
Wyschłe łożysko wcale bez mozołów
Na obie strony w lot wywindowali;
Z jednej pszenicę, z drugiej mak zasiali.“ —

„To być nie może!“ — Gozdawa zawoła
I nagle z krzesła jak rażony wstanie.
A zaś Krywełło spokojnego czoła
Pyta: „A zkądże ta wiadomość panie?“
A Nieznajomy, spokorniały zgoła:
„Tak mi na balu raz w Tmutorakanie
Opewiadano.“ — „E, opewiadano!“
Rzeknie Krywełło z miną w śmiech rozlaną.


Teraz Gozdawę Kąkol wziął pod ramię
I teraz zabił szlachcica z kretesem.
„Panie!“ — zawołał — „adwokat nie kłamie;
„Porfir“ na honor będzie interesem!
Mianujem pana w poważania znamię
Akcjonarjuszem i — wiceprezesem!“
„Vivat!“ — Krywełło krzyknął jak najęty,
Szlachcic Gozdawa został szturmem wzięty.

„Panie Tumanku! — szepnie Kąkol, „blankiet!“
I podpisano dekret po kolei.
A wiceprezes, bez wyborczych ankiet
Dla „Porfirowych“ zdobyty nadzieji,
Krzyknął: „Panowie, zapraszam na bankiet!
Bo u mnie obiad to chrzciny idei!
Potem jakoby do ataku stawa,
„Czekajcie!“ — wrzasnął — górą dziś Gozdawa!“

„Wszyscy Byczyńscy w mym powiecie zbledną!
Trzej szambelani — jak to umie puszyć,
Jak to pomiata tą czamarą biedną,
Jak to gębuje, że ani się ruszyć!
Porfir nie porfir — to mi wszystko jedno!
A każę sobie nawet mundur uszyć!
Wszystkim Byczyńskim dziś na bezhołowie!
Niech żyje „Porfir“! Na obiad panowie!“






XVI.

Hugo, co dotąd drzemał we fotelu,
Zerwał się nagle, przebudzony wrzaskiem
I opowiedział, że mu z djabłów wielu
We śnie najstarszy sypnął w oczy piaskiem
Mówił mu „ty“ i rzekłszy: Wstań mścicielu!
Z assafoetidy żółtym dobył paskiem —
Ojciec zaś znowu kwestję tę wywléka:
„Czy on udaje czy też dostał bzika?“

Tu Nieznajomy spojrzał chłopcu w oczy,
Szukając smutnych ducha przeobrażeń;
Ale, że tam się rozespana tłoczy
Tingel-tanglowa muza nocnych marzeń,
I, że ta boleść, co młodzieńca toczy
Do uleczalnych należy zakażeń —
Więc Nieznajomy zaraz przejrzał chmurę,
I rzekł Gozdawie; „Panie, daj mu w skórę!“


Hugonek pisnął: O hola mój panie!
Ja ci odpowiem z pistoletu końca!
Tumanek zgromił praw ludzkich zdeptanie,
Jako gorący wszech swobód obrońca,
Krywełło, w akcji wciąż na zawołanie,
Do restauracji pobiegł nakształt gońca,
A zaś Gozdawa rzekł do syna swego:
„Wiesz, że cię kocham... Możeby ten-tego?“

— „Minęły czasy“ — rzecze Nieznajomy —
Kiedy chłopięta, ledwie życia lizną,
Już w Kainowe rozhulane gromy,
Zamiast się uczyć, świat i Boga gryzną.
Takiej młodości zgasły już fantomy,
Dziś to jest farsą i parafjańszczyzną!
Zrzuć zatem kostium, mój ty chłopcze młody,
Ten kostium śmieszny, bo już wyszedł z mody!

„Nikogo klątwa twoja nie zatrwoży,
Nikt się nie boi twoich szyderstw grotu,
Bo duch ludzkości jasnej żąda zorzy
Dla wielkiej pracy gorącego potu!
Nawet lamentu twego, co się sroży,
On nie usłyszy wśród maszyn turkotu!
Mazgaj i próżniak to nie apostoły;
Hamlecie, przebierz się i idź — do szkoły!“






XVII.

Poszli na ucztę „Porfiru“ prorocy.
Niech ta kompanja na mnie już nie liczy,
Przejrzałem bowiem wśród omamień nocy! —
A ten, co rozwiał ów obłok zwodniczy,
W poczuciu wielkiej swej nademną mocy
Wskazał na rzeźbę i pełen słodyczy
Spytał — a z twarzy mej rumieniec bije:
„Powiedz, rzeźbiarzu, czy ta Litość żyje?“

„Żyje!“ — krzyknąłem — „A jest to kobieta,
W piękności powab i majestat strojna!
Zdala od wrzawy, jak anachoreta
Dla miłosierdzia żyje bogobojna!
Wierna, jak kapłan — tkliwa, jak poeta,
Jak gwiazda czysta, jak błękit spokojna!
Czuje ją zawsze i widzę ją wszędzie:
Jest mi natchnieniem sztuki — jest i będzie!“


Taką odpowiedź dałem płomienistą,
On rozkrzyżował ręce; czekał, póki
Nie skończę hymnu — i taką przejrzystą,
Zimną przestrogę oddał dla nauki:
„Pragniesz kobiety dla życia, artysto?
Strzeż się, bo może ci zginąć dla sztuki!
Ta, co ci w sztuce gwiazdy pozapala,
Ta sama w życiu posągi rozwala!“ —

„Nie, to nie ona!“ — protestuję żywo.
Wtem do pracowni Hugo znowu wpada.
„Panie łaskawy!“ — z miną rzekł wstydliwą —
„Czyliż to prawda, że się już nie gada
Mową boleści, albowiem jest ckliwą,
I nie jest w modzie desperacja blada?“
„Prawda!“ rzekł mistrz wesoło i z uśmiechem —
„Choć to u ciebie jeszcze nie jest grzechem.“

Teraz Hugonek począł się przymilać:
„Panie! umknąłem z „Porfiru“ orszaku,
Chodźmy na spacer. Chcę przed panem wylać
Całego ducha, który jest w zygzaku.
Wszystkie kielichy będą się wychylać!
Zabijem gorycz, niech nie będzie znaku.“
Wziął go za rękę, uwisł u ramienia,
A mistrz mi ciepło szepnął: „Do widzenia!“






XVIII.

Jestem sam-na-sam z statuą — i dumnie,
Rozkosznie patrzę na dzieło młodzieńcze.
A blask słoneczny spoczął na kolumnie
I skroń Litości w cudną stroi tęczę.
Jutro ta rzeźba już nie będzie u mnie,
Jutro lub nigdy w wawrzyn ją uwieńczę —
Na dzień imienin w kornej złożę dani
Dla moich natchnień miłościwej pani.

Tak mi Tumanek zawieruszył głowę,
Że chcę koniecznie dać tej rzeźbie motto.
A mam ja w sercu motto już gotowe,
Które jest dla mnie ewanielją złotą —
Mam od Janiny hasło życia zdrowe,
Co w każdej burzy opancerza cnotą —
Więc wydobyłem mój talizman święty,
Bilet Janiny tysiąc razy zmięty:


„Panie Romanie! Przecież to nieładnie,
Tak samolubnie zapominać o mnie!
Jeźli Madonny posąg rzeźbisz zdradnie,
Chcę o rysopis jej zapytać skromnie.
Cokolwiek jednak w życiu ci wypadnie,
Kochaj i pracuj! — W hasło to niezłomnie,
Chociaż pan Roman o mnie zapomina,
Wierzyć mu każe niezmienna Janina!“

„Kochaj i pracuj!“ — Więc postanowiłem
Wyryć anielskie tej kobiety Wierzę.
Na postumencie bilet jej przybiłem
I chcę jej pismo odwzorować szczerze;
Nucę piosenkę w uniesieniu miłem
I tak literę rzeźbię po literze —
Jeźli w tych znaków zaczyta się rzędzie,
To z nich rysopis Madonny dobędzie.






XIX.

Moja Madonno! Lubiłem z wieczora,
Gdy słońce gasło, stanąć na uboczu.
Na twem obliczu jaśniała pokora
A lilja tkwiła w złocistym warkoczu.
Jak w tło Jordanu tęskna sykomora,
Patrzałem niemo w błękit twoich oczu,
A gdy patrzałem z rozmodlonem czołem,
Czyliż ja ciebie dla życia pragnąłem?

Madonno moja! Gdyś mi nieraz tkliwie
Kazała tajnie wyspowiadać duszy,
To na zielonych pragnień moich niwie
Nie było ziemskich żądz gorącej suszy;
Kiedym zaklęty w hołdzie i podziwie,
Jak ten asceta, gdy go zapał wzruszy,
Snował zachwyty z uczuć upowicia, —
Czyliż ja ciebie pragnąłem dla życia?


