Poemat (zbiór)/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Stefan Napierski
Tytuł Poemat
Wydawca nakładem autora
Data wydania 1924
Druk Księgarnia „Ogniwo”
Drukarnia L. Bogusławskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron

STEFAN NAPIERSKI
POEMAT
NAKŁADEM AUTORA
WARSZAWA 1924
SKŁAD GŁÓWNY W KSIĘGARNI „OGNIWO“, SIENKIEWICZA 6.
DRUKARNIA
L. BOGUSŁAWSKIEGO
W WARSZAWIE
OKŁADKĘ PROJEKTOWAŁ LUDWIK GARDOWSKI[1]



SPIS RZECZY
Str.
 1
 3
 4
 5
 8
 16
 22
 24
 35
 40
 43
On 
 44
 48
 49
 62
 67
Ty 
 76
Bez 
 78
 79
 81
 83
 84
 85
 87






POEMAT

A dnie są takie blade, jakby były niczyje,
Noce są takie czarne, jakby marły w studni bez dna,
Zawsze ktoś za nas łaskawie drwiące godziny żyje,
O Matko, Matko ma.

Moje wiersze są takie, że niema ich komu czytać,
Moje życie jest takie, że niema go komu żyć —
Może przyjdzie nareszcie ostatnia, matczyna kobieta
I przetnie nić.




ZAMYŚLEŃCY

Bardzo jesteśmy dziwni, światu przeciwni młodzieńcy,
Nuży nas róży blask i poklask tysięcy.

Kładziemy sobie pod głowę niebo emaljowe,
Liczymy w zadumie niemej godziny niebieskie i różowe.

Mamy białe, małe i ospałe ręce,
W udręce kaleczą je wieńce jałowe i laurowe.

Lubimy, zda się, w szałasie obłoków, echolalje i św. Eulalję,
Do której tęsknimy, mówimy: weź serce i spal je!

Czasem już nic nie możemy, romantyczni, jak płaszcz hidalga:
Wtedy za Wielkiem Morzem upalna w nas kwili nostalgja.

Dnie nasze życiu i śmierci jednako przeczą:
Uśmiechamy się blado nad każdą rzeczą.

Cokolwiek będzie wreszcie, jakkolwiek się stanie:
Nigdy nie wzejdzie nasze winobranie — o, wierzcie! —




WIEM

Zrobię wszystko, co potrzeba,
By dostać kawałek nieba.

Przełamię się Bożym Chlebem,
Dam każdemu, ile mu trzeba.

Tylko zapomnę siebie...




ZAWSZE

Chodzę, zaśniony, po świecie.
Nic o mnie, ludzie, nie wiecie.

Niczego tu mi nie brak.
Jestem św. Franciszek, żebrak.

Gwałtownik jestem boży.
Żadne mnie niebo nie trwoży.[2]
Każdy dzień jest dzień. Każdy kwiat jest kwiat.
Nic nie wiem o was, dnie: otóż i cały świat.

Tylko czasem się patrzę gdzieś tam: bardzo daleko,
I jestem, jak godziny, bardzo daleko.

I wszystkich was w łzach szczęścia, w wiecznych uśmiechach mam.
I zawsze jestem z wami. I ciągle bardzo sam.




KARP

W lśniącej szkliwem wannie pływają ciemne ryby
I patrzą wzrokiem mądrym i szklanym, jak szyby.

Wcale nie są wypchane, choć ich oczy śpią, jak krągłe paciorki,
A pletwy i ogony poruszają się, jak z czarnego papieru wycinane wzorki.

Zapewne sobie myślą, że już niedługo dostaną się do nieba
I otwartemi pyszczkami chciwie chwytają rozmiękłe kawałki chleba.

A teraz są na półmisku. Leżą porządnie i wygodnie.
I zieloną pietruszką obrzeżone są żałobnie i niemodnie.

Szare, słone i płaskie, mają oczy zupełnie umarłe i bez duszy.
— Ktoś nad ich losem — i nad wszystkich losem — ulitował się i bardzo wzruszył.

Służący nieostrożnie potrącił srebrną tackę,
Zadzwoniła dygotem szklanka, westchnęła ciemna posadzka.

Struchleli bladzi goście, z rąk im wypadły widelce:
Oto stał karp na ogonie i ludzkim przemawiał głosem.

(A w wielkiej ciszy przez salę szedł Anioł, dziwując się wielce).




MODLITWA

Nie wiem, czemu jednych ludzi odwiedzam, a innych nie.
Wszystko czynię, jak we śnie.

Nie wiem, czemu raz cię kocham, a raz nienawidzę.
Bardzo się mej niewiedzy wstydzę.

Poco słowa mają oczy, a dłonie najczulszy słuch?
Z palców cichutko broczy Najświętszy Duch.

To Bóg szaleje w każdej kropelce krwi.
Aż pryśnie różaniec dni.





Spala mnie płomień własny,
Spala mnie płomień jasny.

Od stóp do głów goreję.
(Dawno zabiłem nadzieję).

Niechaj będę, jak iskrzący się krzemień.
W błyskawicę zwichrzoną mnie przemień,

W grom, co dno Twego nieba przewierci,
Aż do Ciebie, aż do płomiennej śmierci.




POWRÓT

Nie pytaj się lepiej o to: to tylko pierwsze są słowa,
Nie pytaj się nigdy o to: to tylko pierwsze są dni,
A potem wzbiera od nowa
Obłęd mej krwi.

Moje oczy — błądzące po stawie,
Moje usta — pełne cisz...
Aż kiedyś ujrzysz na wiejskiej, ustronnej murawie
Biały, brzozowy krzyż.





Rozbiłem serce zegarów,
Zamknąłem w kryształ dni,
Nie zdziwi mnie żaden tydzień i nad żadnym miesiącem
Nie wzniosę zdumionych brwi.

Nie słucham bijących dzwonów,
Nie słucham bijących godzin,
Wśród codziennych narodzin i zgonów
Ty się nie zrodzisz.

Każda wiosna na nowo cię stwarza
I znów kusisz mnie wśród ram okiennych;
(Ale nawet wśród dni najsłodszych jesiennych
Za nic w świecie nie zerwę kartki z kalendarza).

Chwytam cię rękami od snu gorącemi,
Patrzę w niebo i usta przykładam do ziemi,
Dzwony bić będą, wszystkie godziny zaświecą,
Gdy na wysokim katafalku powiozą mnie długą obojętną ulicą.





Niech już rozkruszę to koło,
W rzecz się rozłamię i stanę,
Rozpłynę się w wodne koło,
W pianę.

Niech krew się czerwona przemieni
W obłoków wędrowny wiew,
Niech spocznie błękitem cieni
Znieruchomiałych drzew.

Niech pachnę jasnem ranem
Mokrą wilgocią traw,
Niech dyszę gorącem sianem,
Niech usnę w wieczorny staw.

Niech lot mnie ptaków podrzuca
Wysoko, gdzie stoję na wietrze,
Niech wieję przez puste płuca,
Szalone zielone powietrze.


Niech w mglisty spłynę dreszcz
Na czarnej głębokiej rzece,
O, niech się wreszcie rozlecę
W srebrzysty deszcz.

Niech wejdę w wielką przemianę,
W południa struchlałą godzinę,
Lecz niech się nareszcie stanę
I niechaj na zawsze przeminę.

O, niechaj czemkolwiek się stanę
Na ziemi, na niebie, wszędzie,
Tylko niech mnie już nareszcie
Na wieki wieków nie będzie.




DRZEWOŚĆ

Supła się czarny korzeń, w konary gruchłe tężeje,
Zieloność gorzką listowi, pęcznieje, pęka w pień,
Chwiejnością gałązek wieje, głębokie ciągnie soki,
Ostrą patokę leje, w słodki się mleczy rdzeń.[3]
Rozsadzam zielone ramiona,
Drgam, prężę się w listki chore,

A dusza moja zielona
Rozpęka w białą korę.

