Strona:Włodzimierz Stebelski - Roman Zero.djvu/102

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


XXXVIII.

Ach, gdybym jeszcze powstać mógł z popiołów!
Takim bym, pani, olśnił ciebie blaskiem,
Tyle bym chwycił skrzydeł archaniołów,
Takiej twórczości siałbym dumnym piaskiem,
Tyle bym znalazł sławy apostołów,
Że odurzona tej wielkości wrzaskiem
I uwielbieniem przejęta i zgrozą,
Poszłabyś za mną — ty, trwożna mimozo!

I zapragnąłem wtedy skry idei,
Takiej, co w sercach pali się młodzieży...
Ale ta młodzież zimna, bez nadzieji,
Szyderczo patrzy w słońca, w nic nie wierzy,
A wielka pamięć dawnej epopei
Jak blada urna w zapomnieniu leży —
Wtedy wołałem jako ptak zbłąkany:
Młodzieży polska, gdzie są twoje Zany?