Strona:Włodzimierz Stebelski - Roman Zero.djvu/43

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


XVI.

Hugo, co dotąd drzemał we fotelu,
Zerwał się nagle, przebudzony wrzaskiem
I opowiedział, że mu z djabłów wielu
We śnie najstarszy sypnął w oczy piaskiem
Mówił mu „ty“ i rzekłszy: Wstań mścicielu!
Z assafoetidy żółtym dobył paskiem —
Ojciec zaś znowu kwestję tę wywléka:
„Czy on udaje czy też dostał bzika?“

Tu Nieznajomy spojrzał chłopcu w oczy,
Szukając smutnych ducha przeobrażeń;
Ale, że tam się rozespana tłoczy
Tingel-tanglowa muza nocnych marzeń,
I, że ta boleść, co młodzieńca toczy
Do uleczalnych należy zakażeń —
Więc Nieznajomy zaraz przejrzał chmurę,
I rzekł Gozdawie; „Panie, daj mu w skórę!“