Strona:Włodzimierz Stebelski - Roman Zero.djvu/63

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Mania spojrzała Kąkolowi w oczy
I rzekła nagle: „Znikłby ten atrament!“
Widocznie dziewczę miało zmysł proroczy,
Patrząc w tych oczu błysk i brud i zamęt.
Kąkol odpowie, że się nie roztłoczy
Taki, co w serca wciśnie się fundament —
A Mania naraz w śmiech wybucha długi,
Srebrny i głośny jak kaskady strugi.

Bo oto Hugo stanął wytrefiony,
Jak bzu gałązka rozkwitły i świeży,
Rozdemoniony i odmłodzieżony
Palnął hrabinie, co w życzeniach leży,
Potem na Manię rzuca wzrok wzruszony
I mazurowym krokiem do niej bieży,
I wręcza śmiało jej w obliczu świadków
Przepyszny bukiet sezonowych kwiatków.

„O panno Marjo!“ — rzecze Hugo młody —
Każdy mąż wieku rodzi się aniołem.
Wszelki demonizm już wychodzi z mody,
Górą nauka, marzycielstwo dołem!
Ja też nauki szukam dla osłody,
I botanicznej wiedzy zapragnąłem!
I pragnę w czczości pani życzliwości,
Aby najprościej w kwiatów wejść cudności!“