Strona:Włodzimierz Stebelski - Roman Zero.djvu/19

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


„Panie rzeźbiarzu! — rzecze mrużąc oczy —
Nie zrobi sławy pańska ta figura!
Czemu-ż kankana sobie nie podskoczy
Ta ślamazarna i żebrząca rura?
Czy-ż ją mecenas na wystawie zoczy?
Po co jej tego mniszego kaptura?
Czemu panicza, miast dziecka nie woła?
A nadewszystko, czemu nie jest goła?“

„Panie artysto! Powiem panu zaraz,
Czemu w tej rzeźbie jest mankament wielki.
Boś pan z fantazją pewnie miał ambaras,
Robiąc figurę całkiem bez modelki.
Wiesz pan, gdzie Mimi? Wielka pani naraz,
Chodzi po mieście, w blichtr ubrana wszelki!“
Rzekł i wyleciał z dzbankiem, pełen tonów,
Śpiewając arję z „Cornewilskich dzwonów.“

Po tem kazaniu wstała mi w pamięci
Febra minionej przelotnej bohemji,
Której druhami byli wszyscy święci
Z anielicami lekko dobranemi —
Nie długo wszakże taki pół-świat nęci,
Zawsze się zjawi poezji Jeremi,
A z mgły powstaje genjusz jasnolicy,
Jak złoty motyl z szarej gąsienicy.