Strona:Włodzimierz Stebelski - Roman Zero.djvu/80

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

Została sama — niema — i z początku
Nie rozumiała tej minuty grzmotu.
Podjęła bilet — widzi, że w zakątku
„Litość“ ramiona wznosi jak do lotu —
Wspomniała „Porfir“ — i z wydarzeń wątku
Doszła do nędznych ludzkich żądz obrotu! —
Samem wspomnieniem hańby rozwścieklona,
Z bijącą skronią zawołała ona:

„A więc szyderce i kapłani blagi!
By ubrać „Porfir“ w taką rodu sławę,
Której nie zjadły wieków sarkofagi,
Musicie zmiażdżyć mego męża nawę —
I nóż zatopić obosieczny, nagi,
By krew wam dało serce jego prawe,
By do waszego przykuł się łańcucha —
Fałszerze chleba i fałszerze ducha!“

„A więc w mamony mizernym uścisku
Wstyd wam nie pali nikczemnego czoła?
Niewieściej cnoty nie widzicie błysku,
Co was przeklina i o pomstę woła?
Czciciele kłamstwa i służalce zysku!
Niemaż w podłości już granicy zgoła?
I aby dobiedz do zbłoconej mety,
Hańby wam trzeba uczciwej kobiety?“