Strona:Włodzimierz Stebelski - Roman Zero.djvu/20

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


VIII.

Drzwi się rozwarły. Wszedł przyjaciel Hugo.
Lat miał dwadzieścia, a już w nic nie wierzył,
Mówił, że przebył cierpień chryję długą,
Że wszystkich zasad nicość już wymierzył.
Miał długie włosy, chodził wciąż z maczugą
Nihilistycznie zawsze zęby szczerzył —
I żądał głośno wszystkich Madon ścięcia,
A wyuzdanej Nany wniebowzięcia.

Mówił, że nigdy niema śmiechu w duszy,
Choć z doskonałym jadał apetytem,
Wołał, że nic go nigdy już nie wzruszy,
Chyba huragan śnieżny pod zenitem,
Chyba, gdy pożar całą prerję skruszy,
Albo Florencja padnie z głodu zgrzytem —
I byłby godzien ten dityramb grzeszny
Wielkiej litości — gdyby nie był śmieszny.