Strona:Stefan Napierski - Poemat.djvu/47

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


DJABEŁ

Jak szara pajęczyna, której nikt nie sprząta,
Stoi i wabi strasznym gałęzi bezruchem,
On, wiecheć zakurzony, wtulony do kąta,
Ciągnie mnie, jak jesienną zapóźnioną muchę.

Skrywam oczy palcami, zamykam, jak wieczko,
I zerkam poprzez palce w okropnym zamęcie,
O, nie dostrzedz związanych różową wstążeczką,
Wciąż tkwiących na wysokim, złotym postumencie.

Czuję: ktoś za mnie wstaje, dźwiga się powoli,
Podaje się i kroczy na zew opętańczy,
Oczy odwraca, idzie w nieprzepartą kolej,
Obraca się i wolno i niechętnie tańczy.

Idę w grozie zielonej na ślizkość podłogi
(Niebo podksiężycowe łamie się z łoskotem) —
I wiem: za chwilę runę, już tu, tu, w pół drogi,
Zabity tryumfalnym i rżącym rechotem.