Strona:Włodzimierz Stebelski - Roman Zero.djvu/91

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


„Czyliż nie widzisz dzikiej żądzy żaru
Na twego wieku umęczonej twarzy?
Czyliż od Wołgi aż do Gibraltaru
U dynamitem zwalonych ołtarzy
Nie zrzuca znaków z ludzkości zegaru
Źerdź kramolników i lont kajdaniarzy? —
Musisz więc zdrowo, musisz bogobojnie
„Wychować masy — aby spać spokojnie!

Musisz je przykuć też do ziaren snopa,
Aby zakwitał zagon gospodarski,
Musisz nieść światło dla ciemnego chłopa,
By mieć za sobą zastęp ludu dziarski,
Niech tam przed tobą pali się Europa...
Chyba że wtedy wznosisz sztandar barski,
Kiedy już w śpiące zaglądają dwory
Skrzydła pożogi i trwogi upiory!

A więc nie sądźcie, że ten kamień zimny
Jest li osnową powszedniego bytu!
Albowiem wielkie zmartwychwstania hymny
Z tego kamienia zrodzą się rozkwitu!
Na łan ojczysty żyzny, rolny, dymny,
Rzucam więc grudę tego fosforytu —
Do nowej spółki niech nas wszystkich zwoła
Głos zachowawczy: „Stodoła i szkoła!“ —