W matni (Sieroszewski, 1898)/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Wacław Sieroszewski
Tytuł W matni
Pochodzenie W matni
Wydanie drugie
Data wydania 1898
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Druk W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
W MATNI

I.

W głębi ciemnej jurty jakuckiej, na nizkiej drewnianej ławie, pod ścianą, naprzeciw ognia leżała chora kobieta. Zajmowała najlepszy kącik w izbie, najsuchszy i najjaśniejszy, gdzie zwykle sypiają gospodarze domu. Otaczano ją taką troskliwością, na jaką tylko stać było mieszkańców jurty; zimne ściany nad jej pościelą zasłonięto białem futrem zajęczem, a samo posłanie ułożono niezwykle wysoko i miękko.
Ogień tlił się na kominku. Na tle brudno-rdzawego zmroku izby jasno odcinało się tylko białe łoże chorej i biała jej postać. W cieniu, na uboczu, głowę i ręce wysunąwszy na światło, siedziała na pieńku Jakutka i szyła obuwie. Miarowo szeleściły żylne nici, przeciągane przez skórę. Chora oddychała ciężko i głośno. W kącie, jak amor gołe, jakuckie pachole bawiło się z pięcioletnią dziewczynką po europejsku ubraną. Dzieci budowały coś z patyczków i rozmawiały przyciszonym głosem.
— Gospodyni... gos-po-siu!... — z trudnością przemówiła chora.
Jakutka z niechęcią położyła robotę i wstała poprawić ogień.
— Toch nado?
— Popatrz... wyjrzyj!... Nie gniewaj się, że tak często... ale boję się, że nie doczekam... Czy nie widać jeszcze?
Dzika pochyliła się nad chorą i wpatrywała się w jej twarz wychudłą: starała się odgadnąć, co mówiła, po wyrazie oczu, po ruchu ust, gorączką spieczonych.
— Ach, nie rozumie... Co za męka!
— Toch?... Toch skazywaj... — pytała Jakutka.
Chora wskazała drzwi.
— Eng... eng!... — kiwnęła głową, poprawiła kołdrę i poduszki, które się osunęły i wyszła.
W jurcie zapanowała zupełna cisza; nawet dzieci umilkły i oczy na drzwi zwróciły. Chora leżała bez ruchu; głowa jej opadła na bok, oczy zamknęły się, długie rzęsy rzucały cień na zapadłe policzki. Płomień ogniska, porwany podmuchem wpadającego przez otwarte drzwi powietrza, buchnął jaśniej i jaskrawym blaskiem oblał białe futro na ścianie, fałdy i zagięcia pościeli i na poduszce rozsypane, gęste, złote włosy, niby nimbus otaczające twarz chorej. Na maleńkim stoliczku, tuż u wezgłowia, połyskiwał złoty zegarek, stały szklanki, flakoniki i rozmaite podróżne drobiazgi.
— Zosiu, chodź tu... Gdzie jesteś?... — szepnęła chora...
Dziewczynka podniosła się, otrzepując sukienkę.
— Tu jestem, mamusiu.
Pobiegła do matki i położyła kędzierzawą główkę na jej poduszce. Mały Jakut wstał także i poszedł za nią; oparł się o krawędź pościeli i jął skubać koronkowe obszycie poszewek.
— Boli, mamusiu? bardzo boli?... — pytała dziewczynka, wpatrując się w twarz matki.
— Niema tatusia!... nie przyjeżdża... — skarżyła się chora.
Skrzypnęły drzwi; na progu ukazała się Jakutka.
— Musi być oni... Nikt inny być nie może... Dwóch jedzie!... — krzyknęła radośnie — swegom poznała... Jeszcze daleko: z tamtej strony jeziora! Chora poruszyła się gwałtownie i szeroko rozwarła duże, gorączkowo błyszczące oczy. Jakutka pojęła, że jej nie rozumieją i ruchami zaczęła objaśniać, pokazując na dłoni, jak stąpają konie.
— Jeden — mój chłop, dwa — twój chłop — powiedziała po rosyjsku.
— Jadą!... nareszcie!... Gosposiu, zabierz ot to... prędzej! — zawołała chora, pokazując rozrzucone rzeczy. Wzruszona podniosła się na posłaniu.
— Uczesz mię... Zosiu, daj grzebień... Umyj dziecko...
W jurcie zapanował ruch. Ale podróżni byli jeszcze daleko, więc kobiety zdążyły wszystko załatwić, nim oni przyjechali. Chora uczesana, w czystym białym kaftaniku czekała długo i już ją siły opuszczać zaczęły, gdy na podwórzu zatętniały kopyta końskie, zabrzękły wędzidła, rozległ się szmer głosów i kroków ludzkich.
Drzwi rozwarły się szeroko i w kłębach mroźnego oparu ukazał się na progu wysoki mężczyzna. Stanął przy drzwiach i jął śpiesznie szarpać rzemienne pętlice swojej podróżnej odzieży.
Jakutka dorzuciła drew na ogień.
Chora w skupieniu wpatrywała się w tę postać niezgrabną, od stóp do głów zaszytą w puszyste, śniegiem usypane futra.
Nareszcie kaptur, zakrywający twarz przybyłego, zsunął się na ramiona i drogie, dawno niewidziane oczy spojrzały na nią z wyrazem posępnej trwogi.
— Widzę cię więc... widzę!... — szepnęła, wyciągając ku niemu ramiona.
Reszta odzieży w jednej chwili znalazła się na podłodze i przybyły ukląkł przy łożu chorej.
— Ukochana!... odważyłaś się więc!...
— Nie mogłam dłużej.... nie mogłam — szeptała, a łzy jak grad płynęły po jej twarzy.
— Dlaczego nie uprzedziłaś? przyjechałbym do miasta. Wyobrażam sobie, jak cię zmęczyła droga.
— Pisałam kilkakrotnie i z miasta i z drogi... Widocznie nie otrzymujesz wszystkich listów... Spieszyłam się... Tutaj, powiadają, nastanie wkrótce wiosenne bezdroże, a latem do ciebie dostać się niepodobna, chyba konno lub piechotą... Czy nie tak?... Oni tak mówili... W mieście zaczęłam chorować... Tam epidemia... dyfteryt... Bałam się o Zosię... Bałam się, że... ciebie mogę już nie zobaczyć...
Lekki rumieniec oblał jej przeźroczystą twarz, uśmiechnęła się i położyła kształtną, wychudłą rękę na kędzierzawej głowie męża. On zdjął tę rękę i przycisnął do piersi.
— Cóż?... nie pytasz o córkę?... Zosiu, chodź... przywitaj się z ojcem.
Mężczyzna wstał i z pewnem zakłopotaniem powiódł wzrokiem dookoła. W kącie izby wpośród gromady Jakutów stała jego dzieweczka. Spotkawszy się z wejrzeniem ojca, twarzyczkę odwróciła i cofnęła się w tył.
— Zosiu, nie bądź dzika! — rzekła matka.
— Chodź do mnie, córeczko — odezwał się ojciec.
Dziewczynka nie ruszyła się. Wówczas podszedł i chciał ją wziąć na ręce, ale dziecko z krzykiem odskoczyło od niego.
— Nie ruszaj mię — zawołało. — Mamo, to nie tatuś... zupełnie niepodobny... Nie taki, jak na portrecie... Boję się!... Ubranie brzydkie... Broda duża!... On obcy!... Jakut!...
Schwycił ją na ręce i począł całować. Dziewczynka płakała i wyrywała się; żeby ją uspokoić posadził na pościeli, przy matce.
— Nie dziw się, Olesiu, — rzekła chora — zmieniłeś się... I ja dostrzegam w tobie coś nieznanego...
— Czyż ta kruszyna może mię pamiętać? Nie miała przecie pół roku...
Przy boku matki dziewczynka powoli zaczęła odzyskiwać śmiałość. Na rzęsach błyszczały jeszcze łezki, ale twarzyczka wypogodziła się i wielkie, błękitne oczy zwróciły się na ojca z wyrazem badawczym, prawie wyzywającym.
— Istny portret mamuńci.
— Nie zupełnie... Podbródek i czoło twoje, tylko oczy może...
— A czy grzeczna? czy posłuszna? — spytał Aleksander, pieszczotliwie biorąc dziecko za rękę i zamieniając z żoną znaczące spojrzenie.
— Dobra dziewczynka... Ubrania nie drze, nie brudzi; przy myciu nie płacze... Prawda, Zosiu?... Mój Boże... znowu...
I zaniosła się kaszlem głuchym, do jęku podobnym.
Aleksander zerwał się, ale nie wiedział, co robić. Dostrzegła to gospodyni, podbiegła, objęła wpół chorą i ostrożnie położyła jej rękę na piersiach. Atak był długi. Nareszcie ucichła i osłabiona upadła na poduszki. Twarz jej stała się woskowo bladą, na czoło wystąpiły duże krople potu, a w piersiach, konwulsyjnie dyszących, wrzało i skrzypiało. Aleksander blady stał obok z dzieckiem na ręku. Dzieweczka już się oswoiła i bawiła się puklami jego włosów. Chora otworzyła oczy, spostrzegła to i uśmiechnęła się blado.