Urastam, olbrzymie drzewo,
Rozkładam konary dokoła
W to nieskończone niebo,
Które mnie woła.

Szumiące lata leśne,
Pogodny chłodny zdrój —
Aż przyjdą bracia-cieśle
Podcinać biały słój.




GODZINA POŁUDNIA

Porą
Modro-pogodną
Jezioro.
Chłodno.

Na jeziorze: oka.
Boru z bronzu bukiety.
Woda zielono — głęboka.
Brzegiem: czarne oczerety.

Ta chwila
Smutku.
(Przechyla się
Łódka).

Wiosła jedwabne,
Libelule,
Gnące się czule dygoty wierzb.
Wiesz?

Wietrzyk falę muśnie,
Chluśnie, rozkołysze
I uśnie —
W komyszy.


Wtem owionie mnie, zanim w złotą słodycz zasnę,
Wiew zielony spalony, co miasta wyludnia.
I położy na oczy umarłe i jasne
Stromą i nieruchomą: Godzinę Południa.





W zielonym, zielonym borze
Obnażam konarów nerw,
Biały oślepły czerw
Ciemności toczę w korze.

Sok cierpki, ostry gwałt,
Płomienny w płomiennym owocu
Rosnę zieloną nocą,
By spęcznieć w jabłka kształt

W globu gorącej głębi
Przepływam złotą rudą,
Chłodnę w skorupę chudą
Którą ocean ziębi.

Bory bronzowe się stulą
Nad pestką, co w glob się rozrasta,
Gdy pękam nad sioła i miasta
Nieba drążoną kulą.




ORZECHY

Zielonych liści gorycz zmieszana z smutkiem lip,
Pamiętam siebie chłopcem wybladłym i bezradnym,
W różowo—wonnym szumie płynącym w dni bezładne.
O, ławko pod orzechem. Bronzowy obok grzyb.

Żaluzje śpią zielone. Niebieska lśni polewa
Na donic okrągłościach. Cytrynny ciepły zmierzch.
Znów siedzę na ławeczce, wplątany w słodkie drzewa,
Wsłuchany w szelest ciemny, daleki, jak ma krew.

Czuć w dłoni cierpką kulę! O, łupać miąższ zielony,
Z twardej łupiny wygryźć zębami biały mlecz!
Smakować w ustach wiatr, co trzęsie drzew korony,
Sok słony, którym kipi, jak owoc, każda rzecz.


Przy straganach przystaję: amerykany tłuste
Kupuję, mdłe orzeszki, skręcone, jak ślimaki —
Ale już nie jestem taki, jako wtedy, o, już nie taki:
Mam bardzo gorzkie i niechętne usta.

Nie rozgryzam korzeni, nie schodzę do trzew,
Ulicami, ulicami w kółko sennie chodzę,
Zasłuchany, zaplątany w szumy dziwnych drzew,
Zapomniany i zamknięty niepojętej trwodze.

Aż wzrosnę i rozpęknę w zielonawej kuli,
Wypłynę białym mózgiem, jako jądrem, orzech —
O, Wierna, chloroformem siwym mnie otulisz,
Na warg spękaną korę złożysz Glorie Boże.




WTULENI W ŚCIANĘ

Tylko sprzęty uciszyć trzeba. (To przeminie).
Za tapetą nie włóczy się i niepokoi,
Nieprawda, że za ćmami dyszy wśród głuchych pokoi,
Aż się rozwłóczy, zastygnie w srebrem dzwoniącej godzinie.

Nawet okna usnęły. (Wśród murów pustka długa).
Jak śnieg, opadły cicho, białe i ślepe powieki.
Przez litość, nie słuchajcie! To szepcą proszalne kaleki.
A przystanęła przy szybach. I słucha i chucha i mruga.

Sowie oczy nie widzą, mysie uszy nie słyszą,
W szafie nocą chrobocą, zegar sypko cyka,
Wtulmy się, nie wychodźmy z zacisznego kącika,
Aż nam wrzeszczące serce nietoperze uciszą.

Nie trzeba. I tak przyjdzie. Zaczekajcie, głusi!
Aż buchnie w słuch stukotem! Aż obudzi!
Aż pięść bolesną wciśnie w ślizkie gardła ludzi,
Że nie pomogło! Że kuca na piersiach i du - - si!




CHIŃSKA MĘCZARNIA

Nie poglądaj w mózg szary płową próżnią okien,
Nie dzwoń w ręki przegubach, jak huczące dźwięki,
O, nie patrz, nie patrz w oczy muzyki ślepym wzrokiem:
I tak nam piersi tłoczy codzień płynny błękit.

Jakżeż skryć się przed dniami? Zrzucić pięści szklane?!
O, wbić się w kąt pokoju. Wrosnąć w ścianę.[4]
Dłoń łagodna ze skroni potu trwóg nie zetrze,
Gdy dłonie niewidzialne kruche szyby prą,

Gną się, wklęsłe przez mroźne i modre powietrze,
U nóg
Godziny puste drążone łamię się z brzękiem, jak szkło.
Gdy obłoki, podobne ponsowemu winu,

Okrywają podniebny i wieczorny świat,
Dzwonnice rozdzierają drżące łona minut,
A przez pęknięte szczeliny
Wdziera się czarny skwarny wiatr.


O zmroku, jak nietoperz, trzepocącym, głuchym,
Po złotym nieboskłonie chmur, w eter lecących,
Łażą chwile: nabrzękłe i włochate muchy.
Źrenice wyłupują ostre szklane groty,
A w puste oczodoły, jak strumień posuchy,
Wlewają się źrenice ciemności widzących.

Na ulicach na ulicach niema nigdzie minut,
Przystanęły, jak na straży, ździwione sekundy,
Już nie ruszą się wskazówki, nie runą, nie miną,
U niebiosów wirującej zwieszone rotundy.

O, chwycić cię w miast próżni, gdzie gorejących latarń rząd
Zapala z czarnych placów jasny gwiaździsty romb,
Jak lont,
Zwalić spiętrzoną ciemną głąb.

I niema cię w ludnym teatrze. Wśród fraków śmiertelnych i lóż.
Gdy kurtyna z szelestem w sztuczny zenit wzlata,
Już w mózgu srebrny gorzki nóż
Czujesz? Słyszysz?! Huczącą w czaszce pustkę świata.


Nad mgieł astralnych szary świat,
Gdzie gwiazd opary w oddal globów pylą,
W seledynie bez granic biją szklane zegary:
Milion Kwadrylion Trylion
Lat.

Pada opada kroplami ocieka płynny czas,
Kapie z klarownych cembrowin firmament od krańców do krańców
Na wygolone łby wszystkich nas,
Twych świętych łysych skazańców.

W tej chwili, co nadchodzi, przebrzmią wszystkie chwile,
Czarne, nieme wskazówki przystaną na zerze:
Poza niebo wieczyste wreszcie się wychylę,
Skąpać skronie o świcie w chłodnawym eterze.




BIBLJOFIL

Uśmiechem aksamitnym ciepłe niebo głaska,
Pamiętam: modre morze bursztynowo klaska,
Jarkie marmury jarzą się w czarnej zieleni,
Na wosku ryję rylcem słowa, jak z kamieni.

Antyfon ciemne tony ciekną poprzez ściany
Do martwej celi mniszej, jak me dni: bezliku.
Daleki świat za szybką jest kolorowany,
Jak mroczne złoto Bożych, które zdobię, ikon.