I nawet dzisiaj — o niezapomniana! —
Kiedy umieram i w bluźnierczej dumie
Każda pamiątka pada rozdeptana,
I, kiedy wszystko rwę i wszystko tłumię —
Owa poezja kwitnie niezerwana
Jak liść powoju na zwalonym tumie!
Chciałbym ja bez niej iść w śmiertelną drogę;
Mogę ją przekląć — wyrwać jej nie mogę!

Prędzej do kresu! — Ach, bo z ciężkim znojem
Piszę testament pod masztem okrętu...
Zanim ten statek, zamęczony bojem,
W drzazgi rozbity, zaginie do szczętu,
Chcę opowiedzieć z epickim spokojem
Historję gwiazdy, co spadła do mętu,
Chcę z fizjologii ludzkiej krwi wydostać
Dokument bolu i niemocy postać.






XX.

Pan doktor Kąkol z twarzą niedokrewną
I błyskiem oczu stęchłym i cmentarnym,
I talją gibką, jak burzan powiewną,
Nie jest — na honor! — charakterem czarnym!
Aby być łotrem, trza namiętność pewną
Łączyć z umysłem przewrotnym, niezdarnym —
Trza pełnym haustem pić z szaleństwa czary, —
Adwokat Kąkol to charakter szary.

Pan doktor Kąkol zna kodeks do joty,
We śnie widuje paragrafów rysy,
A specjalnością jego są odwroty —
I tak, jak wszystkie szczwane infamisy,
Wchodzi na scenę na koturnie cnoty,
Ale pamięta na drzwi za kulisy.
Niech drugi kończy i pada z łoskotem,
Adwokat Kąkol obroni go potem.


Pan doktor Kąkol żadnych niema zasad,
Bezzasadniczość jego jest zasadą.
Dziś, żąda wszelkich przywilejów kasat,
By biedną rzeszę olśnić tą brawadą,
A jutro pełza do feudalnych fasad,
By przywilejów strzedz prawniczą radą;
Każdy zaś człowiek zły jest albo głupi —
Adwokat Kąkol o zakład go kupi.

Pan doktor Kąkol — czego też on pragnie?
Czemu, gdy dzisiaj gładki grzbiet wygina,
Trudno przewidzieć, gdzie go jutro nagnie?
To poszukiwacz złota ryć zaczyna!
Wszystko mu jedno: w kościele, czy bagnie
Olśni mu oczy złotych kruszców mina,
On czuje zachwyt, jeden zachwyt szczery —
Adwokat Kąkol żyje dla karjery.

Pan doktor Kąkol niema namiętności:
Wszystko na zimno, byle nie nerwowo,
Byle pozornie prosto, jak najprościéj;
On gra bezczelnie, lecz nie hazardowo,
Jeżeli przegra, rzuca dalej kości —
Czyliż dziś inną drogą wyścigową
Karjerowiczów wielki zastęp goni?
Adwokat Kąkol taki, jak i oni!






XXI.

O panno Marjo! Czybyś ty przeczuła,
Że cię wpleciono też w kabały wątek?
To, co kompanja z „Porfiru“ wykuła,
Cały ten „Porfir“ to tylko początek —
Wieńcem intrygi ma być księża stuła,
Masz oddać rękę, a zwłaszcza majątek;
Albowiem żona, taka, jak ty żona,
To jest dopiero karjery korona!

Córka hrabiego z pierwszego małżeństwa,
Mania młodziutka, jak rosa majowa,
Bez melancholji, lecz i bez szaleństwa,
Nie anemiczna, ale dzielnie zdrowa,
(Że też tak mało zdrowego panieństwa
W cieplarniach polskich pansjonów się chowa!)
Mania naiwna, a taka wesoła,
Jak śpiew skowronka, co na wiosnę woła.


Anatomicznych ksiąg ona nie czyta.
Ni wzgardy świata nie wzięła od mniszek;
Cudnie się śmieje. Wtedy człowiek pyta,
Co tu podziwiać, ząbki, czy ten śmiészek?
Serce jej, koncha jeszcze nie rozbita,
Bosko niewinne... Ach, ma jeden grzészek:
Wesoła Mania płakała raz z żalu,
Że jeszcze dotąd nie była na balu.

Ma także pasję — przedrzeźniać Hugona;
Poznała druha w kąpielową porę,
Kiedy w Krynicy z obliczem demona
Dwudziestoletnie nerwy koił chore.
Wydali sobie wojnę — on i ona!
Ona lubiła kwiaty różnowzore,
A on z maczugą chadzał, z żadnym kwiatkiem,
I został za to przezwany niedźwiadkiem.

Pan doktor Kąkol staje też do mety,
Bo hrabia hrabią jest z innego świata,
W ludziach rodowej nie szuka zalety —
Więc do „Porfiru“ filantropa wplata;
Zwycięży „Porfir“, czy padnie niestety,
Zawsze hrabiemu trzeba adwokata;
A nawet lepiej, gdy wybuchnie burza —
Honor hrabiego potrzebuje stróża.


A panna Mania? — Ta go nie obchodzi.
On się, jak polip w pierś hrabiego wwierca.
Przetańczy walca w balowej powodzi
I powalsuje z nią aż do kobierca.
Na targu życia — o serdeczna młodzi!
Cóż dzisiaj znaczą mezaljansy serca?
Kąkol na zimno woła: Nuż się uda!
Przecież bezczelność już robiła cuda.






XXII.

W czasie bankietu, kiedy pan Gozdawa
Topi Byczyńskich wszystkich trzech w szampanie,
A zaś Krywełło tnie pasztetom brawa
(Raz tylko takie jadł w Arabistanie),
A zaś Tumanek motto rznie z rękawa:
„Wszystko nam dałeś, co dać mogłeś Panie!“
Kąkol powiada: „Nie mamy rzeźbiarza,
Trza do innego modlić się ołtarza!“

„Pani hrabina to święta Cecylja,
Co wynalazła muzykę kościelną.
Kobiet upadłych strzeże i, jak lilja
Drży nachylona nad kałużą zielną,
Tak się nad losem latawic rozkwila —
A ma wytrwałość misjonarską, dzielną,
Bo dotąd pono mimo świętej weny
Nie wykształciła żadnej Magdaleny!“


„Co nam do tego, jak się zresztą bawi
Żona, starego męża kochająca.
Ale dla misji, co hrabinę trawi,
Trzeba nam złożyć z jakich pół tysiąca.
Wiceprezesie! to nasz los poprawi,
Opieka dla nas urośnie gorąca,
I grunt „Porfiru“, firmę, da nam hrabia —
Czyliż nie wiemy, co potęga babia?“

„Ha, czy nie wiemy?“ — Krywełło zawoła —
„Wszak mi w Melbourne Amazonka żywa
Raz na mityngu zdjęła wieniec z czoła,
W brzuch mi dwie strzały wpakowała zgoła.
W brzuch mi strzeliła i wyjść już nie zdoła!“
Tumanek słodko szepnął: Casta diva!
Jeden Gozdawa tylko cicho siedział,
Jakby najwięcej o bab mocy wiedział.

Westchnął i haustem cios wspomnieniu zadał..
Stół już wyglądał jak pobojowisko;
Jeden Krywełło jeszcze w drzenie wpadał,
Pchając kapłona w dzikich strzał siedlisko;
Tumanek wszystko, co wiedział, wygadał,
Całe cytatów wypalił ognisko —
Szlachcic nareszcie wyliczył banknoty,
Most dla „Porfiru“ i Kąkola złoty.


Kąkol oświadczył, że to tak wysłowi:
„Porfir“ dla kobiet i t. d. tyle“ —
Gdyż nie wypada jemu, szlachcicowi,
Niewieście cnoty podnosić badyle;
Anuż się który z trzech Byczyńskich dowie,
Że pan Gozdawa czci pokutne lilje? —
Brawo! — Całusy cmoknęły z kolei;
Tak się skończyły chrzciny tej idei...






XXIII.

Rzeźbę wysłałem naprzód. Osłoniętą
Poniósł ją Janek w dobrze znane progi.
A Roman Zero na Janiny święto
Uczuł, jak dreszcz go przejął dziwnej trwogi,
Jakieś nieznane a rzewne memento
Wreszcie stanąłem już gotów do drogi,
Aż Nieznajomy wpada nagle na mię
I silną ręką chwyta mię za ramię.