— Nie bój się... То nic... Będę zdrową... zobaczysz... Byłoby zbyt okrutnie... Będę zdrowa... wówczas, Olesiu, wszystko pójdzie, jak z płatka... Pisałeś, że masz domek... Czy i ogród?... Siadaj, opowiedz!... Domek, czy jurta?... Czy duży?... Czy tylko jeden pokój?... Może trzeba będzie przerabiać?... A czy masz obórkę?... krowę trzymasz?... Zobaczysz, jak ja prędko wyzdrowieję na świeżem powietrzu i mleku... Moje cierpienia w znacznej mierze spowodane są zgryzotą i niepokojem... Wszak byłam silna, pamiętasz, i taka zdrowa!... O Boże!... za co mię karzesz!...
Znów kaszleć zaczęła. Aleksander ostrożnie podniósł ją i podtrzymywał. Tym razem atak był jeszcze silniejszy i trwał dłużej. Na końcu z flegmą buchnęła krew.
— Ratuj!... doktora... — jęczała chora, wpatrując się w męża gasnącym wzrokiem.
On milczał posępnie. Do miasta było trzy dni drogi. Żaden lekarz nie zgodziłby się jechać tak daleko na prywatne wezwanie.
— Albo wieź mię do siebie!...
Nie odpowiedział także. Było to również niepodobieństwem.
Jechać trzeba było przeszło 100 wiorst drogą złą i mało uczęszczaną. A w domu jeszcze gorzej było niż tutaj. Ona nie wiedziała, nie domyślała się nawet, jak on żył, bo całej prawdy nigdy jej nie pisał. Tam, u niego zupełnie było pusto! Tutaj przynajmniej byli ludzie. Można było kupić masła, mleka, świeżej śmietanki... Chora tem tylko żyła, zwilżając od czasu do czasu spieczone wargi.
Żona milczenie jego zrozumiała i domyśliła się wszystkiego.
— Nie trzeba, najdroższy... nie trzeba... Tak tylko powiedziałam. Czy ja wiem, gdzie dogodniej!... Do miasta — tydzień drogi, a za tydzień — umrę... W domu pewnie nie przygotowane... Nie pomyślałam... Cierpienie umysł mąci... Drogi bym nie zniosła... Po doktora któżby pojechał?... Ty?... Nie, ciebie ja nie puszczę... Ani na chwilę nie puszczę... Dość długo... Tyś mój... teraz wyłącznie mój... Wszak prawda?... Tyś tu nikogo nie kochał?... — pytała przyciszonym głosem.
On rękę jej tulił do piersi i odwracał oczy — napełnione łzami.
— Ty płaczesz?... Myślisz, że niema nadziei?... A więc niech się stanie, co się stać ma... wcześniej, czy później... Nie żałuję, żem przyjechała... Czułam, że koniec blizko... Ach, gdyby rok!... choć jeden rok, choć miesięcy kilka... z tobą, razem przepędzić... wróciłoby wesele i zdrowie. I szczodrze byłabym wynagrodzoną za wszystko... Tak tęskniłam... tak pragnęłam ujrzeć choć raz.. choć na krótką chwilę... Trwożył mię też los Zosi... Nie miałam jej komu zostawić... Krewnym nie chciałam... Wychowaliby ją na twego wroga... Ograniczeni i nienawidzą ciebie... Oschłe serca... Ty ją wychowasz w niedostatku, ale w otoczeniu prostem... wśród przyrody i pracy... wyrośnie na człowieka... jak ty — czystego i niezłomnego... To dobre dziecko... ma serce i główky... kochaj ją... Ach, znowu w głowie się mąci...
— Za dużo mówisz, wypocznij. Posłuchaj, ja opowiadać będę.
— O, tak, opowiadaj! O sobie powiedz. Czyś tęsknił?... Czyś wspominał?... Czyś spodziewał się nas zobaczyć?... Co za szczęście!... gdyby wróciło zdrowie... Serce tak rwało się do ciebie!... Opowiedz, jak spędziłeś cały ten czas... Coś robił?... Czy zboże siejesz?... orzesz?... Sam orzesz?... Zchłopiałeś... O, ty mój chłopie!... Ja też chłopką się stanę... zobaczysz... Tyle spokoju, co przy pracy na roli...
— Zboża jeszcze nie siałem... Jakuci bardzo niechętnie dają ziemię. Już od roku staram się o nią i proszę daremnie... Władza obiecała przynaglić ich...
Chora uważnie spojrzała na męża.
— Czyż to Jakuci dają ziemię, a nie rząd?.. — spytała.
— Owszem, rząd daje. Jam powinien otrzymać piętnaście dziesięcin ziemi zdatnej do uprawy, jako pozbawiony praw i skazany na osiedlenie. Ziemia tu uważaną jest prawnie za własność rządową; Jakuci są tylko dożywotnimi jej dzierżawcami... ale cóż z tego: faktycznie oni nią władają i nie chcą, — rzecz prosta, ustępować...
— Czy mało mają? nie wystarcza dla nich? Możnaby przecie wziąć w dzierżawę — przekonać ich, wyperswadować... Bo cóż ty zrobisz, jeśli nie dadzą?...
— Nie jest tak źle, Julio... Dajmy pokój... nie mówmy o tem — przerwał niechętnie. Bądź tylko zdrowa, a wszystko się ułoży...
Julia wpatrywała się w niego wiarą i miłością.
— Wierzę. Ty zawsze znajdziesz sposób wyjścia. Czy masz towarzysza w blizkości? Pisałeś, że gdzieś za Ałdanem. Co to za Ałdan?
— To wielka rzeka, wpadająca do Leny. Bardzo piękna rzeka. Chata moja stoi na samym jej brzegu. Najbliższy towarzysz mieszka na przeciwnym brzegu, o wiorst piętnaście. Ale on należy do innej gminy. Razem nas nie osiedlają.
— Ale widujecie się?... Widywać się wam wolno?...
— Widujemy się... niekiedy... Obecnie on u mnie mieszka... Poczciwy, bardzo poczciwy...
— A przedtem byłeś sam?
— Sam.
— Pomyśleć, serce się krwawi... całe dni słowa do nikogo przemówić!... Nieraz w myśli widziałam las śniegiem zasypany, małą chałupkę z blado migającem światełkiem wśród nocy, jak wieczność długiej, a w tej chałupce ciebie... samego — godziny, dni, tygodnie całe... Jakżeś musiał tęsknić!... Teraz nie będziesz sam!... — zakończyła, chwytając go za rękę.
— Teraz ty będziesz ze mną... Wyzdrowiejesz... pewny jestem. Klimat tutejszy surowy jest, ale jednostajny, a głównie niezmiernie suchy. Chorych na piersi nie spotkałem między krajowcami... A co za powietrze w mojej sadybie!... Co tam za gaj modrzewiowy! Dwóch chłopów drzewa nie obejmie. Dokoła sosny, jodły... W górach rosną cedry... Będę przynosił do domu gałązki... Aromat ich leczy podobno... Chata nasza będzie pachnieć, jak pałac wschodni... A w lecie, jak tam cudnie! Od rzeki wieje chłód. Zwierzyny, ptactwa — moc. Założymy ogród, kupimy krowę... Będzie wszystko, jak ty zechcesz... Będziemy żyć jak chłopi... a ludzie... Bóg z nimi...
Chora usnęła, ukołysana jego szeptem.
— Cudzoziemcze, kolacya podana — wezwała go gospodyni.
Ostrożnie oswobodził palce z uścisku Julii i poszedł do stołu, gdzie siedziała już Zosia i Jakuci. Głodu nie czuł, tylko straszne zmęczenie, będące następstwem nie tyle drogi stu-wiorstowej, odbytej konno i pośpiesznie, ile tylu silnych i niespodzianych wrażeń. Siadł około Zosi i opiekował się nią, ale sam niczego nie tknął, i nie odpowiadał nawet na pytania Jakutów.
— Kiedy myślisz wyjechać? — zaczepił go gospodarz.
— Nie rusz go... biedaczek!... — westchnęła gospodyni.
— Alboż ja go wyganiam... Tak tylko spytałem... przez ciekawość.
Po wieczerzy Aleksander wziął dziecko na kolana.
— Cóż, Zosiu, spać ci się chce?... A gdzie ty sypiasz?
— Z mamą.
— Teraz ze mną spać będziesz. Czy zgoda?
Dziewczynka kapryśnie wydęła usteczka.
— Bądź grzeczna. Z mamą nie można. Mama chora. Ja ci rybkę za to złapię, maleńkie kaczątko, jak do domu pojedziemy, zobaczysz... Chodź, dziecko moje... — I nieznacznie, opowiadając rozmaite historye, zaczął jej zdejmować trzewiczki, pończoszki, rozpinać ubranie.
— Mama powiada, żeś ty, tatusiu, dobry — szczebiotała dzieweczka, obejmując szyję ojca gorącemi, pulchnemi rączkami. Ani myślała zasypiać. W białej koszulce, różowa, śliczniutka kręciła się u niego na kolanach, zarzucając go pytaniami. By ją do snu prędzej skłonić Aleksander położył się sam obok i nie spostrzegł się, jak zapadł w sen kamienny.