W źrenicach przeczulonych, jak białe akacje,
Od modlitw biczujących i zdań Quintiliana
Rozpala się żarliwa jak lampada rana,
Z której blada krew spływa na iluminacje.

Skrzydlaci wielcy Anieli
I ty, Panie, napróżno czekasz:
Jam główny jest bibljotekarz
„Bibliothèque Nationale“ w Brukseli.


Minutę tak po minucie
Czterdzieści lat kartki mierzą,
Sypią się szmerem, jak piasek, na mnie w białym wysokim kołnierzu
I w długim, staroświeckim, żałobnym surducie.

Aleją zielonych grabów
Apollo kroczy z dzieweczką,
Ja pył strzepuję chusteczką
Z przedwiecznych inkunabuł.

Wplątany w tomy, jak w haszcze,
Chciałbym przed wami klęczyć,
Co święto okurzać z pajęczyn
Psałterze, które kornie i lubieżnie głaszczę.

Choć wiem, że dzień wioseny jakiś mnie omota,
(Zerwą się czarne półki, w pół zedrze pergamin)
I pogrzebie mnie liter obłąkane Amen
Tarczą, w którą Bóg groty śmiercionośne miota.




BALONY

Raz jeszcze krzykiem zachwytu rozedrzeć usta:
Dojrzeć nad głową wysoko, jak balon czerwony się huśta!

W tamtych czasach, gdy jeszcze nie było jesieni,
O jakżeż miło być chłopcem,
Młoda radości źrenic
W powietrzu wiosny odległem i obcem.

Nad blade klony bezwonnych alej
Ponad gałęzi ostrych splot
W klarowne nieba coraz dalej
Ponadobłoczny lot.


Wy, zielone konwalje cienistych zarośli,
Chrupka złota zieleni oddalonej sosny,
Jakżeż szybko się mieni
W jesieni radość wczesna gorycz wiosny,
O, jak bardzo oddawna jesteśmy dorośli!

Na ulic skrzyżowaniu drzewa fantastyczne,
Owoce tęczowane w odblaski rozliczne,
O, lśniące, jadowite i krągłe jagody,
Na szypułkach bezwstydnych i sztywnych opuchłe balony,
Wymachujące tysiącem uwięzionych rąk,
Których kolor jest z wody: modry i zielony,
W obłoki rwące okuty drąg!


Zanim, jak czaszki starców, pomarszczy się błona,
O, wskok z uwięzi!
Wygnane wiatru echem i gnane nad błonia,
Ponad gołe sztachety sterczących gałęzi.

O, niechby nasze głowy,
Męczeńskie i wzdęte,
Poszybowały, jako balon kolorowy,
W horyzonty, nazawsze okrutne i święte.

Niech zamiast drzew wiosennych jesiennych wzejdzie majaków krzew,
Rozpostrze się nad miasta i ulice spali,
A ujrzycie nad głową kroplę: kraśną krew,
Niknącą w chłodnej i pogodnej dali.




CYRK PCHEŁ

W ostry otwór z okrzykiem wpadające wagony!
W podziemia czarodziejskie, w samo serce ruin!
Kołysane, jak się kołysze na wielbłądzie beduin,
Jak on, chcące ulecieć, otworzywszy białe skrzydła, w zachód czerwony.

Wróżbitki, próżno skrzeczące, wielkookie papugi,
W takt katarynek tańczące smagłe straszne ludy,
Chłodny labirynt luster, szyderczy i długi,
O, zapocone tancbudy.

Jak kółka uwięzione w zamkniętym zegarku,
Księżyce sztuczne z szumem zataczają koło,
Podniebny młyn djabelski wiruje wokoło
I znów na plac opada w dziwnym Luna-Parku.


Z pomiędzy malowanych koników krążących karuzel,
Z pod namiotów, rozdartych fałszywym kirysem,
Wystrzela wrzask, jak sto tysięcy krzyków:
Gdzie jest Reżyser?

Jakby echo, odbite przez dzieciństwa sny,
Jak dawną czarną zmorą straszący kominiarz,
Na szczycie stromej wieży, nad tłum pstry i zły,
Wznosi się straszny Pan Bóg, Wielki Kataryniarz.

Imię „Allaha“ szepcące ludy,
Szepcą daremnie.
Nie ogarną go koła podniebne, ani księżyce ciemne.
Cudu
Sięgną
Pchły!!


Na uboczu, w cieniu, gdzie ich nikt nie zoczy,
Ciągnące złote wózki, pijące smak krwi,
Mieszkanki brudnej pościeli, ludzi i psów,
Skoczą
Z cuchnących snów
W niebieskie dni.

Tęsknoto Luna-Parku, o nostalgjo czarów,
Automatów sekrecie zły, które nas nużą:
Oto maleńkie, czarne i Olbrzymie Pchły
Skaczą w niebo, nakryte wiekuistą burzą.




WIELKI KOT

W noc ciemną
Tu, nieopodal,
Skacze przedemną
Po stromych, księżycowych, rozjaśnionych schodach.

Jak głuche tętno
Dalekich rzek,
Z piętra na piętro
Bezgłośny bieg.

Wczepię się w ciszę!
Chwycę trzeszczącej poręczy!
(Na murze czarnym cienisty błysk) —
I, nie słuchając, usłyszę
Podziemny pisk,
Który mnie dręczy
(W ciemności dwoje oczu rozwartych: oczu z tęczy).


Widzę: krąży przez letnie senne strychy,
Duszne od bielizny mokrej i brudnej,
Dwoje oczu, bezsenne szprychy,
Okrutne, balsamiczne, straszne i przecudne.

Słyszę: płowe wąsy się stroszą
I małe myszki uciekają w norę,
Małe serca tłuką mocno, beznadziejnie proszą,
Zwolna urzeczone przez spojrzenie różowe i chore.

Jestem najmniejszą z myszy,
Którą goni strach,
Wciąż za mną, wciąż przedemną gorąco dyszy,
Aż zdusi w kłach.

Jeszcze raz ujdę tobie, raz umknę z przed ciebie,
I w popłochu zatrzasnę ciężkie drzwi mieszkania,
Ale znów jesteś. Cień twój na progu się słania,
Abym krzyczący był w niebie!




NIETOPERZE

Na niebo czarne: kobyła ruda,
Księżyc smagły,
Miesiąc mistyczny,
Nagły,
Jak udar
Apoplektyczny.

Nie otulaj się w ciepły szary len,
Nie przytulaj się do rąk moich, sterczących jak łozy, do chudych bark,
Uporczywie zagląda w oczy wielkooki sen,
Co noc kuca na grzbiecie i gniecie mój kark.

Nie zasłaniaj okien,
Okienice straszą, są czegoś puste,
Przez okna wieczoru głębokie
Przemocą noc wlewa się w usta.


Tam, pod murem gorącym usypiają maki,
Dziewczyny histeryczne biegną z pól z rękami we włosach.

A przez żałobne niebiosa
Z chińskiej czarnej laki
Bez szmeru przelatują dziwotworne ptaki
(Jak płótno darte nożycami): — z ukosa.

W godziny słońcem ślepiące śpiące na wieży,
Wiszące, jak zawiędłe strączki,
Aż w drobne serca wasze godzina zatłucze, uderzy,
Podrywacie się lotem gorączki.

Już szybuje nad głową groza cichoskrzydła,
Skrzydła się jak drobne rączki siepią,
I zawirują straszydła, jak śmigła,
I we włosy bolesne się wczepią.


Jakież wichury wskrzesiły chłodne romańskie tumy,
O, któż was rozpętał, opętał,
Kościste tłumy:
Karykatury Boga, romantyczne zwierzęta?

O, nie chroń się w popłochu w ciemny kąt salonu,
Za rolet lunatyczność, za koronki kotar,
Oto księżyc, podobien zielonemu gronu,
Wypłynął i o zęby dzwoniące się otarł,
O, dłoni nie podawaj płynącym akordom:
Klawisze — cienie muskają niewidzialną hordą.

