Strona:Włodzimierz Stebelski - Roman Zero.djvu/44

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Hugonek pisnął: O hola mój panie!
Ja ci odpowiem z pistoletu końca!
Tumanek zgromił praw ludzkich zdeptanie,
Jako gorący wszech swobód obrońca,
Krywełło, w akcji wciąż na zawołanie,
Do restauracji pobiegł nakształt gońca,
A zaś Gozdawa rzekł do syna swego:
„Wiesz, że cię kocham... Możeby ten-tego?“

— „Minęły czasy“ — rzecze Nieznajomy —
Kiedy chłopięta, ledwie życia lizną,
Już w Kainowe rozhulane gromy,
Zamiast się uczyć, świat i Boga gryzną.
Takiej młodości zgasły już fantomy,
Dziś to jest farsą i parafjańszczyzną!
Zrzuć zatem kostium, mój ty chłopcze młody,
Ten kostium śmieszny, bo już wyszedł z mody!

„Nikogo klątwa twoja nie zatrwoży,
Nikt się nie boi twoich szyderstw grotu,
Bo duch ludzkości jasnej żąda zorzy
Dla wielkiej pracy gorącego potu!
Nawet lamentu twego, co się sroży,
On nie usłyszy wśród maszyn turkotu!
Mazgaj i próżniak to nie apostoły;
Hamlecie, przebierz się i idź — do szkoły!“