Strona:Stefan Napierski - Poemat.djvu/79

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


III.

W te dni pierwsze, gdy znów się pojawią lekkie kostiumy,
Pójdziemy wprost przed siebie, pełni słodkiej zadumy.

To będzie zupełnie, jak na przestarzałym obrazie,
Policzki załaskocą nam puszyste bazie,
A wiosna ucałuje w samę usta. Raz po razie.

Na ziemi, pachnącej jeszcze świeżością śnieżną,
Siądziemy, bardzo młodzi, pod staruszką wierzbą.

Nasłuchując uważnie ptaków wczesnej piosnki,
Ujrzymy, jak wokoło roją się wątłe i białe pierwiosnki.

I, wiążąc wieńce niezgrabne z przydrożnej wikliny,
Zapatrzymy się, wsłuchamy w łagodne godziny.

Wiesz, co wtedy pojmiemy, ukochana: oto,
Że niebo jest zawsze jednakie. Czy się uśmiecha lazurem, czy płacze bronzową słotą —

I z uśmiechem pomyślisz, te najprostsze pojmując sekrety,
Jak miło być śliczną żoną młodego poety.