Straszny zaprawdę był on w owej chwili,
Gdy jego głowa nademną wisiała —
A żar gorący strzelał mu z pupili
I błyskawicznie twarz mu ciągle drgała.
W oczy mi spojrzeć, pożreć je się sili,
A w tem spojrzeniu tkwiła dusza cała —
Wreszcie zawołał jakimś łzawym krzykiem:
„Och, czy to prawda, żeś ty nikczemnikiem?“


Wziął mnie w ramiona i za puls mnie chwytał,
Ja stałem przed nim jak w letargu senny;
Potem mnie trącił i głośno zazgrzytał —
Ja stoję ciągle zimny i kamienny;
Potem mnie schwycił i znów w oczach czytał —
A mnie już z oczu piorun szedł płomienny;
Wreszcie zawołał słodkim szeptem modły;
„Nie, to nieprawda, ty nie jesteś podły!“

Chciał jeszcze mówić, coś szeptały wargi,
Lecz się powstrzymał, tylko to mi rzecze:
„O biedny Zero mój! w zapale skargi
Ty nie rozpaczaj: ja cię biorę w pieczę.
Ludzkiego kłamstwa frymarki i targi
Wypoliczkuję i maski zniweczę —
Tylko mi powiedz na matki mogiłę:
„Kochasz Janinę? Nie kochać masz siłę?“

I w łzy rozlany przed tym życia mistrzem,
Zacząłem młodą moją pierś obnażać,
I w tej spowiedzi wyznaniu najczystszem
Najgłębszych myśli kamienie wyważać,
I w uniesieniu coraz to ognistszem
Postać Janiny z gwiazd i kwiatów stwarzać —
A on mi w zamian za tych snów koleje
Ludzkiej kanalji opowiedział dzieje.






XXIV.

Urocza cisza w hrabiego salonie,
Bo miłosierdzie spowiedź swą odbywa.
Jan Nawarecki opowiada żonie,
Jaką potęgę pomoc rodzi żywa,
Że jakieś chłopię dla nauki płonie,
Że paralityk w schronieniu spoczywa,
Że wszędzie cichną bladej nędzy jęki
W uścisku dobrej litościwej ręki.

A ona szepcze mu, że z kary domu
Wyszła dziewczyna, co miała kochanka,
I w paroksyzmie głodu, żalu, sromu,
Zabiła dziecko — uwiedziona branka.
A wyszła mściwa z swej doli rozgromu,
Aż u Janiny stanęła krużganka,
I dziś jej bledną gorzkich wspomnień cienie:
Znalazła pracę, znajdzie zapomnienie.


A panna Mania usiadła przed biurkiem,
A przed nią leży rachunkowa księga.
Tych cyfer długim drobno tkanym sznurkiem
Wije się dobrych czynów skromna wstęga.
Poczęła trwożnie skrobać coś pazurkiem,
Albowiem — biada! — suma się rozprzęga;
W strasznem nieszczęściu omal nie płakała
Ta wielkich cyfer buchalterka mała.

Weszedł pan Kąkol i natychmiast złożył
Dla kobiet itd. pół tysiąca.
Zaledwie usta wymowne otworzył,
Już reklamowo o „Porfir“ potrąca,
Potem przed misją pani się ukorzył,
A ta w radości serdeczna, gorąca;
Dłoń mu podała w ciepłem uściśnieniu
W biednych, zdeptanych, upadłych imieniu.

Potem do Mani sunie czołobitnie
I opłakuje znowu ludzką nędzę,
A jako amant usposobion szczytnie,
Wysnuł na rubrum swych zalotów przędzę,
I ten kompliment karmelkowy wytnie,
Kiedy już „Porfir“ zapisała w księdze:
„Gdy będzie pisać w swojem sercu świętem,
To on, ten Kąkol, chce być atramentem.“


Mania spojrzała Kąkolowi w oczy
I rzekła nagle: „Znikłby ten atrament!“
Widocznie dziewczę miało zmysł proroczy,
Patrząc w tych oczu błysk i brud i zamęt.
Kąkol odpowie, że się nie roztłoczy
Taki, co w serca wciśnie się fundament —
A Mania naraz w śmiech wybucha długi,
Srebrny i głośny jak kaskady strugi.

Bo oto Hugo stanął wytrefiony,
Jak bzu gałązka rozkwitły i świeży,
Rozdemoniony i odmłodzieżony
Palnął hrabinie, co w życzeniach leży,
Potem na Manię rzuca wzrok wzruszony
I mazurowym krokiem do niej bieży,
I wręcza śmiało jej w obliczu świadków
Przepyszny bukiet sezonowych kwiatków.

„O panno Marjo!“ — rzecze Hugo młody —
Każdy mąż wieku rodzi się aniołem.
Wszelki demonizm już wychodzi z mody,
Górą nauka, marzycielstwo dołem!
Ja też nauki szukam dla osłody,
I botanicznej wiedzy zapragnąłem!
I pragnę w czczości pani życzliwości,
Aby najprościej w kwiatów wejść cudności!“


I w wesołości, w śmiechu do ogrodu
Wzięto Hugona. A młodziutka Mania
Na wonnym klombie wśród słońca zachodu
Kwiatów pancerze i serca odsłania,
I z róż, fijołków, mirtów rodowodu
Ich symboliczne znaczenie wydzwania —
I szczebiotali długo — on i ona;
Janina stała dziwnie roztkliwiona.

A tam w salonie doktor Kąkol z Janem
Został i grzbiet ułożył w kształt zygzaku,
I począł właśnie słowem przekonanem
Mówić o wielkim nowych prądów znaku,
I chciał do twierdzy dobić się taranem,
Ale go hrabia zaraz zbił ze szlaku,
I przerwał mówcy w toku opowieści
Na pół w spokoju, a na pół w boleści:






XXV.

„Nie sil się panie... Daremny twój prolog!
Chcesz mnie ztąd wynieść do wielkiego tłumu?
Każdy z was prorok i programatolog;
Niemam ja dla was ucha ni rozumu!
Czegoż chcesz, panie? Jestem ideolog
I nie pojmuję waszych stronnictw szumu.
W tej napowietrznych gońców głośnej lidze
Słyszę szum skrzydeł, lecz orła nie widzę.

„Ja zapatrzony na dziadów szkielety
Gardzę gonitwą ich potomków żywych,
Tych, co do Polski mesjanicznej mety
Stają w rynsztunkach samowoli mściwych,
I tych, co pragną w liberjach podniety
Dla serc bez dumy i dla karków krzywych —
I darmo szukam polskiej myśli lotu
W tańcach służalstwa i w szałach wywrotu!


„Ja w prochu leżąc na przeszłości trumnie,
I mdlejąc z bolu, pytam moje dziady:
Czemuż tak Boga wyzywali dumnie,
Żem tylko grzechów odziedziczył ślady?
I słyszę groby błagające tłumnie:
Odkup te grzechy, nasz dziedzicu blady! —
Mogę-ż odkrzyknąć w tej obłędów chwili,
Żeśmy już winy ojców odkupili?

„Patrz! ile zielska w naszych łanów wiankach
I, jak my orzem, jak my zmartwychwstajem?
Patrz! nasza ziemia zastawiona w bankach
I jest wampirów obiecanym rajem!
Patrz! jak pokutnik w czynu stoi szrankach,
Miał Wallenrodem być, a jest lokajem!
Patrz! masa ludu ciemna, zdarta, mrząca,
I szkół brakuje — półtrzecia tysiąca!

„Frygijskiej czapki szkarłat szarlatański
Obcych, niepolskich haseł snuje przędzę,
A rozum stanu, nowy, szambelański,
Fałszerstwem jest w narodu złotej księdze!
I, gdzież mam stanąć ja, prawnuk hetmański,
Co kocham zmarłych groby, żywych nędzę?
Ja, który niechcę lśniących czcić zodjaków
A chcę budować domy dla żebraków?


„Ach, już w przededniu pragnę odrodzenia
Dójść do harmonij w narodzie pogodnych,
Aby nie było cienia — ani cienia!
Dawnych pogwałceń butnych, kazirodnych,
Aby ojczyzna wstała z pod kamienia
Polską dla sytych i Polską dla głodnych,
I politycznie i społecznie czystą! —
Wiesz-że, kim jestem? — Jestem socjalistą!

„Ja, człowiek Polak, szlachcic i chrześcianin —
Żądam już teraz, by z wiekowej sądzy
Wystrzelił płomień miłosiernych danin,
I, aby biedni, zapomniani, nadzy
Śmieli zapukać do serc naszych tkanin —
Pupile ustaw malowanej władzy!
I błagam cnoty Chrystusowej, wiecznej,
Ja — wolny mularz miłości społecznej!

„Wiesz-że, że ona, ludzka nędza blada,
W przyszłem stuleciu zasiędzie na tronach?
Że się ostatnia wojna wyspowiada
Na wszystkich polach i we wszystkich dzwonach?
Że ta olbrzymia ludów kanonada
Zgniecie bezprawia i spocznie na plonach?
Że potem w ludów rozzbrojonych rzędzie
Każdy monarcha socjalistą będzie?...


„Ja kocham masy — ale nie ulicę!
Tę, co na rynkach demagogów wita,
Co zapatrzona w kłamstwa błyskawice,
Społecznych cudów przepowiednie czyta!
Tę, co w cyrkowe ubrana przyłbice,
Podnosi, wielbi, zrzuca, kinie i zgrzyta,
I szumne bogi do areny nęci —
Wszystko jej jedno: Cezar czy Rienzi!