Co noc księżyc opływa park, straszliwie tyje,
I bawi się listkami srebrzystemi drzew:
ON kuca mi na piersi i wysysa szyję —
Ssie mą starą i jasną, mą umarłą krew.




TAMTOŚĆ

Płynne szkło w niepojętym kołysie dorożki,
Domy skośne naodwrót w mijającem lustrze,
O, któż z was, dźwigających horyzonty gorzkie,
I ulicą złamaną idący, idący,
Wreszcie się ustrzegł,
By nie pomyśleć o tem, co nie przyjdzie, jutrze?

Będę krzyczeć: między ulice realne
Nie chcę z tamtego świata pasażera,
Kto go opuścił w dnie straszne upalne,
Niech go z powrotem zabiera!

Każdy pamięta z dzieciństwa palącego lęku,
Co nigdy nie wystygnie,
Szum ciemności u drzwi niewiadomego pokoju,
Powracający w malignie.


Plusk wody z wszystkich kranów
Mistyczny, jak krew,
I mglisty strach w każde rano,
Sięgający trzew.

O ciągle jest, co było wprzód,
Zamknięte w mętny kryształ dni,
Żółty pas światła z poza półdomkniętych drzwi,
I żółty wrzód,
Co wzbiera tajemnicą krwi.

Nie zdławić drżenia ręki, co podnosi szklankę
Złocistej herbaty
I drżenia, aby kochankę
Nie zadławiły w szafie drzemiące krawaty.


O gdzież przepadła
Młoda ma twarz z przed laty, chwytana przez luster cienie,
Dokąd powędrowało tamto bezpowrotne wejrzenie
I cóż kryje za sobą gorzka głąb zwierciadła?

Okna zasuwają z hukiem zielone żaluzje,
Bramy się zawierają, tajemne, jak dekret,
Cały świat do ust przykłada wielki palec:
Sz-a, Sekret.

Po dniu nieprzytomnym, po nocy ciężkiej, jak kłoda,
Moje oczy wypełzłe, biało-mysie, stare,
Co rano zalewają snu przezrocze wody:
Ze studni niepamięci wracające czary.

Ciągle czuję rytm rzeczy, co w niebie kołacze,
Wymachuję rękami, wtłoczony między ostrza niewidzialnych śrub,
Aż wydrę się z otchłani, wyplączę z rozpaczy,
Gdy zwalę się na ziemię, zdziwiony miękki trup.




MINIONOŚĆ

Wargi, gniotące ciężkie winne grona,
Na podniebieniu lepkie i ciepłe banany,
Okno, podmuchem liści słodko łaskotane,
O, tęsknoto moja zielona!

Młodych dni, tamtych wiosen dziwna bezpowrotność,
Przeminęło, jak kwiecień, co pąkami pęka,
Przekwitło w owoc ciemny, dojrzały, jak męka,
I w jesienną senną samotność.

W godziny bardzo puste, wzniosłe i pogodne,
Widzę w niebie odbite me zgubione dłonie,
I gdy wyrwać się pragnę, znów przemoc je chłonie,
I nurza w luster głąb, jak w miody chłodne.

Na misie drżę uśpionem kołysaniem rtęci,
Pełgam martwo, nie przylgnę do niczyich rąk;
Nieuchwytny, jak zapach pół-skoszonych łąk,
Niematerjalny, jak święci.


Przez białe drogi toczę się: okrągłe zero,
W kulki srebrne rozsypię się nad ciemną wodą,
Wzlatam, jako więziony w balonikach wodór,
Ulatniam się wonią eteru.

W zębach chrzęszczące pesteczki malagi,
O, drzew muzyko, wysoka, jak słup,
O, na zawsze minione! Leżę wieczny, nagi,
Nieobudzony trup.

Gdy na drzew gołych żałobie
Listeczki budzą się z wiosną,
W moim przestronnym pobielanym grobie
Paznogcie zwolna rosną.




KRAWATY

Pogrzebane w wąziutkiej lakierowanej szufladzie,
W długich pudłach stojące na marmurowej ladzie,

Gwiaździste, niebieskawe, chłodne, popielate,
O, z wody i niebiosów utkane krawaty!

Obywatele, bliźni, liczni i spokojni,
Każdy błękit natchniony pod swą brodę kładzie,
I wiąże toń różową, leżącą na składzie,
Pod mordę wygoloną różowy modny strojniś.

Prążkowane i zmienne, jak gorzkie morza wody,
Kokardy, rysowane w irysy, jak kaprysy mody.

Jaki młodzieniec i jaka słodka wiotka panna
Pozna lotną fantazję, gnącą się w fontazie —
Spójrzcie! Węzły krawatów natchnione są, jak kolor na obrazie,
Czyste strzeliste, jak rosa i zorza ranna.


Szewcy, zapoceni rzemieślnicy,
W niedzielnej kolorowej kokardzie,
O, wy jesteście warci
Tej świątecznej, niebieskiej i wielkiej pętlicy!

W naszych szafach nieprzewietrzanych, dusznych,
Śmierdzące naftaliną mrą w mrokach bezdusznych,
Złą ciszą przesycone, krawaty mściwe wiszą,
Szmernie, jak szczury, szeleszczą i lekko się kołyszą.

Na, krochmalonym gorsie sinej frakowej koszuli,
W białym krawacie bies się zaczaił i skulił.

Wdzięczy się w czarnej poważnej kokardce,
W której do anemicznych dziewcząt lubieżni chodzą starce.


Prowadzi dłonie poety,
Co wiąże codzienności białe i żałobne
Serwety
Wokół szyi szeleszczące, sztywne i chłodne.

A w ów poranek wzmogą się, pobiegną, wyfruną fontazie,
Jak sztandary bijące, trzepocące o twarze.

W ów dzień opuchłoszyi pójdę ulicą,
Zerwą się zewsząd i szeroką, jak horyzont, ogarną mnie pętlicą.

I już się nie wywinę, nie wydrę im z duszą,
Gdy mnie opaszą wkrąg,
Oczy zagaszą
I zduszą
Miljonem rąk.




DJABEŁ

Jak szara pajęczyna, której nikt nie sprząta,
Stoi i wabi strasznym gałęzi bezruchem,
On, wiecheć zakurzony, wtulony do kąta,
Ciągnie mnie, jak jesienną zapóźnioną muchę.

Skrywam oczy palcami, zamykam, jak wieczko,
I zerkam poprzez palce w okropnym zamęcie,
O, nie dostrzedz związanych różową wstążeczką,
Wciąż tkwiących na wysokim, złotym postumencie.

Czuję: ktoś za mnie wstaje, dźwiga się powoli,
Podaje się i kroczy na zew opętańczy,
Oczy odwraca, idzie w nieprzepartą kolej,
Obraca się i wolno i niechętnie tańczy.

Idę w grozie zielonej na ślizkość podłogi
(Niebo podksiężycowe łamie się z łoskotem) —
I wiem: za chwilę runę, już tu, tu, w pół drogi,
Zabity tryumfalnym i rżącym rechotem.




ON

Przez telefon, po drutach okrutnych pajęczyn,
W muszlę słuchu uderza, wkręca się i dręczy,
W szarawej korze mózgu zaplata powrozy
I tkwi tam, w miękkiej czaszce: mroźny punkcik grozy.

Pod lampą, pod ukośną z włókien światła błoną,
Wzbiera, wdziera się w usta krwią żelazno-słoną,
W żyłach zwiotczałych wolno wolno bulgoce,
I szumi w dłoniach omdlałych, jak noce, jak noce.

