Strona:Włodzimierz Stebelski - Roman Zero.djvu/18

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


VII.

Dawno już temu, gdy z mojego dłuta
Statua wyszła. W figurze niewieściej,
Która w szeroki płaszcz była zakuta,
Każdy gest płynął z symbolicznej treści;
Źrenica w niebo patrzy, w łzę rozsnuta,
A ręka dziecko rozklęczone pieści.
Nie była w rzeźbie żadna myśli skrytość;
Ona mówiła, że zowie się Litość.

A miałem sługę. Dobry chłopak Janek,
Rzeźwy, wesoły, a często jowjalny,
Kuchennych gracyj pupil i kochanek,
Nawet do sztuki wielkich bóstw zapalny,
Bo nieraz, dzierżąc w ręku wody dzbanek,
Kamiennym damom palił hymn pochwalny,
Dusza otwarta, a czasami szczéra —
Coś jakby błazen w tragedji Szekspira.