„Ja kocham masy — ale te bez zgrzytu!
Co znoszą boleść niemo i bez żalu.
Te, co pracują z pokorą od świtu,
A muszą ginąć w gminie bez szpitalu!
Kto do tej nędzy zejdzie z tronu szczytu,
I poda ciepłą kość z wybrańców balu,
Ten wszechmiłości mesjanizm przenika —
Wszystko mi jedno — król czy republika!

„Ja ideolog nie wierzę niestety
W tryumf bez pracy, w wskrzesicielstwo cudu!
I nie widziałem zmartwychwstania mety
W tych rewolucjach bez barykad ludu,
W złotych hramotach, pisanych z pikiety,
A nie wysnutych z powszechnego trudu,
W tem krwi traceniu, w tem nieb szturmowaniu
I w tem pokutnej pracy wstecz-cofaniu!


„Pamiętam ciebie, zimo tego kraju!
Ty smutny roku, coś jak grom uderzył
I zabił młody liść w cmentarnym gaju!
Jam ciebie gorzko, bardzo gorzko przeżył:
Mój syn jedyny w jasnym życia maju
Poszedł po wawrzyn, chociaż w bój nie wierzył
I według wszystkich całopaleń wzoru
Padł — nie dla wiary, ale dla honoru!

„O Polsko moja z wschodu do zachodu!
O bracia w bolu, w pracy rozjednani!
Czyliż tak wiele w sercach naszych chłodu,
Że się boimy, aby w tej otchłani
Twarz, co się zowie pomnikiem narodu,
Nie była nagle pomnikiem tyranji?
I, że potrzeba twarzy nieśmiertelnej
Balsamu krwi i łuny pogorzelnej?

„Czyliż nim zabrzmi trąba bitw anioła
Na ów dzień sądu, na ów dzień wyzwoleń,
Kiedy bóg wojny wszystkich nas powoła
Z bagnetem, kutym w pracowniach pokoleń —
Czyż nie zdołamy dotąd wsać się w czoła
Wszelkich powszednich robót i gramoleń?
Czyż nie zdołamy rozróżnić wyrazu
Mądrości żmiji od służalstwa płazu?


„Ileż to u nas myślicielstw zwalono?
Nie mamy nigdy cierpliwości męstwa!
Iluż to mężów sromnie rozwieńczono?
Umiemy zawsze zdrady siać przekleństwa!
Iluż kacyków już polską koroną
Intrygowano w nadzieji zwycięstwa?
O, patrzmy wszyscy wybawienia znaków!
Szukajcie królów — ja szukam żebraków!

„Zostaw mnie panie w tym samotnym domu!
Jestem dziwakiem i nie pytam zgoła,
Ani z jakiego twój „Porfir“ jest łomu,
Ani co jemu ma wyglądać z czoła!“ —
Kąkol pomimo wysileń ogromu
Widząc, że takiej twierdzy nie podoła,
Pożegnał jaśnie wielmożnego pana
A we drzwiach szepnął: W połowie przegrana!






XXVI.

A w przedpokoju Kąkol ujrzał Litość.
Właśnie z osłony wyzwalał ją Janek
I lekką ręką obnażał form skrytość.
Och, Kąkol zerwał z tej statuy wianek,
Szczęście artysty, swoją należytość,
I rzucił obłok na piękny poranek!
I błysk tryumfu uderzył mu z miny:
U stóp Litości tkwił bilet Janiny!

Nieoderwany w szale roztargnienia
Ten bilet stał się Kąkola klejnotem,
Bo z tej pamiątki drogiego pierścienia
Chce wykuć złoto nikczemności młotem,
Chociaż przeczuwa prawnik bez sumienia
Że ja zmiażdżony muszę zginąć potem!
Wszedł do salonu jak wysłannik złego —
Straszna historja tego dnia jednego!


Przecież w kodeksie niema kary na to,
Ni też opinja o to nie zapyta,
Jaką infamją i jaką zapłatą
Grunt okupiony — niech tylko zakwita! —
Więc dzierżąc w ręku karteczkę skrzydlatą
Zaśmiał się głośno czelny jezuita
I w tem zrządzeniu szuler i zuchwalec
Ujrzał zapewne Opatrzności palec!

„Ha jest tu wszystko!“ rzekł do siebie cynik.
„Miłośna spowiedź mdleje w tym bilecie;
Jest tu pragnienia wydzierzgany wynik
I jest tu blade melancholji kwiecie,
Z najczulszych zdjęte romansowych klinik,
I nić zielona nadzieji się plecie —
I to, że twierdzy tej królowa senna
Jest w swym afekcie niezłomna, niezmienna!“






XXVII.

...Zbladł Nawarecki — uczuł w głębi duszy
Boleść olbrzymią, jak ból króla Lira.
Gmach mu jestestwa jednym ciosem kruszy
Dłoń wychowanka niewdzięczna, nieszczéra —
Wszystko zagasło, a z ponurej suszy
Tylko twarz żony szyderczo wyziéra
Jak wiarołomnej lwicy twarz na scenie —
I był ten starzec biedny nieskończenie!

Ale za dumny aby się rozkrwawić,
Wobec Kąkola, z gestem rzekł Cezara:
„Chcecież więc imię ojców mych zniesławić,
By w świat leciała pamfletu fanfara,
Cześć Nawareckich nieskalaną zdławić?
Wiem, jaka wam jest potrzebna ofiara!
Weź więc me imię, zrób ofiarę ze mnie,
Ale idź wyzwać rzeźbiarza odemnie!“


I z gniewnem czołem i z usty zwartemi
Pod skrypt „Porfiru“ swe imię położył,
A równocześnie myślami drzącemi
Dosnuwał dalej to, co dzisiaj dożył.
Adwokat prawie czołgał się po ziemi,
Tak się obleśnie przed hrabią ukorzył,
Sprzedał mu kłamstwem zbezczeszczony bilet —
Wpierw, jak bandyta w pierś mu wetknął sztylet!






XXVIII.

Wiem, że ta powieść w akcji określeniu
Wygląda, jakby dramatu scenarjusz,
Że na tem ciągłem scen przeistoczeniu
Cierpi duchowych przeobrażeń djarjusz —
Ależ pamięta o każdym kamieniu
Do swoich ruin przykowany Marjusz!
Na wszystkich gruzach znak wspomnienia tłoczy,
Zanim wypłacze zrozpaczone oczy...

Hrabia biletu drugi raz nie czytał —
Strzała już sercu cios zadała krwawy!
Byłby niewinność Janiny powitał,
Byłby pogrzebał widziadła niesławy!
Tylko w boleści bez łez siebie pytał:
„Tak to się kończy żywot długi prawy?
O cóż mi z życia zostało pochodni?
Odblask dwoistej wiarołomstwa zbrodni!“


I siedział długo smutny, z szklannem okiem,
Z piersią apatją ciężko przygnębioną...
Wtem do salonu szumnym wpada krokiem
Pauprów ulicznych rozmaite grono;
Naprzód Krywełło nasz wesołym skokiem —
A. cała rzesza krzyczy unisono:
Vivat! Bo dzisiaj „Porfir“ wstał porzecki!
Ludu! Niech żyje hrabia Nawarecki!“

„Kto wy jesteście?“ — krzyknął biedny hrabia.
„Lud!“ — odpowiada natchniony Krywełło —
Kurzem ulicy progi twe ozdabia
I czci kantatą patrjotyczne dzieło!“ —
A na znak wodza cała zgraja drabia,
Grono gamenów da capo krzyknęło:
Vivat“ — Bo cóż nam zrobi wróg zdradziecki?
Ludu! Niech żyje hrabia Nawarecki!“

A we drzwiach stanął wówczas Nieznajomy.
Krywełło uśmiech miał szyderczo-słodki,
Tryumf „Porfiru“ bowiem był widomy —
Więc klasnął w dłonie rozhulany, wiotki,
A na to hasło wszystkie bose gnomy
Tną na finale treść ostatniej zwrotki:
„Vivat! — Bo tyś się nie zląkł, syn szlachecki!
Ludu! Niech żyje hrabia Nawarecki!“






XXIX.