Zbudził się nagle z uczuciem przerażenia, z zamętem w myślach, z sercem ciężkiem, jak ołów. — Co to mogło znaczyć? i gdzie on się znajdował? zapytywał siebie i wodził oczami po grubych belkach nizko zwieszającego się pułapu. — Nie u siebie, to pewna... Może u którego z kolegów... Na kominie słabo tleje ogień... ktoś mówi... Jakuci?... Jął się wsłuchiwać w szmer głosów.
— Wszystko umie. Po jakucku gadać — mistrz! Konno jeździ, łodzią kieruje, sieci zarzuca lepiej, niż Jakuci. Wszystkie ziemie, wszystkie drogi poznał — wielki łowiec!
— A czemużby nie miał być? Myślę, że książki nie próżno oni czytają! Czy łagodnego jest obyczaju?
— Grzech skarżyć się! Przedtem był dobry pan, tak powiadali ludzie z Ałdanu, i tu, gdy w okolicy przejazdem się zatrzymywał. Płacił... zawsze płacił. Ale dzieci i żona zmieniają ludzi.
— O tak! A pani? czy dużo pieniędzy przywiozła?
— Musi być przywiozła. Ma piękną odzież, złote pierścionki, zegarek... Pani jak się należy... południowa!
— Czy myślisz, że umrze?
— Pewno. Bardzo się męczy. Żonę moją sił pozbawiła, razy dwadzieścia w nocy wstawać zmusza... Podtrzymywać trzeba; dusi ją. Taka wielka pani bez podtrzymywania nie może...
— Gdy umrze, to pamiętaj, kumie, zawołać mię — czy trumnę robić, czy mogiłę kopać... Nie zapomnij... Cudzoziemiec dobrze pewnie zapłaci... Oj zapłaci!... nie wykręci się!...
— Cicho, zdaje się nie śpi.
Głosy umilkły. Aleksander uniósł się na pościeli i jął przysłuchiwać się innym cichszym dźwiękom. Chora szeptem siliła się objaśnić coś Jakutce.
— Julio, powiedz, czego ci trzeba, ja przetłómaczę.
— Nie śpisz już? Nie kazałam cię budzić, zmęczony jesteś. Powiadają, żeś usnął w ubraniu.
— Jakże się czujesz?
— Lepiej, mój drogi. Mówią, że dzień piękny; zawsze wtedy mam się lepiej. Powiedz gosposi, proszę, aby poszukała w rzeczach rondelka z pokrywką i ugotowała w nim mleka. Chcę cię ugościć kakao, dawno pewnie nie piłeś... Sama z przyjemnością wypiję filiżankę... Będzie uczta — roześmiała się. — Czuję się dziś tak dobrze!... Dzień, dwa, a ruszymy w drogę.
Istotnie, do samego wieczora nie było zmiany w stanie chorej. Otucha wstąpiła w serce Aleksandra. Odważył się nawet wyjechać po wino do miejscowego protojereja. Wina nie dostał, bo go nie było, ale napisał list do towarzysza i dowiedział się, że oczekują „zasiedatiela“, z którym może i doktor przyjedzie obejrzeć ciała Tatarów-osiedleńców, którzy w tajemniczy sposób — wraz z domem spalili się w jego noslegu[1].
— Zanocuj pan. Koń wypocznie... A będzie zamieć, wierzaj mi; ja, stary człowiek, znam się na tem. Pogwarzylibyśmy przy samowarze i buteleczce. Słyszałem, że niedaleko od pana był tajemniczy pożar.
Aleksander słyszał istotnie jakąś posępną plotkę, ale ponieważ przyjął sobie za zasadę nie rozmawiać nigdy z „osobami“ o jakuckich sprawach, więc nic nie odrzekł. Zamieci zaś nie lękał się, choć go istotnie zaskoczyła w pół drogi.
Nizko zsunęły się ciężkie chmury, wiatr wzmógł się i zahuczała burza. Świszcząc, podniosły się tumany śniegu, wiatr porwał je, zmełł na pył i rzucił nim o las z jękiem się chylący. Okolica zatonęła w mlecznym odmęcie.
Aleksander nasunął na twarz kaptur, poprawił się na siodle i wolno puścił cugle koniowi. Koń kroczył śmiało — od czasu do czasu uchylał głowę, by obwąchać drogę lub o kopyto oczyścić śniegiem zabite nozdrza. Do domu mieli niedaleko; droga nie rozdwajała się nigdzie; zbłądzić było prawie niepodobna. Jeździec, jak żółw w skorupie zamknięty w swej futrzanej odzieży, zamyślił się głęboko, ukołysany szumem zawieruchy. Przed oczami miał obraz jurty jakuckiej, gdzie w purpurowym blasku ogniska umierała jego żona... Po co ona przyjechała?... po co?... po co?... Zginie, a śmierć jej na jego pozostanie sumieniu. Dlaczego nie wyrzekł się jej zupełnie?... Jeśli szczerze pragnął, by o nim zapomniała, powinien był zniknąć zupełnie, zerwać wszelkie stosunki, nie pisać, na listy nie odpowiadać! — On zaś nie tylko pisał, ale całował papier, którego miały dotykać się jej ręce... dusza jej odczuła to, widać... w zimnych rozumowaniach, któremi silił się dowieść jej konieczności wiecznego rozstania, domyśliła się utajonego wołania... Przyjechała i... ginie!... A może!...
Fala gorącej krwi spłynęła mu do serca. Nie dokończył myśli przez zabobonną trwogę... Nie śmiał marzyć...
Koń, który cały czas szedł szybko, stanął i głośno zarżał. Aleksander drgnął i spojrzał w dal. Otaczał go mrok gęsty, wśród którego hałas śnieżny ocean, ale jemu się zdało, że w zwichrzonych tumanach mignęły czerwone iskry, a wiatr przyniósł w odpowiedzi słabe echo rżenia. — Jurta musiała być już blizko. Otrząsł więc śnieg z odzieży i ściągnął cugle. Po kwadransie przywiązywał wierzchowca do słupa w podwórzu sadyby.
Chorą zastał znacznie gorzej. Nie zwróciła się nawet ku niemu, gdy wszedł, tylko zlekka poruszyła spuszczoną na piersi głową. Siedziała pochylona naprzód pomimo osłabienia, gdyż najmniejszy ruch w tył wywoływał okropny kaszel. Pot kroplisty oblewał jej ciało; gospodyni wciąż musiała zmieniać na niej bieliznę i zaczynała już zrzędzić. Aleksander pośpieszył zastąpić ją w tem i teraz dopiero zauważył, jak Julia okropnie była wychudła. Wyglądała jak szkielet powleczony białą, przejrzystą skórą. Nie mogła mówić i tylko czasem słabo ściskała dłoń jego.
— W tych dniach obiecują doktora — powiedział, korzystając z chwilowej przerwy. Chora ostrożnie oparła się o poduszki.
— Nie warto... ja muszę!... Kochaj Zosieńkę... Aby tylko prędzej!... Boże mój!... jakże ja cierpię!...
I znowu krztuszenie się, od którego zdawało się, że pierś jej pęknie, kaszel, krew, poty, wreszcie zupełne wyczerpanie i woskowa bladość twarzy. Tylko szeroko otwarte oczy płonęły wciąż, jak pochodnie; gdy zwracały się na męża, strach cierpienia mieszał się w nich z łagodną tkliwością.
Minęła noc. Nad ranem chora usnęła. Aleksander czuwał, siedząc przy niej na nizkim stołeczku. Czuł się rozbitym. Od widoku tych męczarni i jego rozbolały piersi, serce krwią nabiegło, głowę ściskała żelazna obręcz. Widział wciąż przed sobą zsiniałą twarz Julii z oczami na wierzch wyszłemi. Nie wiedział już czego pragnąć...
Ze zgrozą odpędzał od siebie myśl o końcu ostatecznym, gdzie był chłód rozpaczy i obojętność na wszystko.
— Słaby jestem, słaby, jak małe dziecko!...
Umarła nazajutrz, a on nie przyjął ostatniego jej tchnienia. Wyczerpany zdrzemnął się z czołem opartem o krawędź pościeli. Zbudziło go gwałtowne szarpanie.
— Umarła!... żona umarła... — szeptała wystraszona gospodyni...
Chora leżała na wznak, z głową spuszczoną na piersi, z oczami szeroko rozwartemi; martwą źrenicą patrzyła gdzieś przed siebie, a na rzęsach nie zaschły jeszcze łzy. Aleksander siedział, jak gromem rażony. Nic nie widział, nic nie słyszał, nie myślał, tylko ścigał jakieś urywki błędnych słów, lecących mu przez głowę niby liście, jesiennym wiatrem pędzone.
W jurcie zaś wszczął się ruch i po trochu zaczęli schodzić się ludzie.
— Cóż więc?... po duchownego posłać?... dół kopać, czy co? Trumnę każesz robić, czy jak? — pytali go.
On niecierpliwie, prawie z gniewem potrząsnął głową.
Strwożeni odstąpili od niego. Siedział więc dalej bez ruchu, głowę nizko spuściwszy, tyłem zwrócony do obecnych. Na kominie ogień trzaskał; ludzie chodzili na palcach, rozmawiali szeptem. Podano wieczerzę, przyniesiono pościele; gospodyni rozebrała i ułożyła spać dzieci. Sąsiedzi znowu zaczęli się zbierać. Aleksander nie ruszył się.
