Strona:Włodzimierz Stebelski - Roman Zero.djvu/5

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

Ale ty nie sądź, co te znajdziesz karty,
Żem się wychował w szarlatanów lidze,
Która jak aktor na Tarpei wsparty
Woła: Narodzie, ja płaczę i szydzę!
Patrz, jaki kostium mam pięknie rozdarty!
I dotąd jeszcze szczerze nienawidzę
Tego Musseta, co absyntem spity,
Bluźniercze skargi miotał pod błękity.

Albowiem wrogiem od młodości byłem
Wyuzdanego samoubóstwiania,
Co szuka wrzawy i w powietrzu zgniłem
Kadzidła tłumów jako płaz pochłania —
Nigdy w koronę głowy nie stroiłem,
Kłamana wielkość mnie nie obałwania!
Wierzyłem w Boga, nie wierzyłem w tłumy,
Jeśli umieram, to umieram z dumy!

I może poznasz, mój ty czytelniku,
Że ta opowieść jest wydarta z serca,
Że nie skąpana w obcych gadek mleku,
Ni z wyobraźni wysnuta kobierca —
Albowiem zawsze znać po żywym krzyku
Boleść, co z piersi jak wąż się wywierca
I echem woła mroźnem i rozbitem —
Ja ci na nerwach takim zagram zgrzytem!