Strona:Włodzimierz Stebelski - Roman Zero.djvu/13

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Więc sobie chleba ujął sam od gęby —
I miłosierny jak Samarytanin,
Poszedł do nędzy w ciche dziewosłęby
Aż do najdalszych społeczeństwa tkanin.
A upior głodu i pożarów kłęby
Znają już dawno czarę jego danin —
Chociaż ta czara nigdy nie rozbłyska
Dla bulwarowych tłumów widowiska.

Tylko z daleka szmer po mieście chodzi,
Że z szlachetnego starzec ten metalu.
Więc żadna krzywda drogi mu nie grodzi
I niedopada mu do pjedestału
Kamień oszczerstwa, ten honoru złodziej,
Ani ta pani, co żądna skandalu
Zbiera kamienie jak pstra arabeska —
Opinja świata... metresa królewska!