„Janie! — zawołał gość — czy ty pamiętasz,
Jak my w młodości razem wciąż chodzili
Na wielkiej sławy spustoszały cmentarz?
I, jak ja kląłem w omamienia chwili
Ojcowskiej zbroi zmarniały inwentarz,
Za to, że wrogi z niej nas rozzbroili?
Ty szlachetniejszy, czcząc umarłych kości,
Szukałeś w grobach ziarna dla przyszłości!“

„Janie, ty milczysz? Nie poznajesz brata?
Czyż mnie tak zmienił kurz żywota dymny,
Że mnie z twej duszy jak samum wymiata?...
Druhu, och, powiedz na młodości hymny
I na najdroższe zaklinania świata,
Czemu tak stoisz posągowo zimny?...
Zacinasz usta? Zdławić chcesz zgryzotę?
Czem nie powiedziesz mnie na tę Golgotę?...“


„Nareszcie mówisz suchym, martwym głosem,
Że wszelka miłość smutną jest chimerą,
I że najszczersi ciężkim tobie ciosem,
Zabili duszę jak łza boża szczerą, —
Że się urąga dziś nad twoim losem
Ten, co cię zdradził, ten nikczemny Zero —
A jak cię twoi zdradzili najszczersi,
Nie chcesz wypłakać na braterskiej piersi?“

„Wiedz, że młodzieńca tego już poznałem,
I nie chcę wierzyć, żeby był nikczemny!
Że oko w oko jemu już zajrzałem,
Chyba że wzrok mam tępy, błędny, ciemny!“ —
I przyszedł do mnie mistrz, aby z zapałem
Krzyknąć, że wyrok wydał niedaremny —
A hrabia został jak cedr bez korony
Sam-na-sam z marą wiarołomnej żony...






XXX.

O duszo ludzka! Jakżeż ciebie pieści
Gad podejrzenia, najstraszniejszy z węży?
Zaledwie suchym sykiem zaszeleści,
Zażre pancerny hart najtwardszych męży
I najcieplejszy struje dech niewieści —
I już się dusza w moc nie rozoręży,
Chyba że zwalić chce do szczętu tumy —
Dzieło zwątpienia kończy władza dumy!

Weszła hrabina: „Przecież“ — rzekła — „oni
Budują „Porfir“ w celu dobroczynnym!“
Hrabia przystąpił wtedy blisko do niej
I zatopiony w jej wzroku niewinnym
Zadrżał i zachwiał się i naraz z toni
Zabitej duszy głosem mroźnym, innym
Rzekł, kiedy bilet jej pod nogi rzucił:
„O módl się pani, abym ja nie wrócił!“


Została sama — niema — i z początku
Nie rozumiała tej minuty grzmotu.
Podjęła bilet — widzi, że w zakątku
„Litość“ ramiona wznosi jak do lotu —
Wspomniała „Porfir“ — i z wydarzeń wątku
Doszła do nędznych ludzkich żądz obrotu! —
Samem wspomnieniem hańby rozwścieklona,
Z bijącą skronią zawołała ona:

„A więc szyderce i kapłani blagi!
By ubrać „Porfir“ w taką rodu sławę,
Której nie zjadły wieków sarkofagi,
Musicie zmiażdżyć mego męża nawę —
I nóż zatopić obosieczny, nagi,
By krew wam dało serce jego prawe,
By do waszego przykuł się łańcucha —
Fałszerze chleba i fałszerze ducha!“

„A więc w mamony mizernym uścisku
Wstyd wam nie pali nikczemnego czoła?
Niewieściej cnoty nie widzicie błysku,
Co was przeklina i o pomstę woła?
Czciciele kłamstwa i służalce zysku!
Niemaż w podłości już granicy zgoła?
I aby dobiedz do zbłoconej mety,
Hańby wam trzeba uczciwej kobiety?“


„O ja rozumiem ten wasz nędzny zamach!...
Inaczej będę plwana według wzoru,
Na kameljowych zdobytego damach!
Wyrwana z cnoty jasnego ugoru,
Będę rozdarta w waszych satyr łamach,
Aby w potwarzy zginąć bez honoru
U wszystkich okien i we wszystkich bramach —
Zginąć w skandalu sromnej błyskawicy
Na żer salonu i na żer ulicy!...“

„Ha, czyż nie wiecie, łotry, kim ja jestem? —
Ja jestem Polką i mam to dziewictwo,
Żem z mlekiem matki, z krwawym dziejów chrzestem,
Wyssała wzniosłe cnoty posłannictwo!...
I ze zdumienia patrzę na was gestem.
Na to bluźniercze waszych dusz kaléctwo,
Że tak wam łatwo cześć kobiety zburzyć,
Tak się z serc wyzuć, tak się wynaturzyć!...“

„A przedewszystkiem on — ten rzeźbiarz młody,
Co szukał natchnień na mem czole czystem
I rwał ze sobą na zachwytów gody...
Mógłże frymarczyć mym niewinnym listem
Ten, co królestwo szczęścia i swobody
Dzierżył pod sztuki sklepieniem gwiaździstem,

Z boginią piękna złote dzieląc łoże —
Mógł-że on zdradzić?... Nie, to być nie może!“

„I komuż teraz biedna mam uwierzyć,
Skoro mię zatruł i szyderstwa dolał
Ten, co poezji światy chcąc rozszerzyć,
Zapragnął oka mego — i co wolał
Zapał kobiety cyrklem zysku zmierzyć —
I sprzedał imię moje — i przebolał,
Gdy padła w niwecz razem sztuki chwała...
A jam go prawie już na pół kochała!“

I w wielkim bolu omal niepamiętna
„Precz!“ zawołała i zmężniałą dłonią
Uderza rzeźbę w marmurowe tętna —
I kona „Litość“ ze zranioną skronią,
Robota dłuta i serca odświętna,
A białe szczerby na parkiecie dzwonią
Pogrzeb „Litości“, co pierś swą rozwarła
Dla skier słonecznych a w prochu umarła...

A z gruzów rzeźby, rozbitej w kawały,
Nikły odłamek z wiadomym napisem:
„Kochaj i pracuj!“ sterczał na wzór strzały,
Jak snop zbożowy nad rozbitym flisem.
„Nie! nie pojmuję całej tej kabały,

Kto tu niewinny a kto infamisem!“
A genjusz serca, w takich bolach czynny,
Szeptał Janinie, że Zero niewinny.

„Mężu!“ — krzyknęła — „Wy się bić idziecie?
Wzywasz do walki swego wychowanka?
Znalazłeś podpis żony na bilecie,
I pragniesz biedny bladej śmierci wianka?
Jakaś intryga was obydwóch gniecie,
Ja między wami dwojga — śmierci branka!“ —
I łkając z trwogi i wołając Jana,
Przed świętym krzyżem padła na kolana.

I weszła Mania z białą różą w ręku,
A choć nie znała Janiny boleści,
Wnet ją odczuła w miłości oddźwięku —
Kwiat wypadł z dłoni i kobierzec pieści —
Uklękła Mania cicho i bez jęku,
Złożyła ręce do modłów bez treści —
Marja w współczuciu, Janina w żałobie,
Tak się modliły te kobiety obie...






XXXI.

Wpół ukojona nocy zapragnęła.
Noc letnia, pyszna, siadła już na kwiaty.
Pod winogradem Janina spoczęła —
W koło niej klombów woń i szept skrzydlaty
A nad nią mleczna droga się rozgięła
A gwiazdy w lśniące zdobią ją makaty —
I jakby z gwiazdą spadły złotoszczerą
Z drgającą piersią stanął Roman Zero...

Gdybym umierał w nieskalanej glorji
Uczciwą śmiercią w jakiej pięknej ziemi,
Ssąc z purpurowych ust róży-wiktorji
Ostatni balsam wargami zbladłemi —
Gdybym się z bolów spowiadał historji
Przed źrenicami dziewic spłakanemi,
Na barkaroli na mirtów węzgłowiu,
Gasnąc wieczorem w słodkiem pogotowiu —


Gdybym umierał, jak umiera Ely,
„Pijąc Falerno przy kanzenet brzmieniu“ —
A nie w samotnej nędznej zimnej celi
Z lufą u piersi, w torsów ginąc cieniu,
Odarty z wiary archanielskiej bieli,
W alkoholicznem znikczemniały drżeniu —
Możebym w czystym poezji rynsztunku
Umiał wyszeptać dzieje pocałunku!

Ale ci powiem, że go czuję jeszcze,
Nie jak poeta, zakochany we śnie,
I śpiewający całusowe dreszcze —
Ja się w ten liryzm teraz nie rozpieśnię,
Bo ja nie sercem, lecz zmysłami pieszczę
I pocałunek czuję wciąż cieleśnie —
Ten pocałunek, co mi krew przekształcił,
Nerwy rozkiełzał i duszę pogwałcił!

„Panie!“ szepnęła — „zwątpiłam, lecz wierzę
Ale się nigdy już nie zobaczymy.
Panie, mnie serca mówią dziś psałterze,
Że nad przepaścią oboje stoimy!
Na pożegnanie złóż miłość w ofierze,
Wszak masz wspaniałe sztuki baldachimy..“
W objęciu ramion jak w splotach lijany
Jej pocałunek wypiłem siostrzany...


