Strona:Włodzimierz Stebelski - Roman Zero.djvu/42

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Teraz Gozdawę Kąkol wziął pod ramię
I teraz zabił szlachcica z kretesem.
„Panie!“ — zawołał — „adwokat nie kłamie;
„Porfir“ na honor będzie interesem!
Mianujem pana w poważania znamię
Akcjonarjuszem i — wiceprezesem!“
„Vivat!“ — Krywełło krzyknął jak najęty,
Szlachcic Gozdawa został szturmem wzięty.

„Panie Tumanku! — szepnie Kąkol, „blankiet!“
I podpisano dekret po kolei.
A wiceprezes, bez wyborczych ankiet
Dla „Porfirowych“ zdobyty nadzieji,
Krzyknął: „Panowie, zapraszam na bankiet!
Bo u mnie obiad to chrzciny idei!
Potem jakoby do ataku stawa,
„Czekajcie!“ — wrzasnął — górą dziś Gozdawa!“

„Wszyscy Byczyńscy w mym powiecie zbledną!
Trzej szambelani — jak to umie puszyć,
Jak to pomiata tą czamarą biedną,
Jak to gębuje, że ani się ruszyć!
Porfir nie porfir — to mi wszystko jedno!
A każę sobie nawet mundur uszyć!
Wszystkim Byczyńskim dziś na bezhołowie!
Niech żyje „Porfir“! Na obiad panowie!“