Znów dojrzysz w ukochanych oczach lęk spłoszony,
Jego, co czuwa w każdym rytmie, poskromiony,
Bestję, co z marmurowych ulic przyniesiona,
W marmur nas zmieni, nim skona.


O, daj ręce! Niech czuje ciała twardy miąższ
I słodko-złoty zapach skóry niech raz jeszcze czuję,
Zanim gardła nam zdusi i owinie wąż
Bielmem, błękitem ślepoty, oczy powlecze i struje.

Czy słyszysz sypkich palców chrzęst?
Zasłoń ciemne zwierciadła. Tam się płomień ćmi.
O, widzisz, jak wybucha, goreje! ON jest!
Zdławił nadzieję
I zrzuca czarne trupki dni.

Jeszcze chwilka. Wzbierze słodki jad,
Złotym piorunem runie Archaniołów trąba —
I runie kruchy, ciemny i płomienny świat,
Gdy w dusznej klatce czaszki wybuchnie, jak bomba.




RZECZYWISTOŚĆ

Częstochowa to będzie, Sosnowiec czy Łódź,
U miejscowego ujrzę w zwierciadle fryzjera,
Jak na rzece dalekiej, która mglisto wzbiera,
Sunie wielka i czarna łódź.

W owem mieście tak samo jest, chociaż inaczej,
Ulice tu są dłuższe, albo bardziej wąskie,
Dziewczyna zamiast całej, ma zdartą podwiązkę,
Lecz nikt już nie płacze.

Tramwaje dzwonią często, potyka się koń,
Wlokąc ciężką dorożkę po zamarzłej grudzie,
Melancholio prowincji! Znowuż jacyś ludzie —
Przesłaniam skroń.


Pół-gesty zatajone, uśmiechy niejasne,
Te oczy zabłąkane: płynne, płynne szkło,
O, wedrzeć się do luster. Wydrzeć oczy własne:
Niech drżą!

Znów lampy nad głowami. I nic. Czarny orkan.
Wzdyma się i przygasa w białkach tłumu chuć —
Samotny błądzę,
Przepływa łódź.

Rolety zapuszczone. Wschodzi srebrna tarcza
I zawisa nad domem, gdzie już śpi cyrulik:
Wtedy stąpam od nowa w noc, co mnie obarcza,
W martwocie księżycowej groźny somnambulik.




MIASTA

Gdziekolwiek, za szybami, metalowe echa
Drą czaszkę, koląc niebo, które się uśmiecha,
W zasupłanych, na drutach wiszących godzinach
Huk słyszę aeroplanów, jak szum w głowie wina.

W mgły wczesne jestem śpiący, puchnący i obły,
W południe: wzdętą kulą, czworogranny trup,
W popołudnia: nietaki, daleki i chłodny,
A wreszcie: — rozdarty strup.

Wieczór: oczy wyłupi, w szkło żywe się wedrze,
Czuję. że krew jest w ziemi, w wszystkich centrach świata,
Przez miasta tnie i cieknie, gniecie, ciemno-wzlata
I płonie nad głową śpiących w lunatycznym srebrze.




HYMN

W poranek każdy, chłodny, modry i jednaki,
Ponad ostatnim piętrem oglądam wysoko
Opadające zwolna ptaki
W toń głęboką.

Jak migdał jestem gorzki,
Jak ranek czuły,
Związały mnie dorożki,
Ulice skuły.

Zaklęci
W gorycz głazów,
O, święci, zestąpcie z obrazów!
Robotnicy,
Przeszyci o świcie gwizdawką fabryk,
Dzieci drobne,
Ze snu biegnące w ranki chłodne do szkół —
Dość już! Niech każdy prosto z ulicy
Wzleci,
Gdzie niebo miota chabry modre.

Popatrzcie na nas. Widzicie:
Idziemy uśmiechnięci
Skąpać w błękicie
Aureolę obcości wokół bladych czół.

Któryś to miasto okuł
W mostów żelaznych pierścień,
Zwieszonych nad rzeki,
O, czemuś mnie zagubił w twem straszliwem mieście,
Wiecznie daleki?

Spójrz, oto dnie.
Rosnę olbrzymi
Głową zaplątany w druty,
Bity przez aeroplanów śmigi.
Przedmioty za witryną szyby
Pogasły. Słońce dymi.
Jarkie ślepia tramwajów wystawy potłukły,

Z wystaw fryzjerskich idą malowane kukły,
Za ręce się ujęły jabłka i peruki,
Psy włażą na przystanków karminową żerdź,
Oczy pękają, jak huki:
Oto błękitna śmierć.

Bądź mną na jedną chwilę,
Niech Cię w gardło łaskocą dni — ćmy, jak motyle,
Samochody dreszczem grozy
Prują dymiące i szkarłatne żyły,
Niech szary mózg otoczy Ci tuman narkozy,
W który drzewa, drzewa zielone się wryły.

Wieczorem, gdy Cię pragnę w złoceniach perspektyw,
Jak bochna chleba,
On się wychyla, Twój czarny detektyw:
Komin fabryk, jak fallus, wbity w ruję nieba.

Straszny, jak święto,
Pusty, jak dzień,
Któryś mnie rzucił w otchłań niepojętą,
Rzuć na mnie cień.

Zaryty w kamień i wplątany w płomień,
Widzę, jak w korze drzew pulsuje zielonawy ogień,
Słyszę Cię w traw szeleście,
Zamknięty w ogień niebieski:
Ja jeden widzę w Twem straszliwem mieście,
Że śnieg jest z wieczora niebieski.

Który co wieczór słyszę chód anielskich stąpań,
Niech mnie wreszcie owionie chłód Twych wniebowstąpień.




UNIWERSYTETY

Rękom, wplątanym w potrzaski katalogowych kartek,
Mur chiński liter żałobnych górne niebiosa przesłania:
Co noc jest Noc Zmartwychwstania
I Wielki każdy jest Czwartek —
Czas zrzucić maski!

O, melancholjo szarych ławek,
O, pobielane pustką szyby,
Jesienią pachną mokre grzyby
I nęcą szlichtady sadzawek!

Sale, gdzie w czarnej krawatce profesor
Mówi do murów trupie słowa,
I gdzie na wąskiej nad nicością kładce
Podają ręce odnowa
Stara panna w podzięce i przyszły asesor.


Seminarja duszniejsze nad pyły bibljotek,
Czaszki schylone nad żmudne foljały, —
Dla fraszki zabijacie cudny marmur ciała,
Wy, mózgów proletarjat,
Które co dnia gruchoce Konieczności młotek!

Bluźniącemu na katedrze
Słowo przemieni się w żmiję,
Która krew jadem przeszyje,
Kiedy do serca się wedrze.

Chrystus Pan ze świątyni
Kupczące gniewem wygnał —
On i nad wami uczyni
Płomiennej zemsty sygnał!


Runie zza Tatr,
Jak mórz ogromy,
Gorący wiatr,
Co spala domy!

Trzeba być bożym krzykiem,
Co, pijacki, wypada z szynku,
Albo kamiennym pomnikiem
Na rynku!

Nad lądów pierścienny krąg
Święty Burzyciel powstanie,
Wkrąg dźwignie Zmartwychpowstanie
Jasnowidzących rąk.

Nad chłodne niebo łuków nić
W sklepienie dumy zepnie mosty —
O, być jak one prosty,
O, żyć.




„ERYK XIV“
I.

Szyby carskich pałaców, jak kry, się rozprysły
Od wód Białego Morza po zielony Krym —
Kraśne sztandary, ostre gwizdy
Rozpruły płachtę niebios jak armatni dym.

Martwe kamienie placów
Poczuły ucisk twardy
Stóp,
Gdy wirujące race
I wściekłe petardy
Strąciły kości gorące
W tlejący grób.


