Strona:Włodzimierz Stebelski - Roman Zero.djvu/59

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


XXIII.

Rzeźbę wysłałem naprzód. Osłoniętą
Poniósł ją Janek w dobrze znane progi.
A Roman Zero na Janiny święto
Uczuł, jak dreszcz go przejął dziwnej trwogi,
Jakieś nieznane a rzewne memento
Wreszcie stanąłem już gotów do drogi,
Aż Nieznajomy wpada nagle na mię
I silną ręką chwyta mię za ramię.

Straszny zaprawdę był on w owej chwili,
Gdy jego głowa nademną wisiała —
A żar gorący strzelał mu z pupili
I błyskawicznie twarz mu ciągle drgała.
W oczy mi spojrzeć, pożreć je się sili,
A w tem spojrzeniu tkwiła dusza cała —
Wreszcie zawołał jakimś łzawym krzykiem:
„Och, czy to prawda, żeś ty nikczemnikiem?“