Strona:Włodzimierz Stebelski - Roman Zero.djvu/24

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


„Dzięki! — Bo wierzę, że mnie rozumiecie!“
Rzekł pan Tumanek, pełen wieszczych darów
I począł szukać w ogromnym kajecie,
Co mu z kieszeni sterczał na wzór Larów.
Wreszcie zawołał: „Wnet wam podam kwiecie,
By nie upadło w zapomnienia parów;
Zagram na sercach, a na mózgach dogram!
Panie Romanie, słuchaj! Czytam program!“

Już pan Tumanek w wielkiej pozie stawa,
Lecz trzeba było sprezentować gości:
„Dziedzic Porzecza, pan Jerzy Gozdawa!“ —
„Co?“ krzyknął Kąkol. „Sługa jegomości!
To doskonale! Górą nasza sprawa!
To się przypadkiem układa najprościéj.
Miałem do pana dzisiaj jechać właśnie —
Słowo honoru, lub niech piorun trzaśnie!“

„Czy znasz pan skarby, co błyszczą w Porzeczu?
Ach my nie znamy skarbów wśród omamień!
W porzeckiej ziemi pacierzowym mleczu
Leży cudowny, złotodajny kamień!
Na tej idei stoim jak na mieczu
I pan się cały w nią z zapałem zamień!“ —
A zaczynając akcji epopeę,
Rzekł do Krywełły: „Pokaż pan ideę!“