Strona:Włodzimierz Stebelski - Roman Zero.djvu/28

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


XI.

Znowu ktoś wchodzi do mojej pracowni...
Twarz czarna, zbita, podarta, zgorzała
Miała oblicze przygaszonej głowni,
W której w ukryciu jeszcze iskra tlała.
Wszyscy „Porfiru“ rzecznicy wymowni
Zamilkli naraz. Postać się zerwała
I rzecze do mnie: „O mój młody Zero!
Ta twoja rzeźba jest szlachetną, szczerą!“

„A zkąd pan“ — rzeknę — uwiadomion o niej,
Skoro jej jeszcze nie zapowiadano?“ —
„Jakto!“ — zawołał — „Głos“ dzisiejszy dzwoni
Reklamę z wielkim dymem napisaną!“ —
„Ja napisałem!“ Kordjan się zapłoni
„Intuicyjnie zgadłem rzeźbę rano!“
Szlachcic Gozdawa krzyknął: „Co za głowa!“ —
Dziwnie ten „Porfir“ koło mnie się snowa.