Strona:Włodzimierz Stebelski - Roman Zero.djvu/109

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

Pam na marmurach drzemią ichtjozaury
A kły im zmywa biała, szklista fala.
Orangutany, strojne w lijan laury,
Nad pizangami przelatują z dala,
A z drzwi zawiasów budzą się centaury,
I wnet bytowa walka się rozpala —
Boa-constrictor z tamaryndy lasu
Wychyla łeb ze złota i atłasu.

A wśród tych zwierząt szeptu, syku, zgrzytu,
Rosną w pagody wszystkie me posągi, —
Aż nagle odzian w kształt aerolitu
Spada z hałasem na te dziwolągi
„Bóg z rozczochraną brodą od zenitu
Aż do nadiru“ — jak pisano ongi —
I woła do mnie bijąc czarną chmurą:
Giń w tej powodzi nędzna kreaturo!

Ale to wszystko gryzie, pali, ssie mnie,
To wszystko ciepłe jest, ma pot i dysze...
Jak Laokoon zerwać chcę — daremnie!
To wszystko wstaje... czuję, widzę, słyszę —
To wszystko wraca, rośnie, szydzi ze mnie
W śmiechu i złości, w potędze i pysze!
A każdy potwór od Boga do płazu
Pełen znanego w twarzy jest wyrazu.