Strona:Stefan Napierski - Poemat.djvu/42

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


MINIONOŚĆ

Wargi, gniotące ciężkie winne grona,
Na podniebieniu lepkie i ciepłe banany,
Okno, podmuchem liści słodko łaskotane,
O, tęsknoto moja zielona!

Młodych dni, tamtych wiosen dziwna bezpowrotność,
Przeminęło, jak kwiecień, co pąkami pęka,
Przekwitło w owoc ciemny, dojrzały, jak męka,
I w jesienną senną samotność.

W godziny bardzo puste, wzniosłe i pogodne,
Widzę w niebie odbite me zgubione dłonie,
I gdy wyrwać się pragnę, znów przemoc je chłonie,
I nurza w luster głąb, jak w miody chłodne.

Na misie drżę uśpionem kołysaniem rtęci,
Pełgam martwo, nie przylgnę do niczyich rąk;
Nieuchwytny, jak zapach pół-skoszonych łąk,
Niematerjalny, jak święci.