— Ten cudzoziemiec zupełnie nie myśli grzebać żony! — z rozpaczą wykrzyknął gospodarz.
— Cudzoziemcze!... panie cudzoziemcze!... Kogóż najmować będziesz?... Odpowiedz!... — zagadali obecni.
Aleksander podniósł głowę i westchnął.
— Nie smuć się tak! Młody jesteś, jeszcze się ożenisz — pocieszała go Jakutka.
— Popa, myślę, nie będziemy sprowadzać... Daleko i drogę zawiało — doradzał gospodarz. — Tu blizko mieszka staruszek, co umie czytać modlitwy... Czyta u wszystkich... u bogatych i u szanownych nawet czyta... Po paszport, po świece wyślę sąsiada... Potroskam się dla ciebie, cudzoziemcze... Doprawdy żal mi ciebie... Taką ładną żonę straciłeś!... A dół wykopiemy z kumem do spółki... trumnę drugi kum zbije... Czy zgoda? Hę? Nie drogo weźmiemy... Jak myślicie, ludzie?...
— Co się pytać... Czyż nie szkoda cudzoziemca?!...
— Policzymy, co kosztować będzie — to lepiej: staruszek z modlitwą — pięć rubli... — zagiął Jakut palce; — świece, paszport, kadzidło — dwa ruble; tyle i nas kosztować będzie... nie mniej!
— Skąd mniej! To już od wieków określona cena!...
— A teraz: dół — piętnaście rubli, trumna — siedm, razem, równo... trzydzieści!... Prócz tego...
Aleksander otworzył portmonetkę.
— Mam tylko dwadzieścia rubli.
Umilkli.
— Cóż poczniemy? Przecież mi jeszcze należy się od ciebie za mleko, za mięso... za kłopot też cokolwiek podarować winieneś. A bydlęcia czyż nie zabijam? А temu, со trupa odziewać będzie, za pracę, czy nic nie damy?
— To ja sam — rzekł Aleksander i wargi mu zadrżały — Nie trzeba też staruszka z modlitwą!...
— Dobrze, lecz wtedy ciała nie położymy na pierwszem miejscu pod obrazami, tylko koło drzwi...
— Położycie, gdzie każę!
— Nie cudzoziemcze... Nie wolno!...
— Zobaczymy!
— A co, mówiłem — szepnął ktoś w dalszych szeregach. Gospodarz pogardliwie wydął usta.
— Skąpisz... dla swojej kobiety skąpisz... a ona, biedna, tyle tysięcy wiorst jechała... niczego nie szczędziła... życie postradała...
Aleksander przymknął oczy; kąty ust konwulsyjnie mu drżały.
— A byczek?
— Byczka też nie trzeba.
Jakut w zakłopotaniu musnął się po brodzie.
— Co tego — to już nie można... Bez zabitego bydlęcia żaden Jakut człowieka chować się nie zgodzi... — wyrzekł gorąco. — Od tego kości za życia próchnieją.... chorujemy... Wiesz co, cudzoziemcze, dam ci oskard, siekierę i wszystko — rób sobie sam... A kobietę twoją do spiżarni złożymy, gdyż wcześniej, jak za tydzień nie skończysz.
Aleksander chwilę rozmyślał. Istotnie nie skończy, szczególniej teraz, gdy czuje się tak słabym... Więc cały tydzień!... A Julię położą w spichrzu gdzie pyl śniegowy sypać się będzie przez szczeliny na twarz jej i promienne oczy... Poczuł ból w piersiach, jak gdyby ktoś poruszył nóż ostry, w serce wbity.
— Pieniędzy nie mam. Chcecie, kwit dam...
— Co nam po kwicie! — Myślisz może, drogo żądam? Doprawdy tanio, prawie darmo. Samych tyleż kosztować będzie. Ile odzieży przytem porwać trzeba, pokarmu zjeść... więcej wydasz, niż dostaniesz... Zresztą przez poszanowanie dla smutku twego... ustąpimy rubla.
— Powiedziałem, że mam tylko dwadzieścia.
— Więc sprzedaj rzeczy — odezwał się ktoś z obecnych.
— Zgoda! — kupcie więc zegarek...
Wyciągnął ku nim drżącą rękę z zegarkiem Julii na dłoni. Jakuci obstąpili go z ciekawością; najszanowniejszy przyłożył złote cacko do swych sterczących ciemnych uszów.
— Mówi... — szepnął z uśmiechem.
— Mówi?... — pytali inni i każdy chciał usłyszeć, co mówi, ale nikt nie myślał kupować.
— Chyba w mieście sprzedasz... miejskim Jakutom. Nam zaś potrzebna odzież, perkal, futra... Pierścionek złoty jeszcze kupić możemy...
Obrączki sprzedać nie chciał, ałe otworzył im kufer. Otoczyli go tłumnie, zaczęli chwytać i pokazywać sobie różne rzeczy.
— Widzicie, suknia jedwabna. Co chcecie, cudzoziemcze, za jedwabną suknię?... Przerobić, będzie odzież dla człeka...
— Srebrne łyżki, ręczniki, pończochy...
— Cudzoziemcze, podaruj!... Na co ci to... przecie kobiece... Jabym zaniósł swojej babie...
— Cudzoziemcze, daj to...
— A może to...
— I mnie...
Aleksander odłożył niektóre z cenniejszych przedmiotów: łyżki srebrne, futro, szal i zamknął kufer. Suknię jedwabną podarował gospodyni.
— Byłaś dla niej dobra — powiedział.
Przy tej okazyi Jakutka wyprosiła sobie jeszcze kilka drobiazgów.
Skończyły się wreszcie targ i umowy. Jakuci uderzyli w dłonie na znak zgody i rozeszli się. Gospodarze położyli się spać. Aleksander został sam i jął odziewać do ostatniego snu swoją Julię. Starannie umył ją całą, białą i zimną, jak marmur, ubrał w najlepsze, jakie znalazł rzeczy, fałdy i draperye starał się ułożyć wdzięcznie i pięknie, jak niegdyś... Nie mógł przywyknąć do tej myśli, że ona już nie czuje i nie rozumie... Łzami nabiegały mu oczy, gdy układał i prostował skostniałe jej członki — gotów był ryknąć płaczem i nad zimnem jej ciałem chylił się nizko, jak drzewo pod burzy podmuchem.
Minęła noc. O świcie przyszli Jakuci-majstrowie; ciało przenieśli na ławę w przedni kąt izby — i w ścianie nad niem przebili dziurę, aby wpuścić strugę zimnego powietrza. Twarz umarłej pod lodowatem jego tchnieniem stała się natychmiast jak alabaster twardą i przeźroczystą. Następnie Jakuci zabili byczka i, wesoło gwarząc, poczęli gotować mięso, ciosać deski i robić trumnę.
Aleksander obojętnie przyglądał się ruchowi. Nic go nie zajmowało, nawet Zosia; ubrał i nakarmił dzieweczkę, ale nie przemówił do niej ani słowa. Dziecina błąkała się z kąta w kąt wpośród Jakutów. Ci jedli, powtarzali najnowsze plotki sąsiedzkie, naradzali się, jak zbić deski, by trupa pomieścić, a sobie pracy oszczędzić, stukali narzędziami, sapali i pluli.
Wieczorom, gdy Aleksander położył się na tej samej ławie, na której umarła Julia, Zosia przysunęła się do niego.
— Tatusiu, ty już nie płaczesz? — zapytała.
— Chodź tutaj.
Dziewczynka wdrapała się pośpiesznie obok niego.
— Mama elbiut’... — rzekła po jakucku.
— Mama umarła — poprawił ją. — Teraz nie masz już nikogo prócz ojca.
— Wszyscy Jakuci?...
— Są i towarzysze ojca, ludzie bardzo dobrzy, ale daleko... Między Jakutami także znajdują się dobrzy... Chcesz kochać ojca!...
Dziewczynka pochyliła główkę i z zajęciem zaczęła przyglądać się guzikowi u jego bluzy.
— Chcę! — szepnęła po chwili.
W len sposób znowu zawiązała się przyjaźń między nimi.
Pogrzeb miał się odbyć nazajutrz. Wskutek zasp, utworzonych przez zamieć, nie można było trumny powieźć na saniach. Jakuci zawiesili ją na długiej żerdzi na sznurach i ponieśli na ramionach. Miejscami śnieg był po kolana, potykali się i przerzucali drąg z ramienia na ramię. Trumna kołysała się strasznie. Aleksander, idąc za nią z łopatami, słyszał jak ciało umarłej tłukło się w jej wnętrzu. Nareszcie dobrnęli do wzgórka pod lasem, gdzie było cmentarzysko; trochę drewnianych płyt i krzyży grobowych pod śniegiem, a na uboczu wązki, głęboki, świeżo wykopany dół... Ostrożnie, pokrzykując i udzielając sobie rad, zaczęli Jakuci spuszczać trumnę. Aleksander chciał ją otworzyć — by raz jeszcze zobaczyć twarz zmarłej, ale Jakuci oparli się temu stanowczo.
— Co chcesz z nami zrobić, cudzoziemcze?... Przecie i my mamy żony i dzieci!... Nikt nie sprowadza na siebie nagłego nieszczęścia!... Otwieraj sobie, jeżeli chcesz, ale my odejdziemy... Nie wypuszcza się tego, co już raz zamknięte... Sam trumny do dołu nie spuścisz, więc zostanie do wiosny!...
