Strona:Włodzimierz Stebelski - Roman Zero.djvu/103

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Więc poleciałem w świat i na Alp szczycie
Jak Helen silny, pełen krwi i ducha,
Szeroką piersią piłem nowe życie —
Lecz spłynął demon mój z-za gór łańcucha
I na najwyższym stanął dolomicie,
I kiedy alpa mej spowiedzi słucha,
On mi Manfredów pokazał szkielety
I stał na głazach, jako duch kobiety...

Nareszcie w znoju szedłem szukać znaków
Boskiej miłości w legendowym Rzymie,
Nie tej, co lubi „lot olbrzymich ptaków“,
Ale co żyje w małych hołdów dymie —
Lecz mi rozkazał Bóg wielkich zodjaków
Nosić bez skargi pogardzone imię! —
Ach, jestem rodem z dumnej tej mansardy,
Co zniesie wszystko — wszystko prócz pogardy!

A więc przestałem latać na Montblanki
I na wyżynach padać z rozemdlenia...
Rozwieńczonemu odtąd na dnie szklanki
Letejska woda płynie zapomnienia!
A w tej gorączce zawsze twarz kochanki
Patrzała z wspomnień zielonego cienia —
A... Dosnuj powieść, co te znajdziesz karty,
Bo ten „dokument“ pieśni już nie warty!