Strona:Włodzimierz Stebelski - Roman Zero.djvu/86

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


„Janino!“ — krzyknę, gorząc w całej skroni
„Stój!“ rzecze mistrz mój, co za mną od wczora
Jako wszechwładny duch z rozkazem goni.
„Stój, bo jest grzechem tej miłości zmora!
Musisz ją zabić w zapomnienia toni!
Niech na mej piersi spocznie dusza chora,
Cnotą i pracą boleść tę rozbroim —
Romanie Zero, jestem ojcem twoim!“

„Wiedz, między wami obłok się napiętrza
I waszych losów rozdziela łańcuchy.
O obowiązku religjo najświętsza,
Tobie są wierne najszczytniejsze duchy!“ —
A kiedy mówił, to z mej duszy wnętrza
Jęk się rozkoszy dobył drżący, głuchy,
I zszedłem wtedy z bolów mych ogrojca —
Wiesz-że człowieku, co to nie mieć ojca?...