Strona:Włodzimierz Stebelski - Roman Zero.djvu/66

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


„Ja w prochu leżąc na przeszłości trumnie,
I mdlejąc z bolu, pytam moje dziady:
Czemuż tak Boga wyzywali dumnie,
Żem tylko grzechów odziedziczył ślady?
I słyszę groby błagające tłumnie:
Odkup te grzechy, nasz dziedzicu blady! —
Mogę-ż odkrzyknąć w tej obłędów chwili,
Żeśmy już winy ojców odkupili?

„Patrz! ile zielska w naszych łanów wiankach
I, jak my orzem, jak my zmartwychwstajem?
Patrz! nasza ziemia zastawiona w bankach
I jest wampirów obiecanym rajem!
Patrz! jak pokutnik w czynu stoi szrankach,
Miał Wallenrodem być, a jest lokajem!
Patrz! masa ludu ciemna, zdarta, mrząca,
I szkół brakuje — półtrzecia tysiąca!

„Frygijskiej czapki szkarłat szarlatański
Obcych, niepolskich haseł snuje przędzę,
A rozum stanu, nowy, szambelański,
Fałszerstwem jest w narodu złotej księdze!
I, gdzież mam stanąć ja, prawnuk hetmański,
Co kocham zmarłych groby, żywych nędzę?
Ja, który niechcę lśniących czcić zodjaków
A chcę budować domy dla żebraków?