Zdmuchnął latarni żółtych rząd
Zwycięstwa dech, gnający pułki,
W stolicy rozhulanej krwią zlane zaułki,
Jak w usta, skoczył biały trąd.

Pełgające w księżycu srebrzyste bagnety
Rozwidniły żałobę stratowanych miast,
Dekrety czarnych liter urosły w sztachety,
Grodzące uśmiech ludzi od uśmiechu gwiazd,

Na wymiecione trwogą, północne ulice
Wychynął głodny żeru, zwinny szary szczur,
Zza zdań, regulujących płace w respublice,
Wysuwa sine palce mór.



II.

W stolicy, Rzymie, Londynie, Tokio, New-Yorku, Brukseli
Dzień nudy wstaje powszedniej po dusznej nudnej niedzieli
I, jak wczoraj, jak jutro, i jak w każdy dzień,
Mąż o rzymskim profilu i w czarnym krawacie
Na trybunę podąża pod lamp białe blaski,
O narodów wolności — mówi — o traktacie,
O racji, demokracji, o długów zapłacie — —
(Oklaski).

Za sto lat, Europo, znów ten dzień powitasz,
Jako tęczę wschodzącą Nowego Przymierza,
Gdy tłum z szklistą źrenicą podpalał Ermitaż,
A rudy żołdak gwałcił Venus Velasqueza.

Na mównicach, w stolicach na krzyż Go rozpięto
Tysiąc razy, lecz nigdy w tak płomiennej glorji,
Gdy na dymach zwichrzonych, jak skrzydła wiktorji,
Wzlatywał nad czarnego chama gorzkie święto.


Zwęglona chmura wyżej, gwiazdy gasząc, niosła,
Gdzie kometa zwisała, jak złocista frendzla,
A w salach tlały płótna natchnionego pędzla,
Krzesła inkrustowane i Matka Bolesna.

W piwnicy, gdzie śmierć straszy i lęgną się myszy,
Mały chłopiec, gryzący zimne palce z głodu,
Ujrzał białą gołąbkę w nieba jasnej ciszy
Ponad głowami narodu.

Klękajcie, parlamenty,
Piszące kodeksy:
Oto jest Święty
Alexy.

Zza Wołgi, zpoza Krymu, zza Białego Morza,
Zza równi bezgranicznych, gdzie wiatr, płacząc, hula
Dźwiga się w strasznej glorji Aureola Boża —
(U szyi carewicza ołowiana kula).



III.

Za kurtyną szmer powstał i puchnął i wzrastał,
Jakby lodu chlipały pękające nurty,
W obcym chłodnym teatrze, jak w tysiącznych miastach,
Nawała zdarła tysiąc kurtyn.

Słowa szybkie, skaczące, wyrazy, jak grom,
We frenezji, w szaleństwie, w ekstazie pośpiechu
W uśmiechy, które usta drą,
Przerzucał, jak sztylety, Czechow.

Imię wąskie złowieszcze, jak oczy chimery,
I mściwe ruchy małych rąk,
W dźwięczący patos spiął i sprzągł
Król w furji — jak Archanioł: — Eryk.

W ten dzień, w buntu godzinie,
Gdy w piersi wpijał dłonie krwawe,
(W Berlinie, czy Brukseli, Rzymie czy Londynie)
Ocknął się pośród kukieł i martwych zabawek.


Ludzie! Widzowie!! W drzemce siest
Patrzcie, jak Rudy Szatan z foteli powstaje
I królowi jad śmierci w ukłonie podaje
I króluje w ulicach, który Bestją jest.

W teatrach czarny płomień zażegł,
Zielone gwiazdy miota w kraj —
Pod kolumny obłoków zakłada ekrazyt,
Allons, allons... Vive la canaille!
— — —

Na piętrze już najwyższem, na ciemnej galerji,
Gdzie, jak skok, się zaczaił stłumiony dech Boży,
Rozdarł się spazm kobiecy, drwiący szloch histerji — —
Car, który umarł, ożył.




AUTO

Nie chcę, nie mogę uwierzyć,
Jarzębinowa wsi,
Że w dusznym dymie przeżyć
Gasną jesienne senne dni.

W rękawiczkach skórzanych uważny szoferze,
Ty, w kierowaniu sterem biegły i przebiegły,
Czemu czujna wskazówka drga na czarnem zerze,
A lśniące samochody drżąc — drwiąc nas ubiegły?

O, raz jeszcze! Na białych ulicach
Rzucić się w ten strumień wartki,
Niechby lasy ku nam w cwał pobiegły,
Przerzucajmy pola, jak kartki!


Gnieciemy w ustach ziemię, jak śliwę dojrzałą,
Miotamy figurami zapomnianych świętych,
Jak mannę, rozdajemy napęczniałe ciało
Atomom dni niepoczętych.

Wagony pomijane, wzgardzone powozy,
W locie rytmem siekane czarne cielska wzgórz,
Upaja woń anielska spalonej benzyny,
Szyny sine rzucamy, jak umarłe godziny,
Lasy, jak zdarte tuberozy.

Już w oczach mamy druty elektryczne,
W zębach trzeszczący iskier pęd,
O, ruńmy w nieba magiczne,
Rozkuci z pęt!


Ale czemu wierzby wzdłuż dróg srebrnolistne
Pachną i smukłe topole śliczne
Płaczą?

O, czemu, tem radośni, żeśmy nic nie czuli,
Na bladem polu bezwonnej gryki
Przebijamy znów ściany kryształowej kuli
I od nowa, od nowa stajemy się czuli,
A spazm nam dusi grdyki?!
— — —

Nic to! W straszliwym pędzie, w legendzie stuleci,
Czarna trumna oszklona wzbije się i wzleci,
Nad globową orbitę, w tuman czarnych słońc,
Satelitą przez nieba spopielałe prąc.




KŁAMSTWO

Nieprawda, raz już wreszcie powiedzieć trzeba,
To nieprawda, że poeci mają nad głową więcej furkocącego nieba.

Wplątani w dnie, jak w szklane, ostre i słodkie korytarze,
Nocami przesypują skwarne piaski marzeń.

Gdy każde miasto woła, niema podróży.

Codziennie dusimy w piersi zacięty płomień krzyku,
Że niema bananów, okrętów, archipelagów i przygód.

Okrągłe poniedziałki i drwiące czarne piątki mijają nas, niestety!
W tygodniu i sine święta odpowiadamy wielkiem milczeniem: powszednią mową poety.

To wszystko jedno, czy w wiosnę jesteśmy wpatrzeni, czy zaplątani w jesienie,
Ludzie zupełnie zwykli, znaczeni my, potępieni.


Wszystkim zmrużeniom oczu, gestom, cienistym uśmiechom,
Ktoś się w ogromnej dali, biały, jak obłok, odśmiecha.

O, rozbić pusty balon niebios, tłoczący dynie głów,
O, rozbić wzniosłe kłamstwo słów.

Podejść do prostej dziewczyny, co chłodnej wody dzban dźwiga,
Powiedzieć, jak dziecinny Henri Rousseau: „O, śliczna panno Jadwigo!“

Zwolna, zwolna zasypiać, jak słodki kłamca, Verlaine,
I bez oporu się oddać w rzeczywistości zniewalający sen.

Aż w dzień ów, w dzień pierwszy lepszy, w ostatnim opuchłym bełkocie,
Ktoś powie za nas to słowo jedyne, wyczekiwane: o życiu i śmiertelnej tęsknocie.




POCIĄGI

W dalekim smutku dzieciństwa, malutkie, jak punkty,
Wagony sunące wolno przez strome wiadukty.

Oczy, w ślad odjazdów tęskniące za niemi,
Kołyszące się równo aż do ciemnych remiz.