Był pewien, że spełnią pogróżkę.
Spuścili ją w dół i spiesznie zaczęli zasypywać bryłami zamarzłej ziemi, które z głuchym łoskotem rozbijały się o wieko trumny.
— Ostrożnie!.. — krzyknął mimowoli Aleksander. Wydało mu się, że przebiją deskę i ostrymi kawałkami lodu ugodzą w twarz i ciało Julii.
— Uspokój się, cudzoziemcze!... Ludzie przecie jesteśmy... w Boga wierzymy... Przykryliśmy balami, jak się należy... Spać będzie twa nieboszczka niby w kołysce...
Zręcznemi i zgodnemi uderzeniami szybko zasypali dół, i zwrócili się do Aleksandra, który stał jak odurzony.
— Cudzoziemcze... panie... chodź!... idziemy... śpiesz się... Grzech!... nie oglądaj się nazad!... — krzyczeli, spuszczając się ze wzgórza i w biegu łamiąc łopaty. Aleksander postąpił kilka kroków za nimi, lecz nagle wstrzymał się i zawrócił...
Słońce podniosło się jaskrawe, promienne. W chwili, gdy odrywało się od horyzontu, z obu stron ukazały się dwa tęczowe jego widma. W powietrzu unosił się delikatny pył lodowatych igiełek — pozostałość wczorajszej zamieci. Żałobnie wyglądały lasy czarne, przez wiatr obdrapane. Śniegi dokoła były zdeptane. Na płaszczyźnie jezior i łąk wiatr wydął fale zmarszczek, podobnych do wzburzonych wód. — Na stokach wzgórków, wpośród krzewów, u przeszkód, które zmieniły kierunek wichury, piętrzyły się ogromne wydmy i zawały. Miejscami rozcinały je wązkie, niby pługiem rozryte wydmuchy. Ich wierzchy i krawędzie dymiły się z lekka: tam pełzał konający wietrzyk i zdmuchiwał puder z niedość ubitych śniegów.
Na podwórzu, przy jurcie, przekroczywszy przez ogień, zgromadzili się Jakuci i ostrożnie, z poza dymu spoglądali z trwogą na czarny punkt, widniejący na wzgórku.



II.

Wiele mil przejechali podróżni głuchym, ciemnym borem, nim rozstąpiły się zwarte szeregi drzew, zmrok pobladł i obciążający konary puch śnieżny, stał się bardziej przejrzystym. Drożyna wyrównała się i wybiegła na obszerną łąkę, gdzie ostatnie cienie boru, wydłużone i rozjaśnione, kładły się na śniegi iskrzące w promieniach zachodu. Jasne blaski daleko za tajgą gasnącego słońca biegły w te tropy za podróżnymi, przedzierały się przez las, przez splątaną sieć gałęzi, po tajemniczych, okiem nie dających się dostrzedz drogach, złocąc w przelocie czarne kolumny drzew.
Koń Aleksandra niecierpliwił się, wyrzucał głową, wstrząsał trendzlą, ale naprzód nie puszczały go sanie z kibitką, obitą wojłokiem, które ciągnął gruby byk. Na byku siedział zgarbiony Jakut w bufiastej sukmanie i nucił piosenkę. Obaj nie śpieszyli się wcale. Aleksander w zamyśleniu patrzał przed siebie, koniowi popuściwszy cugle. Lecz gdy wyjechali z zarośli i ukazała się boczna drożyna, wiodąca na przełaj do małego domku pod gajem, Aleksander zręcznie wyminął Jakuta i po głębokim śniegu kłusem pojechał w tę stronę. Jego wierzchowiec powitał dom kilkakrotnem rżeniem. Na podwórze z radośnem skowyczeniem wyskoczył duży, czarny pies.
— Ajaks!... dobry pies!... Poznał pana! — gadał do niego Aleksander, zsiadając z konia. Pies skoczył mu na piersi i próbował liznąć go po twarzy. Jednocześnie we drzwiach jurty ukazał się niewysoki, brodaty mężczyzna w ogromnej futrzanej czapce, futrzanem obuwiu i reniferowej burce, niedbale na ramiona narzuconej. Chwilę wpatrywał się w przybyłego, nim go poznał, poprawił okulary i podszedł żwawo z wyciągniętą ręką. Aleksander tę rękę w milczeniu uścisnął i dalej zdejmował juki i siodło.
— Czy pomódz? — spytał go towarzysz, trzymając się zdala od konia, który szczerzył zęby i groził ukąszeniem.
— Lepiej nie, Jakóbie. Wrony złościć się zacznie.
— Droga ciężka; schudł Wrony. Cóż żona?
— Żony niema, umarła... — cicho wyrzekł Aleksander.
— Umarła!... — powtórzył Jakób, cofając się mimowoli.
Aleksander głowę spuścił i drżącemi rękami odpinał dalej popręgi.
— Umarła... — powtarzał Jakób.
Sanki wjechały w podwórze. Aleksander wyjął z kibitki owiniętą w futra dziewczynkę i poniósł ją do jurty. Jakób pośpieszył przymknąć za nim drzwi.
Rozebrali dziecko i postawili na ziemi. Tarła zaspane oczki rączkami i kaprysiła trochę. Aleksander z Jakutem wnosili przywiezione na saniach rzeczy.
— Nie płacz, panienko! — perswadował jej łagodnie Jakób.
— Nie jestem panienka!
— Ale herbatę pewnie lubisz i placek z masłem?... Zaraz dostaniesz, poczekaj!
Dziewczynka spojrzała na niego przez paluszki.
— Pan będzie towarzysze!
— Będę towarzysze! będę wuj Jakób!... Zgoda?
— Poczciwi ludzie?
— Najlepsi ludzie! Mądra jesteś, jak widzę! Siadaj-no do stołu, a ja tymczasem placek zagniotę. Jak ci na imię?...
— Zosia!...
Pośpiesznie wdrapała się na wskazane miejsce i oparła łokcie na stole.
— Będziesz u tatki za mamę?... Czy może Jakutka jesteś? — dopytywała się, śledząc gospodarkę Jakóba.
Twarz mężczyzny powlokła się smutkiem.
— Niezupełnie... troszeczkę!
— A ja jestem zupełnie córeczka... Doprawdy — jestem!... Tatusiu, on nie wierzy, głową kiwa!...
Aleksander, który wniósł właśnie z Jakutem ostatnią skrzynię, spojrzał na nich zamglonym wzrokiem i stanął u komina chmurny, milczący. Rozmowa urwała się.
Uwagę Jakóba zajął całkowicie podpłomyk, który piekł się na żelaznym blacie. Od czasu do czasu spoglądał jednak ukradkiem na przyjaciela. Uderzyła go w nim wielka zmiana.
Śniada twarz porysowała się i zapadła, wązkie usta jeszcze się mocniej zacięły, podbródek naprzód wysunął, a duże ciemne oczy utraciły poprzednią żywość. Stał zgarbiony z rękami opuszczonemi wzdłuż ciała. Jakób nie śmiał ani go pocieszać, ani pytać, gdzie żona umarła, gdzie pochowana. Ten człowiek zawsze sam sobie wystarczał. Krępowała go przytem obecność przewodnika Jakuta.
— Co słychać w domu?... Cóż Jakuci?
— A nic. W czasie twojej nieobecności nawet tu nie zachodzili. „Kapsie niema, herbaty nie daje!“ Słyszałem tylko, że znów wypływa historya z Tatarami. Istne pantofle Abu-Kazema.
— Słyszałem i ja. Zasiedatiel przyjeżdżał?
— Nie, ale oczekują go... Czy masz zamiar pogadać z nimi?...
— Pójdę.
Jakób zamyślił się.
— Jakuci są bardzo wzburzeni... — odezwał się po chwili.
Aleksander wzruszył ramionami.
— Cóż ja temu winien!
Przewodnik skończył pić herbatę i czekał na obrachunek. Aleksander wymówił sobie, że mu przedtem pomoże załatwić kilka gospodarskich czynności. Miał zwieźć z jeziora lód na wodę, gdyż żałował konia, a czas już było lód tak umieścić, by nie stopniał na wiosennem słońcu. Wody ze śniegu lub z przerębli nikt tu nie używa do picia, gdyż cuchnie. Wziął więc Jakut swego wołu i sanie i spuścili się w wąwóz, gdzie leżały szeregi dużych kryształowych tafli, przygotowanych jeszcze z jesieni.
Zorza już gasła. Gwiazdy jarzące tłumnie wyległy na niebo. Przy blasku ich pracowali długo. Po odjeździe Jakuta, Aleksander dobrą jeszcze chwilę sam kręcił się po podwórzu: przesuwał, ustawiał, otrzepywał, śnieg zrzucał ze stogu, jasła czyścił dla konia. Jakób podejrzywał go, że umyślnie nie wraca, by uniknąć rozmowy, gdyż niejedno mógł zrobić jutro. Nareszcie wszedł znużony i okryty szronem.
— Tatusiu, spać!... — płaczliwie zawołała Zosia.
— Chciałem ją rozebrać, — rzekł Jakób — ale niegrzeczna... nie dała się... Cóż, wszystko skończyłeś?
