Strona:Włodzimierz Stebelski - Roman Zero.djvu/21

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


A razem przyszedł ojciec też Hugona,
Właściciel pięknej włości na Podolu.
Głowa olbrzymia, w silny kark wtłoczona,
A głos potężny, jak orkan na polu.
Mina dziedzica dziś jednak skruszona,
I rzecze do mnie w niekłamanym bolu:
„Panie, mój Hugo na wszystko narzéka;
Czy on udaje, czy też dostał bzika?“

Rzekłem druhowi nie wiem po raz który:
„Kochaj i pracuj!“ ale druh zawzięty
Krzyknął, drapując czoło nakształt chmury,
Że nim świat ujrzał, to już był przeklęty!
Ojciec się żachnął, krząknął, spojrzał z góry,
Sens ten albowiem był mu niepojęty —
I gdy ten nonsens mu kotłował w głowie,
Drzwi się rozwarły, weszli trzej panowie.