Z pod wysokich pochmurnych sklepień znów w oszklone hale
Wjeżdżają, i stoją w chłodne poranki ospale.

A gdy ruszają z brzękiem żelastwa, jak trenzli,
Pędzi je zadyszenie w drzew strzępione frendzle.

Miotając płachty ziemi, skiby pól za siebie,
Po glebie czarnej gnają, w lazurowem niebie.

Stacje w lot pomijając w zadyszce głębokiej,
Jak pioruny wpadają w stłoczone obłoki.

Ledwo pod wieczór cichy wśród bladych akacji
Czują zielony spokój wolno mijanej stacji.

W gwiazd migot między jarkie szkarłatne latarki
Snop skier pomarańczowych miotają na parki.


Nim je omota drutów ostra groźna sieć,
Świstem zdmuchują stawów czarnych złotą śniedź.

Wy, potwory, chlejące wodę na zakręcie,
Gigantycznie pędzące w stu-parowym tempie!

O, bardziej fantastyczne, niż fantazje Wells’a,
W bezkres w pędzie idące śliczne lśniące relsy.

Znów w tunel się rzucacie, jak w szumiące studnie,
I po chwiejącym moście gnacie, który dudni.

Łuki z koronek stali, spięte nad przepaścią, dla was.
O, dymy, gęste od sadzy, i czarne, jak lawa —

Wtem słupy roztrącając, jakby las metafor,
Stajecie, drżąc. Wstrzymane przez sprężony, jak palec, semafor.

Ciskane w serce świata wielką straszną żądzą,
Poczujecie obłoki, co nad wami ciążą.

Niebo dzienne ni nocne w oddal was nie wygna,
Staniecie, miast pofrunąć, spętane przez sygnał.

Patrzącemu w ślad ptaków na zorze jesienne
Smutki dziecka powrócą, dawne, nieodmienne.




EGZALTACJA

Życie: duszność poranków i pustka wieczorów,
Obłędna powtarzalność w czarnych lustrach dni —
Aż śmierć, jak lekki wietrzyk ciepłego wieczoru,
W przelocie zdmuchnie świecę, co się ledwo tli.




MELANCHOLJA

Boję się mej bezsennie otwartej szafy,
Tam żyją różne, różnobarwne krawaty!!

Rozbieram się i ubieram,
Dni do twarzy starej dobieram.

Ani nie milczeć, ani nie mówić.
(Nie można się porozumieć).

Bezmyślnie i długo patrzeć w okno,
Gdzie bolesną szarugą dachy mokną.

Czytać przy świecy Goethego,
Starego, niepotrzebnego.


Mruga długa, ruda szaruga,
Szlocha słota, maruda, szarota.

Nicością ślepia nabiegły,
O, Panie, zamień w ptaki cegły.

Czy to grudzień chucha, czy to dmucha las?
Krew się nudzi i trudzi. O, Panie, wybaw nas.

Niechaj dymem z czarnych dachów wionie febra.
Spal nam dłonie, nam nie trzeba Twego nieba z srebra.

W lodowców ognisty ziąb,
Strąć nas, wyrwawszy ku górze,
W piekło — zstąpienia głąb —
Janie-Arturze!!




TRZY LISTY
I.

Od czasu, kiedy mam posadę,
Pojmuję, czemu panny, chodzące do biur, są tak bardzo blade.

Spotykane w chłodny poranek
Może myślą, jaki jest smak ust. Jakie usta ma czekany kochanek.

Idące spiesznie, przemokłe pod wiosenną szarugą,
W „Senniku egipskim“ szperają skrycie i długo.

Bardzo się dziwią, gdy przyśnią się im czarne koty.
Mówią, że nie lubią kotów. A nie wiedzą, że to są znaki ich tęsknoty.

Tak, teraz już wiem napewno, czemu ci, co przed witrynami stoją,
W krawaty lśniące, wzorzyste się nie stroją.

Zbytnio muszą dbać o strawę swoją, biedacy.

Tylko wciąż nie pojmuję jeszcze jednej rzeczy,
Czemu mój uśmiech, jak niebo zawsze jednaki, wszelkiej pracy przeczy.



II.

Spójrz, o luba, na dziewczęta, strojące fochy,
Patrzące przez szybę na śliczne jedwabne pończochy.

Oddziela je tylko szyba cienka.
(To jak sen od jawy). A jednak to jest męka.

O, pomyśl, ilu jest ludzi na ziemi,
Co pragną powiedzieć słowo zaklęcia ustami gorącemi.

Żeby już pękły wszystkie przezroczyste szyby
I wszystko stało się naprawdę, co jest dotychczas „na niby“.

Żeby każda najbrzydsza panienka
Szła ulicą wiosenną, pełna perfumy i wdzięku.


Kiedyś pisałaś, że chciałabyś zza szkła karety
Oglądać cały świat. Jaskółki, białe drogi i bielsze jeszcze minarety.

Dziś, w ukłonie podejdę do staroświeckiego landa
I w długim pocałunku zamilknie moich słów girlanda.

Czy wiesz? Wszystkie dziewczęta mają skóry jedwab,
Ale ty z pośród dziewcząt jesteś tylko jedna.

Pozwól, że ci ofiaruję w rzezanej z lipowego drzewa tabakierce
Coś drobnego. Moje stare czułe serce.



III.

W te dni pierwsze, gdy znów się pojawią lekkie kostiumy,
Pójdziemy wprost przed siebie, pełni słodkiej zadumy.

To będzie zupełnie, jak na przestarzałym obrazie,
Policzki załaskocą nam puszyste bazie,
A wiosna ucałuje w samę usta. Raz po razie.

Na ziemi, pachnącej jeszcze świeżością śnieżną,
Siądziemy, bardzo młodzi, pod staruszką wierzbą.

Nasłuchując uważnie ptaków wczesnej piosnki,
Ujrzymy, jak wokoło roją się wątłe i białe pierwiosnki.

I, wiążąc wieńce niezgrabne z przydrożnej wikliny,
Zapatrzymy się, wsłuchamy w łagodne godziny.

Wiesz, co wtedy pojmiemy, ukochana: oto,
Że niebo jest zawsze jednakie. Czy się uśmiecha lazurem, czy płacze bronzową słotą —

I z uśmiechem pomyślisz, te najprostsze pojmując sekrety,
Jak miło być śliczną żoną młodego poety.




TY

Wiem, że ty mi nie miniesz, na zawsze pozostaniesz,
Jako z listków różanych najwonniejsze posłanie,
Gdzie kryją się spłoszone z gobelinu łanie.

Jesteś na tle z szafiru Madonny słodki obraz,
Za tobą: niebo i ziemia, góry i rzeki — świata daleki krajobraz.

Oczy, co w uniesieniu wznoszą się do ciebie,
Niosą lotem zachwytu mnie. I jestem, zadziwiony, w niebie.

Pozostaniesz w mem sercu cudnie whaftowana,
Podobna smukłej sarence, co z dłoni jada,
Na ślicznym i smutnym kobiercu.

Łzy gorące opadną na ręce najświętsze,
Gdy się pochylisz, blada.

Łzy od ust moich, gorętsze.


Wieczorem, kiedy chwytam ustami powietrze.
Łagodne chłodne niebiosy,
Może wdycham, stęskniony, twe niebieskie włosy,
Rozwiane na wietrze.

Gdziekolwiek pójdę: lasem szumiącym, białą drogą czy przez miasta ludnego ulice,
Zawsze napotkam twe oczy głębokie: zwierciadła mojej tęsknicy.

Tak idąc przez dni nieobjęte i nocy północny kołowrót,
Czuję, że krokiem nie ruszam. To do ciebie powrót.