— Prawie wszystko.
Wziął córkę na ręce i zaczęli szeptać coś z sobą tajemniczo. Jakób zamknął czytaną przed chwilą książkę i w zamyśleniu patrzył w ogień. Aleksander znalazł się wkrótce obok niego. — Dziecko usnęło. Długo milczeli oba, nie wiedząc od czego zacząć. Wszystko wydawało im się tak błahe, a smutek jednego z nich tak ciężkim i nieuleczalnym.
— Nie smuć się! Czas wszystko złagodzi — szepnął nakoniec Jakób, kładąc rękę na ramieniu towarzysza.
Aleksander spuścił oczy, a wargi mu zadrżały.
— Tyś miał w życiu choć cokolwiek... Teraz masz córkę... Ja nic nie miałem.
— Daj pokój!
— Co zamierzasz robić?... Czy będziesz prosił, aby przenieśli cię bliżej miasta?
— Nie sądzę. Nie myślałem o tem... Plany zostały też same: gospodarstwo... Co tu innego możebne?
Jakób spuścił głowę.
— Wątpię, czy dadzą ziemi...
— Wątpisz, czy tutaj dadzą, cóż więc mówić o okolicach podmiejskich...
— W pobliżu miasta więcej towarzyszy; łatwiej dostać co potrzeba, a teraz będzie ci znacznie więcej potrzeba.
— Rozumie się, byłoby lepiej. Ale co o tem marzyć!... Nim przyjdzie odpowiedź na prośbę, minie miesięcy parę. Mogą odmówić... na pewno nawet odmówią... a ja tymczasem stracę rok cały. Wiosna za pasem — znowu nic nie zasieję. Przytem przeprowadzka związana jest zawsze ze stratą... Nie można zabrać wszystkich drobiazgów, na pozór nic nie znaczących, z których składa się gospodarstwo... Zresztą, jeśli mam ci prawdę powiedzieć, to wolę tu zostać. Tutaj, dadzą ziemi więcej, jeśli się dać zgodzą. Zbuduję młyn, zasiewać będę dużo i handlować mąką, na północ ją wysyłać. Konkurencyi nie będę miał żadnej; wszyscy tu mielą zboże w ręcznych żarnach, sieją mato. Wszędzie ceny na mąkę wysokie; możnaby coś odłożyć na powrót.
— Więc ty myślisz tu tak długo pozostać? — z przerażeniem nieledwie zapytał Jakób.
— Kto wie?...
— Gospodarstwo może nic nie dać. Będziesz musiał trzymać robotników, starać się tanio kupić, drogo sprzedać i mało płacić. Nie lękasz-że się w tych warunkach ostatecznie zatracić... duszę?
— Co mi po niej?... A ty swojej nie zatracasz?...
Jakób chciał mówić, ale Aleksander przerwał mu żywo. — Mój drogi, oddaliśmy, cośmy mieli. Reszta nasze! Kruszyna tego zostało i... liche. Biorąc jałmużnę od Jakutów, czyż nie stawiamy siebie w fałszywych warunkach? Czyż nie gubimy tej samej duszy, o którą się troszczysz?
Jakób nie zgadzał się, lecz milczał. Wszak powtarzał ciągle w sporach, w rozmowach każdemu, kto chciał słuchać: żyć jak pies, czego sam przykład dawał, o nic nie prosić, żadnych szczególnych praw dla siebie nie czekać i... trwać, tylko trwać! Rozumiał, że było to nad siły większości, mocno już znękanej. Te kilka rubli zapomogi rządowej nie wystarczały na najskromniejsze potrzeby. Braki trzeba było głodem łatać, na co Aleksander obecnie w żadnym razie nie mógł się ryzykować. Pocóż więc spierać się i przykrość mu robić!
— Myślisz, że mi to już nie zbrzydło? — mówił dalej Aleksander. — Ilekroć dziesiętnik przywiezie te kawałki masła, mąki, mleka różnego gatunku, zebrane po odrobinie od większych może jeszcze, niźli ja, biedaków, czuję, jak gdybym został wypoliczkowany. Nigdy nie miałem odwagi sprawdzać, czy waga i gatunek odpowiadają obietnicom gromady. W rezultacie kniaziowie i dziesiętnicy okradali mnie i gminę, dawali mniej, niż zebrali i zamieniali lepsze rzeczy na gorsze. Nigdy nie wystarczało! I co kwartał wojna o rozmiary jałmużny, ten targ poniżający! Że Jakuci starają się zmniejszać datki, to rzecz zupełnie zrozumiała. Takich jak my mają oni na karku setki, więc wcześniej, czy później skończyć się to dla nas musi, nie z filantropii bowiem karmią oni osiedleńców, lecz z obawy, ze zwyczaju. Gdy przekonają się, że im od nas nic nie grozi, odmówią. Czy nie mieliśmy już przykładów? Czy nie odmówili tobie domu?... A ma się skończyć, to im wcześniej, tem lepiej!... Teraz mam jeszcze środki, mam siły... Aby wyjść z błędnego koła prawie zawsze użyć trzeba trochę przemocy... A raz to konieczne, bo niema co rozważać, niema się co zastanawiać... Ja chcę wrócić do życia, więc biorę ziemię. Niech się obrażają, później się przeproszą. Ja mam prawo do tego i nie ustąpię. Mam zresztą córkę, taką dobrą, jak i inne dzieci — zakończył tonem stanowczym.
Jakób siedział ze spuszczoną głową. Czuł, że między nimi zaczął się wznosić mur, którego żadne nie mogły obalić dowodzenia, milczał więc i było mu przykro.
— Ognisko domowe!... zawsze i wszędzie to samo... — rzekł sobie w duchu.
Nie rozmawiali dłużej i uścisnąwszy sobie dłonie poszli spać.
Aleksander jak zwykle wstał pierwszy. Sypiał mało. Zajrzał do konia, rzucił mu siana, narąbał drzew, rozniecił ogień, czajnik postawił, ciasto zagniótł na placek, a Jakób i Zosia wciąż jeszcze spali; siadł więc przed kominem i doglądał piekącego się podpłomyka. Ajaks umieścił się tuż przy jego nogach, i zmrużywszy oczy, odwracał od ognia dużą swą głowę. Nagle nastawił uszy, otworzył oczy i zawarczał. Drzwi zlekka stuknęły.
— Trzymaj psa, cudzoziemcze!
— Cicho, obudzisz dziecko... Ajaks pst?...
Zgarbiony i pokorny wszedł Jakut ubogo odziany, z dużą głową i niezwykle wypukłemi oczyma.
— Jak się masz? Co słychać? Mów!... Siadaj! — witał go podaniem ręki Aleksander.
— Co ma być! Nic nie słychać!...
— Cośkolwiek a słychać! Siadaj... Zasiedatiel był?
— Był — niechętnie odpowiedział Jakut. — Głupi ludzie! bardzo głupi!...
Nieznacznie rozglądał się po jurcie swemi dziwnemi oczyma, za które przezwano go „Żabiem Okiem“.
— Dziewczynę przywiozłeś? — spytał, zniżając głos.
— Przywiozłem.
— Ziemi będziesz żądał?
Aleksander nachylił się i zaczął poprawiać placek.
— Myślisz, że ci żałuję? — rzekł Jakut. — Bierz ile sił starczy, będziesz miał dobry kawałek chleba... Ziemia tutaj urodzajna, oj, u-ro-dzaj-na!... My, biedni, też się przy tobie pożywimy. Robota będzie, pieniądze będą!...
— Słuchaj, „Żabie Oko“, nie wiesz, ktoby się zgodził zrobić koryto?... Takie duże, żeby można było dziecko kąpać, bieliznę prać...
— Takie koryto! możebym i ja podołał...
— A łódkę?
— Naco ci łódka? Drogo będzie kosztowała. Prawdziwej łódki nikt nie zrobi prócz Tusa.
— Płużysko wyciąłeś mi?
— Wyciąłem, schnie. Możesz zabrać.
— Przynieś mi. Teraz nie będę mógł często z domu wychodzić.
— O tak! Przyniosę. Słuchaj, Liksandra, moja kobieta przysyła dla twojej dziewczyny gościńca. Dziecko będzie tęsknić do mleka... Biedna sierotka!... — mówiąc to, wyjął z pod poły nieduże wiaderko z kory brzozowej i podał mu je.
— Ojcze, kto to taki? — zaszczebiotała rozbudzona Zosia.
Siedziała na pościeli i uważnie przypatrywała się Jakutowi. Ojciec wziął ją na ręce, zaniósł przed ogień i począł ubierać. Złociste włosy, koszulka europejska i biała, rączki pulchne i gołe, rumiana buzia, wszystko to zaciekawiło sąsiada. Przysiadł się bliżej i czarnym, zgrubiałym swym palcem dotknął ubrania i ciała dziecka.
— Go ona jada? — spytał z namysłem.
— To samo. co i wszyscy.
— Och!... och!... — wzdychał. — Słuchaj, cudzoziemcze, czy nie przywiozłeś czasem soli i herbaty?... Bardzo soli potrzebuję... Cielęta mają biegunkę; dwa zdechły.
— Soli sam potrzebuję. Nie byłem w mieście... Trzeba będzie poprosić Kapitona. Czy on ma mydło, nie wiesz?
