Strona:Włodzimierz Stebelski - Roman Zero.djvu/110

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Patrz, tam ze ściany wstaje rzesza liczna:
Pawie w kontuszach, trutnie w karabelach...
A mego ojca postać tytaniczna
Rozdziera blichtr na Polski trwonicielach!
Jak dzika bestja apokaliptyczna
Zrzuca ich w niwecz, depcze po gardzielach,
A oni wstają, płyną do framugi,
I tańcząc w wnętrzu masek, łamią pługi.

Żaba w ornacie mknie do kałamarza,
Bryzga mi w oczy i natychmiast kona.
Jakiś padalec grzbietem stół wyważa,
Twarz ma Kąkola. Nagle u ogona
Pruskich szakalów stado się rozmnaża,
I tętni ziemia polska niespłużona —
A Kąkol u stóp klęczący motłochu
Kontrakt sprzedaży pisze błotem w prochu.

Patrz, tam barwista pantera na głazie
Dziko lubieżna ściele sobie łoże...
Patrz, jaka żądza w oczu jej wyrazie!
Namiętnem ciałem po marmurze porze,
I leci do niej goryl w satyrjazie...
To jest Janina! Ach czy to być może?
A któż nareszcie jestem ja, fantomy?
Patrzę w zwierciadło... Kształt mam nieznajomy.