BEZ

Zakwita blado-lila, zakwita ledwo-biały
I wciąż, jak było dawniej, rymuje się do łez.
Jest gorzki i wiośniany, jak posmak twego ciała,
Jak tyś mym dniom na zawsze, tak on jest wiośnie kres.

Nie będę lila-czuły, nie będę smutno-biały
I nawet „żal“ nie powiem słowem, co z żalu drży.
Ty idziesz naprzeciwko. Już czuję: zapachniały
Naprzeciw moim smutkom puszyste, mokre bzy.




WIOSNA

W głowie czując krwi pulsujące bicie,
Wiem: to uchodzi życie.

Nie mogę pojąć: poco
W dnie się pracuje, aby odpoczywać nocą.

Czyżby nikomu nie szeptał: pamiętasz?
Wiszący na ścianie biały, obojętny kalendarz.

O, móc nie iść przez dni korytarz długi,
Popychanym przez wrzaskliwe sługi.

Nie słyszeć brzęku stołowego w kredensie srebra,
Stać uporczywie pod murem, jak głuchy żebrak.

(By nie doznawać corocznie wiosną bladawą,
Jak nową murawą zarasta podmiejski cmentarz).

O, w chłodnym wilgotnym biurze zatknąć sasanki,
Niechby zaszeleściały wiatrem zielone firanki!


Niechby przeglądającym księgi pełne cnoty
W oczach stanęły łzy. A nozdrza połechtały puszyste koty.

Za sztubackie, wstydliwe i liryczne psoty
Zechciejcie mnie wyrzucić, proszę, w wieczór wiotki,
Niech biały płomień odtąd w schludnym biurze waszym
Nie spala ksiąg i w szał nie puszcza maszyn,
Gdy siądę w długie godziny łowić nad stawem przezroczyste płotki!

O, w taki wieczór dziecinny i blady
Słuchać nieprawdziwych bajek z Szeherezady.

I w zamyśleniu trochę gorzkiem
Dumać: czemuż nie jestem przy drodze zwyczajnym bezwonnym groszkiem?




NARODZINY

Gdy każdy dzień przechodzi,
Wplątany w dzikie sprzęty,
Z krwawej się mojej rany
Narodzi Święty.

W wypukłą noc zieloną
Otworzę okiennicę,
Na wzdęte moje łono
Upadnie tajemnica.

Niebiosów zwisłe cielsko
Rozedrze ostry ruch,
Rozewrze się djabelsko
Ciężarny brzuch.

Na fioletowe zorze
Rozrzucę ręce obie,
Na ziemię i na morza
Upadnę w gwiazd żałobie


Rozrzucę obie nogi
Pod ból, jak ciepły zgon,
Gdy w aureoli srogiej
Z trzew się wypruje: on.

Padnę na twarz w podzięce:
Z niebiosów schodzisz w niż —
(Widzę twe małe ręce
Przybite na straszny krzyż).

I pojmę w dziecinnym szlochu,
Co z ziemią mnie pogodzi,
Żeś ty mój syn najmilejszy,
Który się nie chce narodzić.




JABŁOŃ

Pod murem gorącym biegają ździwione jaszczurki.
Ta sama jabłoń, jak wtedy, jak przed laty,
Dusi spiekła lewkonja, wiotko pachną rezedy. O, lato.

Na murze szaleje bielą o zielonej wiośnie,
Ukrzyżowana krzyczy kwiatami, rośnie, jak miasta,
W olbrzymiej męce wzrastania jabłkami pęcznieje,
urasta
W jesień, co pestki rozdyma, gorzko w piersi rośnie.

Panie Boże. Jam lichszy jest, niż czerw, albo
Jabłko stoczone. Nie zamień Ty mnie w świętą jabłoń.
Niech ku rozpiętej dłoń się Twa rozpięta skłoni,
Jezu, równo cierpiący we mnie i w jabłoni.




JESIEŃ

Choćby do kolan wonne winnice podbiegły
I do warg ściętych wlały skryty fiolet wina,
Nadal słuchać będziemy w zadumie przebiegłej,
Jak w syku liści zwisa złocista godzina.

Tu, w altanie, spoczniemy. Czyżby trzeba więcej?
Niebo gasnące muska pierzchające włosy,
W niebiosy Ceres wznosi owoce i kłosy
I na czoła skłonione zbóż nakłada wieńce.

Sierpień orzechy tłucze. Sierpem tucze żenie,
Ponad łąk pokoszone zielenie, nad strzechy,
Ślizkie grzyby są cierpkie, jak radość jesieni,
I czyżby zbrakło pociechy?

Nigdy czół nie schylimy pod ciosem wichury,
Gdy głosi Cię milczenie i słów wzniosłych głoska,
Zamknięta w nawałnice, grady i lazury,
O, Matko pól dostałych, Matko Boska.




APOSTROFA

O, Panie, zatajony postaciami trzema,
Który trwasz wiekuiście, choć może Cię niema,
Wielokształtny w obłokach i płynący w chmurach,
Panie Boże, zamknięty w niebosiężnych górach —

Pochyl dłoniom jabłonie, które się rumienią,
Ulżyj grzbietom schylonym straszny ciężar świata,
O, spójrz na pozłacanych płodnym schyłkiem lata,
I nabożnie milczących przed jasną jesienią;

Daj ustom ciało Twoje: czarny kawał chleba,
Niech krzyknie w ciemnem ciele Twoja dusza niema —
Zanim Ciebie stworzymy: kształt najwyższy nieba,
Zamknij oczy, widzące rzeczy, których niema.




ZEGARMISTRZ

Pan Teofil zwątpił o cudzie.

W nocy biel ściany jest blada,
O księżycu, blady, zasiada,
Ostrym dłutkiem w zegarkach dłubie.

W dzień, za szybą, sekundy się dzieją,
Ludzie pędzą, ulice się śmieją,
Pory świata gnają zawieją —
Cichą nocą trzeba powstać głucho
Na paluszkach i przykładać ucho,
Nasłuchiwać, czy zaszemrze w śrubie.

Czy zachrzęści, czy w werkach zawierci,
Czy przekrzyczy zgiełk u sąsiada,
Czy zakrzyczy głośny zamęt serca,
Lament świata, co niebo przewierca,
Jak godzina ogromna, co z dzwonnicy opada.

Pan Teofil nasłuchuje śmierci.




STROFA

Rozdarty, osaczony przez wielką realność,
Gdy idę uśmiechnięty przez jasny twardy bruk,
Chłodem
Przez dłoń mą wązką płynie, przez mą krew upalną
Bóg,
Jak przez palce rozwarte, zanurzone w wodę.




Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Okładka projektowana przez Ludwika Gardowskiego (1890-1965) będzie możliwa do udostępnienia w 2036 roku.
  2. Przypis własny Wikiźródeł Wg erraty
    winien być odstęp między:

    Żadne mnie niebo nie trwoży.

    Każdy dzień jest dzień. Każdy kwiat jest kwiat.

  3. Przypis własny Wikiźródeł Wg erraty
    winien zaś być:

    Ostrą patokę leje, w słodki się mleczy rdzeń.

    Rozsadzam zielone ramiona,
    Drgam, prężę się w listki chore,
    A dusza moja zielona
    Rozpęka w białą korę.

  4. Przypis własny Wikiźródeł Wg erraty
    winno być:

    O, wbić się w kąt pokoju. Wrosnąć w ścianę.

    Dłoń łagodna ze skroni potu trwóg nie zetrze,
    Gdy dłonie niewidzialne kruche szyby prą,
    Gną się, wklęsłe przez mroźne i modre powietrze,
    U nóg
    Godziny puste drążone łamią się z brzękiem, jak szkło.

    Gdy obłoki, podobne ponsowemu winu,
    Okrywają wieczorny i podniebny świat,


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Stefan Marek Eiger.