— Kto go wie. Pewnie ma. Bogaci są ludzie, może się i myją!
Aleksander ubrał Zosię i obudził Jakóba.
— Wstawaj, śpiochu! Herbata na stole!
— Dawno już nie śpię — upewniał tenże.
— Ładnie nie śpisz! Takeś chrapał, że aż Żabie Oko zląkł się, myśląc, iż to Ajaks warczy.
— Nie czekajcie na mnie.
Ubierał się leniwie, a oni tymczasem zasiedli do stołu.
— Przyjdź później, Żabie Oko, proszę cię, i przynieś z sobą drąg żelazny. Trzeba oczyścić przerębel... Zamarzła w czasie mojej nieobecności. Siekierą wody nie dostaniesz... — mówił Aleksander Jakutowi na odchodnem. — Maję przyprowadź albo lepiej, przyszlij zaraz; muszę jechać do Kapitona.
— Nie zapomnij wziąć i dla mnie soli.
— Nie zapomnę. Maję wypraw natychmiast.
Wkrótce po jego odejściu zjawiła się Maja, dziesięcioletnia córeczka Żabiego Oka, ładna, ale strasznie brudna i oberwana Jakutka.
— Dziecka i ja mógłbym dojrzeć! Na co tu ona?... — zaprotestował Jakób.
— Pierwszy dzień — nudzić się będzie. Niech się pobawi, pozna swoich sąsiadów, — tłómaczył się Aleksander. Kazał Majce umyć się, podarował jej swoją koszulę, z tym warunkiem, aby ją natychmiast włożyła i polecił nie odchodzić od Zosi. Dziewczynki wyprosiły sobie pozwolenie odprowadzenia go nad brzeg jeziora.
Dolina, w zachodnim kącie której stała sadyba Aleksandra, przedstawiała obszerną, podługowatą równinę. Jezioro długie, Avazkie niby rzeka przedzielało ją na dwie części. Tę, gdzie mieszkał Aleksander, prawie całkowicie wypełniał mokry „kałtus“ z ogromnemi kępinami, wyglądającemi z pod śniegu, niby okrągłe brukowce źle wybrukowanego placu. Na pierwszym brzegu jeziora rozciągały się gładkie, równe, jaskrawo białe przestrzenie łąk z rozległym widokiem na gaje, kępy, zarośla, na rozrzucone tu i ówdzie białe stogi w oprawie czarnych, otaczających je płotów. Ściana ciemnego boru jednolitem półkolem obiegała dolinę; ponad nią blademi liniami zarysowały się odległe góry. Gaj u sadyby Aleksandra nie łączył się z borem; stał oddzielnie niby piękny, leśny bukiet, rzucony na brzeg przepaści. Przepaść roztwierała się tuż za domem; na dnie jej płynęła rzeka Ałdan. Błękitne przestworze, wiszące nad nią, niby okno, rozrywało ciemny pierścień lasu, pozwalając oczom biedz dalej. Chętnie one zwracały się w tę stronę. Tam zawsze było inaczej! czy w czasie mgły, gdy białe podnosiły się opary, czy w zamieć, gdy kłębiły się płatki śniegu, czy — gdy błąkały się perłowe chmurki! Ale najpiękniejszym był błękit, jak łza czysty, przejrzysty, a nieprzenikniony i nieskończenie daleki.
Jezioro jednym końcem dotykało przepaści i groziło wylaniem się do niej w razie większego podmycia brzegów, drugim uciekało w lasy. Po tej stronie, gdzie stała sadyba Aleksandra, na trzy od niej staje, mieściła się nad brzegiem jeziora jurta Żabiego Oka. Droga do niej wiodła w zimie przez jezioro, po lodzie. Jurtę otaczały płoty i zabudowania. Od ocieniającego ją gaju wybiegał i ciągnął się wzdłuż jeziora rząd drzew, tworząc na żółtej tarczy „kałtusa“ piękną, powietrzną kolumnadę. Między drzewami przyświecała płowa dal lasu i wijąca się pośród kęp wstęga głównej drogi.
W sadybie Żabiego Oka Aleksander napoił konia i wyjechał na przeciwległe łąki, oblane jaskrawem światłem wiosennego słońca. Nad śniegami drżały tęczowe miraże silnie ogrzanego powietrza, unosiło się ciepłe tchnienie błękitów, gorzała ziemia w oślepiającym blasku od jej łona odbitych promieni. Wrony, zziębnięty, niecierpliwie szarpał cugle... Aleksander popuścił mu wodze. Szybko przejechał łąki i mijał w pędzie nędzną wioskę, gdy wywabiona szczekaniem psów wyskoczyła z jednej jurty młoda Jakutka. Wrony zachrapał i w bok się rzucił przerażony brzękiem srebrnych blaszek, zdobiących jej warkocze.
— Liksandra!... Liksandra!... — krzyknęła, przeskakując przez płot. — Poczekaj!...
Aleksander z trudnością wstrzymał rozhukanego konia.
— Jak się masz, Toj! Brzęczysz, jak dzwonnica! Nastraszyłaś mi konia. Nie wiesz, czy Tus w domu?
— Nie wiem; zdaje się, niema go.
— A twój ojciec?
— Też niema. Wszyscy u Kapitona. Tam zebranie. Kniaź przyjechał.
— Wciąż z Tatarami? Czy co innego?
— Nie wiem. Co wiedzieć wolno nam, kobietom, prócz garnków i... pościeli! — rozśmiała się i zalotnie przymrużyła podłużne, cygańskie oczy.
— Widzisz, — poczęła cicho, poufale opierając rękę na łęku siodła — przywiozłeś, powiadają, dziewczynę. Otóż chcą pisać do gubernii, że dziewczyny nie przyjmują, że ciebie tylko jednego obowiązani są trzymać. A więcej nie wiem...
Aleksander wzruszył ramionami.
— Niech piszą. A cóż Tatarzy? Co powiedział doktór?
— Żona twoja, Liksandra, podobno była piękność... I córeczka też piękność... Nie widziałam jeszcze nigdy w życiu dzieci ze złotymi włosami... Ona podobno ma złote... Czyż doprawdy ani razu nie pocałowałeś żony?... I ona tak... umarła... napróżno! Przyjechała poto tylko, aby zobaczyć i... nic więcej... Biedaczka!
Aleksander zmarszczył brwi i ściągnął uzdę.
— Głupia jesteś, Toj!
— Cudzoziemcze! o! cudzoziemcze!... Przygotuj podarunki, przyjdę córkę oglądać! — krzyczała za nim Jakutka — Jakóba wypędź na ten czas! — dodała ze śmiechem.
Jurta Kapitona stała na innej łące za gajem, o dwie wiorsty. Między nią i wioską leżało wielkie okrągłe jezioro, obrosłe trzciną i szuwarem. Kniazia nie zastał już Aleksander u Kapitona; większa część krajowców też się rozeszła; byli tylko najbliżsi sąsiedzi. Gospodarz, gruby Jakut z choremi, krwią zaszłemi oczami, przyjął Aleksandra uprzejmie; posadził za stołem, częstował herbatą i w rozmowie o różnych rzeczach próbował wybadać, co robić zamyśla, gdzie córkę umieści, jak sobie pocznie bez kobiety.
Wiele szczegółów z jego podróży i ze spotkania z żoną było widocznie znanych Jakutowi. Aleksander odpowiadał oględnie. Mydła, soli i herbaty sprzedał mu Jakut chętnie, dziwił się jednak, że nieboszczka, chociaż za bogatą uchodziła kobietę, nie przywiozła nic z miasta.
— Zupełnie musiała być południowa pani. Uczona. Nie wiedziała, biedna, że tu dokoła głuchy las, że jeśli człowiek czego nie ma, to choć się kładź i umieraj... nie dostanie! Dobrze, jeżeli dadzą sąsiedzi... A dadzą wtedy, jeżeli dać mogą...
Był między gośćmi i Tus, szczupły, szpakowaty staruszek z płaskim nosem i ostrym podbródkiem, z twarzą tak ciemną i pomarszczoną, jak gdyby uwędzoną w dymie.
— Poczekaj, pojedziemy razem — wstrzymał go Aleksander, widząc, że się zabiera do odejścia.
— Razem, a to poco? Przecież ty jedziesz do kniazia.
— Nic bez soli, nic bez żartu! Jaki przykry stary! Poco a poco?!... Weselej będzie cudzoziemcowi!... — poparł Aleksandra gospodarz.
— Wiemy, jak polowała mysz z żabą!
Jakuci zaśmiali się.
Całą drogę Aleksander objaśniał Tusowi, o co mu chodziło.
— Na co ci łódka?... i taka dziwna... cienka, mała!... Obcasem ją przebijesz... Rzeka nasza — gniewna woda!
— Podoba mi się taka. Zrobisz, czy nie?
Tus wydął wargi.
— Rybę łapać myślisz? czy co?... Utoniesz!...
— Nie lękaj się.
Tus gładził brodę dłonią i patrzał, namyślając się, na wyciągnięty ku niemu zadatek.
— Cóż! czyż jeden tylko doktor ma dziś brać pieniądze? — roześmiał się wreście i wziął papierek.



III.