„Janino!“ — krzyknę, gorząc w całej skroni
„Stój!“ rzecze mistrz mój, co za mną od wczora
Jako wszechwładny duch z rozkazem goni.
„Stój, bo jest grzechem tej miłości zmora!
Musisz ją zabić w zapomnienia toni!
Niech na mej piersi spocznie dusza chora,
Cnotą i pracą boleść tę rozbroim —
Romanie Zero, jestem ojcem twoim!“

„Wiedz, między wami obłok się napiętrza
I waszych losów rozdziela łańcuchy.
O obowiązku religjo najświętsza,
Tobie są wierne najszczytniejsze duchy!“ —
A kiedy mówił, to z mej duszy wnętrza
Jęk się rozkoszy dobył drżący, głuchy,
I zszedłem wtedy z bolów mych ogrojca —
Wiesz-że człowieku, co to nie mieć ojca?...






XXXII.

„Ten skrypt nieważny!“ rzekł na zgromadzeniu
Ojciec do Jana, gdy nowej kompanji
On przewodniczył w smutku i milczeniu,
„Moi panowie, w czynach wyuzdani,
Wszak już nazwałem kłamstwo po imieniu.
Firma fałszywą jest, a to, co na niej,
To jest nieuctwem i blagą spowitem —
Bo ten wasz porfir... on jest fosforytem!“

Jerzy Gozdawa krzyknął: „Tam do licha!“ —
Adwokat Kąkol, obcych myśli sługa,
Odpowiedzialność na Tumanka spycha,
A zaś Tumanek do Krywełły struga.
A zaś Krywełło, jak w katarze kicha
I jak w malignie milcząc tylko mruga,
Ten, co w Gujanie orał w cieniu mory
I na mórz brzegu ciosał labradory.


Na stole leżał kamień wybawienia,
Z porzeckiej ziemi zdjęty fundamentu.
Nagle mój ojciec dobył też kamienia —
„Patrzcie,“ — zawołał — „taki sam jak ten tu
To jest fosforyt, w nawóz się rozplenia,
I moc z każdego bije bryły szczętu!
I mam świadectwo, niezbite niestety,
Fizjograficznej krakowskiej ankiety!“ —

„Haha krakowskiej!“ — Tumanek zawoła —
Diess ist der Fiuch, że jeszcze tam nie dnieje!
That is the question: niema apostoła!
Heureka (bravo!) Sfałszowali dzieje!
Soyons ami Cinna! Hardego czoła
Znów geologji fałszują koleje!
Anch’ io sono... mam oblicze blade!
Sic itur... Bracia, giniemy przez zdradę!“

Gdy napiętnował nowej zdrady dzieło,
Zabrał ze stołu wszystkie rękopisy —
W pana Kąkola twarzy ani drgnęło,
Kiedy tak spełzły matactwa premisy —
Spojrzał na bryłę on i pan Krywełło,
Jak na zwierzynę zawiedzione lisy —
Zostali hrabia, ojciec i Gozdawa,
A ojciec wtedy taką rzecz zakrawa:






XXXIII.

„Ja dzierzę w ręku polskiej pracy godło,
A ten fosforyt jest zbawienia tarczą!
Bo gdy w rozgromie wszystko nas zawiodło,
Gdy głodne wrogi zewsząd na nas warczą,
Ten nawóz jest niezłomną bytu modłą,
Której nie zwalą i nie przefrymarczą —
Ten bujny nawóz zbawi i wyzwoli
Naród, co wszystko stracił oprócz roli!

„Niech sieje z wiarą i z nadzieją orze
Podbitych plemion rozerwana rzesza!
I niech od morza sięga aż po morze
Ta święta misja pługa i lemiesza!
Kto własną ręką ziemi wyrwie zboże,
Ten czarodziejsko kształt ojczyzny wskrzesza!
Kto o tę ziemię z wrogiem idzie w targi,
Zdrajcą jest! godnym wielkiej klątwy Skargi!


Widziałem ciebie, ziemi trwonicielu!
U wszystkich głośnych europejskich mrowisk,
Widziałem ciebie w fanaberjach wielu,
W kłamanym blichtrze, u modnych zdrojowisk
I znają ciebie w szumie i szmermelu
Wielkie boginie jaskrawych widowisk,
I gry szalone grzebią cię jak mafje, —
Ty przez garsonów mianowany grafie!

„A czyliż nie wiesz ty, rycerzu smutny!
Na co nam trzeba skarby nagromadzać?
Czyliż nie czujesz, marnotrawco butny,
Że kiedy Polska będzie się odradzać,
To trzeba będzie zasób mieć stokrótny,
By znaki gwałtu zrywać i wysadzać,
I dać majestat tej ojczyźnie nowy,
Ten, co tak długi przetrwał sen grobowy!

I czyliż nie wiesz ty, szlachcicu karli!
Jaki jest Polski genjusz zachowawczy?
Jeźli ojcowie twoi, co umarli,
Deptali prawa zakon święty, zbawczy,
I kazirodczo pasy z chłopa darli,
To ty wznieś teraz sztandar pojednawczy,
Pokochaj teraz dziecię ludu gołe —
Za winy ojców zbuduj chłopu szkołę!


„Czyliż nie widzisz dzikiej żądzy żaru
Na twego wieku umęczonej twarzy?
Czyliż od Wołgi aż do Gibraltaru
U dynamitem zwalonych ołtarzy
Nie zrzuca znaków z ludzkości zegaru
Źerdź kramolników i lont kajdaniarzy? —
Musisz więc zdrowo, musisz bogobojnie
„Wychować masy — aby spać spokojnie!

Musisz je przykuć też do ziaren snopa,
Aby zakwitał zagon gospodarski,
Musisz nieść światło dla ciemnego chłopa,
By mieć za sobą zastęp ludu dziarski,
Niech tam przed tobą pali się Europa...
Chyba że wtedy wznosisz sztandar barski,
Kiedy już w śpiące zaglądają dwory
Skrzydła pożogi i trwogi upiory!

A więc nie sądźcie, że ten kamień zimny
Jest li osnową powszedniego bytu!
Albowiem wielkie zmartwychwstania hymny
Z tego kamienia zrodzą się rozkwitu!
Na łan ojczysty żyzny, rolny, dymny,
Rzucam więc grudę tego fosforytu —
Do nowej spółki niech nas wszystkich zwoła
Głos zachowawczy: „Stodoła i szkoła!“ —


Jak bóbr rozpłakał się poczciwy Jerzy,
Tak mu to słowo serce rozrzewniło;
On swoje siły wciąż zapałem mierzy,
Chwycił za kamień i pieści się bryłą —
Smutne hrabiego oko w znak, że wierzy,
Szlachetnym ogniem też się ożywiło —
Ojciec mój krzyknął: „A więc popieracie?“
A hrabia szepnął: „Idę z tobą bracie!“

Wyszedł Gozdawa rady i natchniony,
A przyjaciele długo coś szeptali...
I z ludzkiej złości tajemnej osłony
Zwalone bogi znowu powracali:
Promienna postać nieskalanej żony
I Roman Zero w niezłomanej stali —
A ten, co rozbił już miłości czary,
Na piersi druha święcił powrót wiary...






XXXIV.

...Białe kamienie wciąż wołają do mnie:
Czemu nie czerpiesz z czystej natchnień wody?
A gdzież przysięga twoja, że niezłomnie
Wytrwasz w obliczu słońca i pogody?
Rzuciłeś dłuto świętokradzko, sromnie,
I jak w letargu drzémiesz, mistrzu młody,
I w melancholji kochasz się cyprysie —
A wszakże sztuka pogardzona mści się!“

I — prawda — nieraz jeszcze powstawała
Z wysileń woli, z tytanicznych tłumień,
Iskra poezji jak błyskawic strzała,
Jak genjusz życia z morowych zadżumień.
Wtedy na znojne moje czoło lała
Nowych zachwytów promienisty strumień —
Chciałem w poezji słodkim, dumnym dreszczu
Z tego z złotego odrodzić się deszczu!


Ale jak gwiazda umiera mdlejąca,
Tak moja sztuka omdlała i zmarła...
I potargana wśród bolów tysiąca
Koronę sobie sama z skroni zdarła,
A wyobraźnia chora, ręka drżąca,
Rzeźbiły odtąd nikłe dzieła karła —
I nie zdołały nigdy już jak ongi
Potęgi myśli w martwe lać posągi.

Bowiem powiedział wonczas mistrz: „Kobieta
Zginie dla sztuki gdy jej chcesz dla życia,
Gdy ci nie starczy duchowa podnieta,
Gdy żądza przeżre wszystkie serca bicia!“
Patrz! pogrzebana leży sztuki meta,
A ta, co z żądzy nie schodzi spowicia,
Gorączkę we mnie samobójstwa wszczęła —
Bo mi dla sztuki i... życia zginęła!

Ależ bo piękną byłaś onej nocy
W tym pocałunku z ust siostrzanych zlanym!
Tylko że nie wiesz, że jak duch sierocy
Żyć pocałunkiem nie mogę siostrzanym!
Że błądzę lata nędzny i bez mocy
I szukam ciebie w szale rozigranym!
Że trza mi odtąd nie miłości cienia,
Ale żywego kobiecego tchnienia!


