Strona:Włodzimierz Stebelski - Roman Zero.djvu/15

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


A nadewszystko te niebieskie oczy!
Widziałem wszystko już: modre błękity,
Dalekich mórz, widziałem strop przeźroczy
Niebios, co wzniosłe Alp całują szczyty,
Szafiry z złotych wypadłe jak z warkoczy —
Nawet haszyszu słodkim snem spowity
W błękitne oczy hurysek patrzałem —
Takich błękitów jednak nie widziałem!

Bo taka biła z oczu tych tęsknota,
Pełna pragnienia a zrodzona z wiary,
Żeś musiał krzyknąć: Tak wygląda cnota,
Co pójść gotowa i na stos ofiary,
By grzech odkupić bliźniego żywota
I jad odwrócić od bliźniego czary —
Że hrabia serce to ukochał tkliwe,
Jako swej myśli objawienie żywe. —

Że jako dzieci smutnego rozgromu
Wielkim bożyszczom nie bijali czołem,
A salon nędzy otworzyli w domu,
Aby za szczerym pożywiona stołem,
Wracała wolna od głodu i sromu,
Bo dom szpitalem był i był kościołem,
Gdzie nad litości pracując kobiercem,
Jan był rozumem, a Janina sercem. —