Strona:Włodzimierz Stebelski - Roman Zero.djvu/35

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


„W radykalizmu płomiennym uścisku,
Ja — „Winkelried“, poznałem wszystkie dzidy,
A kiedym w ciała wszelakiego spisku
Mierosławskiego wlewał kantarydy,
W tureckich, galskich, włoskich szabel błysku
Śpiewał chorały polskiej panachidy —
Bluźniłem myśląc, że jestem miljonem,
O którym Adam wielkim wieszczy tonem!“

„Jak ptak bez gniazda wracam do ojczyzny,
A doświadczeniem wzbogacony twardem,
Witam cię, łanie zielony i żyzny!
I z czołem kornem, a tak niegdyś hardem
Na wszystkich bitew obcych klnę się blizny:
Byłem Kiszotem, ale nie Bajardem,
Prawie lancknechtem, a nie muszkieterem,
I nie miljonem, lecz zbłąkanem zerem!“

„Czyż wiecie, kim jesteśmy? Ja wam powiem!
Przed laty walczył rycerz, w szablę zbrojny;
Trofea bitwy była mu węzgłowiem —
Aż raz zapomniał o zadaniu wojny!
I przeszedł gniew po twarzy Boga mrowiem,
Kiedy ten rycerz własny dom spokojny
Zniesławił krwią braterską, w proch wdeptaną,
Więc Bóg odebrał szablę zesromaną!“