Kobieto piękna! Mówią, że uczucie
Troiste jest, nim jego gwiazdy zginą:
Młodość w sercowej rozebrzmiewa nucie,
Potem ze zmysłów skry pragnienia płyną,
Nareszcie w nerwów chorobliwej bucie
Z popiołów rośnie miłość... O Janino!
Kocham cię sercem, zmysłami, nerwami,
Wszystkiemi trzema kocham miłościami!...






XXXV.

Ojciec i hrabia wkrótce wyjechali,
Siać między bracią ziarna Fosforytu.
A mnie się w żyłach nowa miłość pali,
Pełna rozkoszy, burzy, łez i zgrzytu,
A choć się sztuki biały anioł żali,
Nie chcę tej martwej poezji zachwytu —
A chcę całować ją... w objęciu ramion
Czarem błękitnych oczu jej omamion!

... I w noc gwiazdzistą jak wąż się wśliznąłem
I śpiących kwiatów zdeptałem kielichy.
Z bijącym pulsem, z rozpalonem czołem,
W lot wyśpiewałem szept miłości cichy,
Petem w oddechu jej... pragnieniem drgnąłem,
Pełnem szaleństwa, ognia, siły, pychy —
I pocałunek wyrwać chcę przemocą,
W krew mi rzucony ową pierwszą nocą.


I niepamiętny i oszołomiony
Tonąłem jeszcze w oka jej przezroczu —
I nie widziałem dumy cudzej żony,
Pijąc aromat z złotego warkoczu,
Kiedy z pogardą i z gniewem Junony
Krzyknęła do mnie ona: „Precz mi z oczu!“
I jeszcze stałem z czołem potem zlanem,
Gdy powtórzyła: „Precz! Pogardzam panem!“ —






XXXVI.

Z pogardy znakiem — koło ciebie święta!
Jakże-ż już długo krążę jak szaleniec?
A dusza wstydem, żalem, bolem ścięta
Jak ciężkich grzechów biedny potępieniec
I pocałunek i klątwę pamięta
I te dwie noce w wspomnień wplata wieniec —
A na umarłych marzeń mych pogrzebie
Widzę li ciebie, zawsze tylko ciebie!

I zawsze w krwi gorącej szturmowaniu
Pragnie cię dusza, twoich form łakoma,
A w tem rozkosznem piękności wskrzeszaniu
Ty żyjesz wiecznie w mózgu anatoma!
Jak Afrodytę w morskiem zmartwychwstaniu
Rodzi cię dla mnie siła niewidoma,
Rodzi cię żądza szalona bezbrzeżna!
Jak olimpijska miłość tak lubieżna...


O, czy ty wierzysz, że gdy Zero kona,
To jak artysta kładzie się do trumny!
Bo, kiedy wspomnę śnieżne twe ramiona,
Wyniosłą postać, jako kształt kolumny,
Anielski powab przeczystego łona,
Och to, Janino, jestem wtedy dumny
I wkrótce szyby dumę tę odbrzękną —
Jako umieram przez kobietę piękną!






XXXVII.

Czyż to jest miłość czuła, ossjaniczna
W której sonety kwitną w sercu za rdzą?
Nie to choroba jest realistyczna,
Jaką powietrzni kochankowie gardzą!
Właśnie dla tego, że nie eteryczna,
Właśnie dla tego, że tak ziemska bardzo,
Lata już wołam do niej w bolu: „Zgryź mię
W nieokiełzanej władzy sataniźmie!“

I patrz na płomień, jakim ona strzela!
Pragnąłem nieraz, by Janina padła,
By wśród łez, bolów, walk i szałów wiela
Gwiazda jej cnoty jak w otchłani zbladła,
I by w miłości dla mego mściciela
Taka ją boleść, jaka mnie, zajadła —
Abym mógł boleść, co mi życie toczy,
Rzucić szyderczo jej w błękitne oczy!...


Ale nie zrzucił z drogi księżycowej
Tej bohaterki obłęd grzechu mglisty!
I kiedym tylko w złości purpurowej
Jak szpieg spoglądał na jej szlak przejrzysty —
W ciszy powszedniej i w wrzawie balowej
Miała na duszy ten sam promień czysty,
Miała na czole ten sam wyrok twardy —
Majestat cnoty i majestat wzgardy!






XXXVIII.

Ach, gdybym jeszcze powstać mógł z popiołów!
Takim bym, pani, olśnił ciebie blaskiem,
Tyle bym chwycił skrzydeł archaniołów,
Takiej twórczości siałbym dumnym piaskiem,
Tyle bym znalazł sławy apostołów,
Że odurzona tej wielkości wrzaskiem
I uwielbieniem przejęta i zgrozą,
Poszłabyś za mną — ty, trwożna mimozo!

I zapragnąłem wtedy skry idei,
Takiej, co w sercach pali się młodzieży...
Ale ta młodzież zimna, bez nadzieji,
Szyderczo patrzy w słońca, w nic nie wierzy,
A wielka pamięć dawnej epopei
Jak blada urna w zapomnieniu leży —
Wtedy wołałem jako ptak zbłąkany:
Młodzieży polska, gdzie są twoje Zany?


Więc poleciałem w świat i na Alp szczycie
Jak Helen silny, pełen krwi i ducha,
Szeroką piersią piłem nowe życie —
Lecz spłynął demon mój z-za gór łańcucha
I na najwyższym stanął dolomicie,
I kiedy alpa mej spowiedzi słucha,
On mi Manfredów pokazał szkielety
I stał na głazach, jako duch kobiety...

Nareszcie w znoju szedłem szukać znaków
Boskiej miłości w legendowym Rzymie,
Nie tej, co lubi „lot olbrzymich ptaków“,
Ale co żyje w małych hołdów dymie —
Lecz mi rozkazał Bóg wielkich zodjaków
Nosić bez skargi pogardzone imię! —
Ach, jestem rodem z dumnej tej mansardy,
Co zniesie wszystko — wszystko prócz pogardy!

A więc przestałem latać na Montblanki
I na wyżynach padać z rozemdlenia...
Rozwieńczonemu odtąd na dnie szklanki
Letejska woda płynie zapomnienia!
A w tej gorączce zawsze twarz kochanki
Patrzała z wspomnień zielonego cienia —
A... Dosnuj powieść, co te znajdziesz karty,
Bo ten „dokument“ pieśni już nie warty!






XXXIX.

O szczytny Ely! duszo jasnooka!
Z zagasłych światów wynijdź już cmentarza!
Pamiętam wzrok twój — ty masz wzrok proroka:
Modli się, mdleje, grozi i przeraża!
Patrz, jaka nędzna, jaka zła epoka!
I jaką młodzież, jakie karły stwarza!
I jak tu łatwo z przeżartą wątrobą
Nareszcie w bolu dumy wzgardzić sobą!

W greckiej harmonji rozkochany Ely!
Daj epigonom moim serca męstwo!
Harmonję ducha-ciała w życie przeléj!
Umrzeć nie tryumf, ale żyć zwycięstwo!
W nowej poezji niech się rozanieli
Prostoty ludzkiej wielkie czarnoksięstwo —
I niech powstanie prawda na mogile
W symbolu Boga, czy w przyrody sile!


O ty masz skarby wiary i zapału,
A nie masz ran z rozpaczy i zwątpienia...
A więc młodzieży tej bez ideału
Zsyp ze złotego myśli swych pierścienia
Poezję ciszy, nie poezję szału,
Poezję hartu, nie poezję mdlenia,
Poezję w cnotach ukąpaną wiecznych —
Wielką poezję małych gwiazd społecznych!

Z dawnej poezji czarownego mleka
Wstawały bogów berła i pancerze,
A człowiek byt swój jak wezbrana rzeka
W kłamanych gadek tracił romanzerze —
O wskrześ uczciwą, dobrą twarz człowieka
I nagiej duszy ludzkiej ogłoś Wierzę!
Wtedy z rozkosznym swych uniesień dreszczem
Poeto piękna, będziesz prawdy wieszczem!






XL.

Trzecią już dobę piszę blady, drzący...
A mam mieszkanie naprzeciw Janiny,
Bo namiętności demon wciąż płonący
Kazał mi śledzić wszystkie jej godziny...
W weneckiem oknie siedzi mróz trzaskący
A w prochu leżą smutne rzeźb ruiny —
Niedokończone patrzą na mnie torsa
A mróz tka linje niewieściego gorsa...

A gdy na szybach kształt kobiecy ściele
Krwi rozigranej paląca malarja,
Tam naprzeciwko huczne brzmi wesele,
I wśród wiwatów gra mazurów arja —
Bowiem przysięgli dziś na ewanielję
Pan młody Hugo, panna młoda Marja,
I zda się widzę z okna rój skrzydlaty...
Zrzućcie mi z wieńców i z bukietów kwiaty!


Dajcie mi umrzeć zakołysanemu
W weselnej nuty pieszczotliwe dźwięki!
Dajcie mi z panny młodej dyademu
Talizman jaki do smutnej trumienki!
W noc noworoczną dajcie gasnącemu
Uścisk choć jednej ciepłej ludzkiej ręki!
Żyć w samotności gorżko — lecz stokrotnie
Boleśniej konać i zginąć samotnie!






XLI.

I patrz, zaludnia się ponura cela...
Przedziwne formy zewsząd zmartwychwstają,
I tysiąc oczu nagle do mnie strzela.
Telegraficzne druty marsza grają —
A gdy mi w wirze balu i wesela
Jakieś syreny korny hołd oddają,
Janina w kształcie śnieżystego ptaka
Przypina żółty bukiet mi u fraka...

Ale to jeszcze nic — bo rozkiełzana
Powstaje burza i to wszystko zmiata...
I w przepalony orkan puszcz rozlana,
Dzwoni po szybach i po ścianach lata —
I mnie jak samum rzuca na kolana,
A w pulsach moich grzmi jak koniec świata...
A w każdym kącie pracowni się snowa
Przerażająca baśń przedpotopowa.


Tam na marmurach drzemią ichtjozaury
A kły im zmywa biała, szklista fala.
Orangutany, strojne w lijan laury,
Nad pizangami przelatują z dala,
A z drzwi zawiasów budzą się centaury,
I wnet bytowa walka się rozpala —
Boa-constrictor z tamaryndy lasu
Wychyla łeb ze złota i atłasu.

A wśród tych zwierząt szeptu, syku, zgrzytu,
Rosną w pagody wszystkie me posągi, —
Aż nagle odzian w kształt aerolitu
Spada z hałasem na te dziwolągi
„Bóg z rozczochraną brodą od zenitu
Aż do nadiru“ — jak pisano ongi —
I woła do mnie bijąc czarną chmurą:
Giń w tej powodzi nędzna kreaturo!

Ale to wszystko gryzie, pali, ssie mnie,
To wszystko ciepłe jest, ma pot i dysze...
Jak Laokoon zerwać chcę — daremnie!
To wszystko wstaje... czuję, widzę, słyszę —
To wszystko wraca, rośnie, szydzi ze mnie
W śmiechu i złości, w potędze i pysze!
A każdy potwór od Boga do płazu
Pełen znanego w twarzy jest wyrazu.


Patrz, tam ze ściany wstaje rzesza liczna:
Pawie w kontuszach, trutnie w karabelach...
A mego ojca postać tytaniczna
Rozdziera blichtr na Polski trwonicielach!
Jak dzika bestja apokaliptyczna
Zrzuca ich w niwecz, depcze po gardzielach,
A oni wstają, płyną do framugi,
I tańcząc w wnętrzu masek, łamią pługi.

Żaba w ornacie mknie do kałamarza,
Bryzga mi w oczy i natychmiast kona.
Jakiś padalec grzbietem stół wyważa,
Twarz ma Kąkola. Nagle u ogona
Pruskich szakalów stado się rozmnaża,
I tętni ziemia polska niespłużona —
A Kąkol u stóp klęczący motłochu
Kontrakt sprzedaży pisze błotem w prochu.

Patrz, tam barwista pantera na głazie
Dziko lubieżna ściele sobie łoże...
Patrz, jaka żądza w oczu jej wyrazie!
Namiętnem ciałem po marmurze porze,
I leci do niej goryl w satyrjazie...
To jest Janina! Ach czy to być może?
A któż nareszcie jestem ja, fantomy?
Patrzę w zwierciadło... Kształt mam nieznajomy.


Tylko z rozwianych włosów wciąż mi błyska
Iskra po iskrze w piekielnym zapale,
Tylko na piersi zwierzę bez nazwiska
Siedzi i pije moją krew zuchwale,
Z rozwartem nozdrzem całą pierś mi ściska...
Wreszcie chcę uciec w prześladowczym szale,
I padam we drzwiach zbity, potem zlany —
To jest delirium... jestem obłąkany!

Mróz mi na dworze w nędzną twarz uderzył,
Rozsiał i rozwiał widziadła po śniegu.
A gdy wróciłem — jeszcze mi się szczerzył
Ogón pantery i padalec w biegu!
Nareszcie świat ten wymarł i już nie żył,
Spokojnie leżą kamienie w szeregu —
I napisałem z realizmem Zoli
Tragedję mózgu — choć to bardzo boli!






XLII.

Cóż to widziałem w chaos rozesnuty?
Ileż to razy z przerażenia drgnąłem?
Bóg i centaury, małpy i mamuty,
Zimny mój tułów oplatały kołem,
Nogi mi kąsał szatan pełen buty,
Boa mi głowę w miazgę darła czołem —
Żadna fantazja ludzka nie odsłania
Takich okropnych cudów obłąkania!

O obłąkanie, ty nicestwa gończe!
Milczysz na chwilę w przełomowej dobie?
Resztkami mózgu piszę dalej, kończę,
I samowiedze w chorej czaszce żłobię
I wskrzeszam rozum... zanim krew wysączę,
Sam winowajca i sam sędzia sobie —
Choć wiem, że w takiej kończy żywot roli
Parjas niemocy, nie bohater woli!






XLIII.

Mimi! A cóż ty robisz teraz u mnie?
Zalotna Mimi, pierwszy mój modelu!
Co widzę? Łza do oka płynie tłumnie...
Niemasz gdzie spocząć po tryumfach wielu?
Snu pragniesz? Dobrze. Spij na mojej trumnie
I włóż pod głowę różę z kapitelu!...
I wnet usnęła Mimi czarnooka,
A łza nie zgasła — żywa i głęboka.

Mimi, sieroto! — Jakżeż ci do twarzy
Spać ze łzą szklącą się na rzęsie czarnej!
Na twojem czole znak się sromny żarzy
Rozwiązłej nędzy, grzesznej a bezkarnej...
Patrz, u zwalonych klęczę też ołtarzy!
Mogę-ż jak gołąb z łuny wyjść pożarnej?
Mogę-ż przebłagać Boga jak asceta?
Nie! Muszę zginąć jak szuja Musseta!


Ale ty nie sądź, Rollo pospolity!
Że twój testament na mej duszy stoi.
Mam ja rys jeden, złotą skrą spowity,
Na mego ducha zardzewiałej zbroi —
Bo leżąc w prochu, patrzę na błękity!
Boże — Janino — towarzysze moi!
Ja się w przekleństwo na was nierozkrwawię,
I jak za życia kocham was i sławię!

Nie, niemam serca plwać i wieńce zdzierać
I głos mój w szyderstw grzmot się nie rozdzwoni!
Konając jeszcze chciałbym perły zbierać
I pisać miłość na ludzkości skroni...
Ach, jak to słodko bez skargi umierać
I żegnać Boga w bolu bez ironji,
I w niemej śmierci własną gorycz zdławić,
Zalać się łzami i świat błogosławić!






XLIV.

Błogosławieństwo każdej ludzkiej doli,
Co stawi czoło huraganom, grzmotom!
Błogosławieństwo czynom dobrej woli
I archanielskim miłosierdzia lotom —
I wszystkim duszom, które życie boli!
Błogosławieństwo wdowom i sierotom —
I łzom rozpaczy i zwątpienia żalom!
Błogosławieństwo nędzy i szpitalom!

Błogosławieństwo tobie, o Janino!
Niechaj twej duszy promień szczerozłoty
Błyśnie; jak w nocy gwiazda nad ruiną,
I niech w promieniu pójdę do Golgoty!
Kiedy już żyły w nieskończoność płyną,
Błogosławieństwo męstwu twojej cnoty!
Błogosławieństwo sercom kobiet tkliwym!
Błogosławieństwo dumnym a uczciwym!


Requiem wszystkim, rozdeptanym w znoju,
Którzy z męczeństwem w sercu i na skroni,
Zwaleni burzą, w Bogu i w spokoju
Giną z modlitwą w losów marnej toni! —
Requiem wszystkim, co padając w boju,
Rzucają oręż z rozemdlałej dłoni
I samobójczo gasną w walki dymie! —
Requiem wszystkim w człowieczeństwa imię!

Requiem tobie, biedna moja duszo!
Requiem tobie, nędzne moje życie!...
Bracia rzeźbiarze niech mi ziemię wzruszą
I niech pogrzebią w noc gwiaździstą skrycie
I niech do trumny gliny mi nakruszą
I niech wykują na kamiennej płycie
Legendę grobu smutną ale szczerą:
„Tu w zapomnieniu leży Roman Zero“...


W Sieńkowie 1882.


Włodzimierz Stebelski.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Włodzimierz Stebelski.