Sadyba kniazia nie różniła się od innych zamożnych siedzib jakuckich. Kilkanaście budynków: jurty, obory, spichrze, stogi siana, ogromne, czarne pagórki wyrzuconego z chlewów gnoju — wszystko to stało skupione na pochyłości niewielkiego wzgórza, nad brzegiem jeziora. W dali widać było ciemne lasy, białe śniegi, blade sylwetki rozrzuconych tu i ówdzie jurt; w pobliżu — śniegi pożółkłe od dymu i śmiecia, krzewy i drzewa niemiłosiernie objedzone przez bydło i cała sieć dróg większych i małych, prostych i krzywych, zbiegających się do osady, niby promienie do środka. Ale miała owa osada coś, czego nie miały inne: obszerny dom w rosyjskim stylu, z dużemi szklanemi oknami, zaopatrzonemi w okienice matowane na żółto i zielono, ze spiczastym dachem i skrzypiącą na nim żelazną chorągiewką. W domu tym nikt jednak nie mieszkał. Otwierał się tylko na przyjęcie niezwykłych gości: archireja, gubernatora lub innego urzędnika wyższej hierarchii; a życie zwykłe, codzienne kupiło się wyłącznie w nizkich, niepozornych jurtach, nawozem obmazanych.
Dzień był pochmurny i wietrzny. W oknach domostw, pokrytych taflami lodu, błyskało światło; kłęby dymu snuły się z kominów. Wiatr porywał garście iskier i rzucał je na ludzi, kręcących się po podwórzu, na konie osiodłane i ze spuszczonymi łbami drzemiące u słupów. Kiedy we wrotach ukazał się Aleksander z Jakóbem i dziesiętnikiem, ludzie poruszyli się żywiej. Ten i ów podbiegł odebrać konia, pomódz przyjezdnym zrzucić niezgrabne podróżne burki — „dochy“. Lecz w ich spojrzeniach, w tonie odpowiedzi, w całem zachowaniu się przebijało coś, co uderzyło i zaniepokoiło Aleksandra i jego towarzysza.
Zasiedatiel, który parę dni temu przyjechał wznowić śledztwo w sprawie zgorzałych Tatarów, wezwał ich tu urzędowym papierem.
Aleksander wszedł do izby. Była przepełniona ludźmi. Gdy go ujrzeli, rozstąpili się, dając im przejście.
— Witajcie, panowie — przyjął ich grzecznie urzędnik, wyciągając rękę.
— Wybaczcie kłopot... Jest mała sprawa... Bądźcie łaskawi poczekać. Zaraz skończymy.
Wskazał ruchem głowy na Jakuta, którego badał i na pisarza, zapisującego odpowiedzi, staruszka z sowią głową, przyprószoną siwizną, w błękitnych, okrągłych okularach na haczykowatym nosie.
Zasiedatiel tęgi, rosły mężczyzna, miał twarz czerwoną, piegowatą, wąsy rude, krótko podstrzyżone i faworyty. Z pod rozpiętego, ciemnego munduru wyglądała koszula perkalowa, w różowe kwiatki. Od niechcenia bębnił palcami po stole i wstawiał uwagi i poprawki w ruskie tłómaczenie spisywanego protokołu.
— Jakże się miewacie, panowie! Jakże wam czas upływa? Wy, Aleksander Iwanowicz, — zwrócił się do Aleksandra — wytrwale bombardujecie wciąż Zarząd okręgowy prośbami. Ej, zły wybraliście czas! Słyszałeś pan, co oni znów tu narobili?... Szelmy, Azyaci... nie chcą nas... i tyle! — roześmiał się.
Aleksander zrozumiał ironię w tonie urzędnika Sybiraka, ale milczał.
— Cóż Fieodorycz, skończyłeś?... — Kończże nareszcie!...
— Skończyłem — kiwnął głową pisarz.
Zapisane papiery położył na bok, wziął czysty arkusz, poprawił pióro i utkwił nieruchome oczy w Aleksandra.
— Pozwól, Aleksandrze Iwanowiczu, że zaczniemy od ciebie. Twoja sprawa ważniejsza. Sprawa Jakóba Stefanowicza nie warta plunąć. A pana spytać muszę w kwestyi tatarskiej.
— W kwestyi tatarskiej!... Jakiż ja mam z nią związek?
— O bardzo mały, ale zawsze... Natychmiast... zaczniemy po porządku, według punktów... Imię pana i jego ojca?
Aleksander pomyślał chwilkę, poczem zażądał blankietu i własnoręcznie począł wypełniać rubryki.
— Zna pan zesłańca Pałkina?
— Pałkina? Nazwisko gdzieś słyszałem, ale gdzie nie pamiętam.
— Wprowadzić — dał znak głową Jakutom.
Po chwili, brzęcząc łańcuchami i szeroko rozstawiając zakute nogi, wszedł do jurty chłop wysoki, barczysty w nowym aresztanckim kożuchu. Na rękach miał kajdany i dwóch Jakutów przytrzymywało go za łokcie. Podszedł do stołu i spojrzał posępnie na Aleksandra, w którego pamięci coś niejasno zamajaczyło. Zdało mu się, że naprawdę gdzieś widział tę konopiastą brodę, krzywe, wązkie usta i zielone biegające oczy. Ale gdzie?... nie mógł sobie przypomnieć. Starał się, we wspomnieniach grzebał, a zielonawe oczy patrzały nań wyczekująco.
— O co go obwiniacie?
— Zaczekaj pan... po porządku, według punktów. Widział go pan kiedy, czy nie?
— Zdaje się... Nie... nie wiem.
Wąs więźnia ruszył się i drgnął.
— Więc pan nie widział... A on powiada, że tego miesiąca... dnia...
— Szóstego — pośpiesznie odpowiedział pisarz.
— Tak, szóstego... był u pana i, że pan nie przyjął go na noc, wskutek czego musiał iść w zamieć 70 wiorst, nim dotarł do innych mieszkańców.
Teraz Aleksander odrazu sobie przypomniał zamieć, płaty padającego śniegu, wycie wiatru i na szarem tle tę szarą postać przemarzłą, szronem okrytą, broniącą się ogromną pałką od wściekłej napaści Ajaksa.
— Nie mogłem go puścić... Ciasno... Nas troje: ja, towarzysz i dziecko... Nie mam zwyczaju puszczać nikogo!!! — począł się usprawiedliwiać. — Ale na co odchodził tak daleko?... Wszak wiedział, że o pół mili, nawet bliżej, mieszkają bogaci Jakuci, gdzie i ludzi dużo i domy obszerne...
— W tem właśnie sztuka! Ale posłuchaj pan, co on powie. Cóż powiesz, Pałkin?
— Zimno... — ponuro szepnął badany.
— Zimno?... Siedmdziesiąt wiorst nie zimno, a pięć zimno? — roześmiał się Aleksander...
Zbój obrzucił go spojrzeniem i z nogi na nogę przestąpił.
— Było zimno — powtórzył z uporem. — Mówiłem już, wasza szlachetność, w mieście... — zwrócił się do urzędnika.
— Powtórz!
Zbój milczał.
— Ot, bestya!... Wciąż tak! A czego narobił! czego hultaj narobił!... Od pana na Chatyrbę się powlókł; gospodarzowi kiszki nożem wypruł, żonę pohańbił, piersi jej wyciął, dziecko w ogień wrzucił... Ot jakie bydlę!... A jeszcze komedye — z wzrastającem rozdrażnieniem opowiadał zasiedatiel. — Nim zabił, ofiarom do ziemi się kłaniał: „Wybaczcie, powiada, że niewinnie giniecie!“ A teraz wykręca się: od zimna, od drżenia wnętrzności zabiłem!... Skargę podawał na mnie do gubernatora, że bronię i ukrywam Jakutów, że ci grozili niby wyciąć wszystkich zesłańców w tej miejscowości; że on uciekł ze strachu; że Tatarzy nie spłonęli, a spalono ich... Czego tylko im naplótł... Rozumie się, głupstwo, nic nie zrobi...
Aleksander z przerażeniem wpatrywał się w twarz mordercy. Wydawał się obojętny: tylko ostatnie wyrazy urzędnika rozpaliły jakieś błyski w zielonawych źrenicach.
— Wyprowadzić go!...
Zadzwoniły kajdany i, popychany przez Jakutów, więzień wyszedł.
— Kanalia!... Oto jakie nasze życie! Nic nie wiesz, myślisz, żeś wszystko skończył i załatwił... Otóż nie!... Wyskoczy z pewnością jakiś figiel... Ile już razy w tym roku byłem tutaj z powodu tych kanalii!... A czyż my ich tu wysyłamy? I myśmy ludzie! Całą pensyę w drodze wydaję... Wielkanoc spędziłem poza domem, bez żony, bez dzieci... I poco?... Umarli, zniknęli... co komu z tego, że dowie się: jak i co?... Czy zmartwychwstaną? Prawda, znaleźli rzeczy; Pałkin wskazał ludzi... Dobrze, zgoda!... — zaczął zupełnie już cicho. — Czyż trudno splątać dzikiego Jakuta?... Sami się plączą... Rozpędzić i zrujnować gminę całą? A któż będzie płacił podatki?... I poco? jaki zysk?... Cóż, Aleksandrze Iwanowiczu, podpisuj pan! — zakończył, podsuwane Aleksandrowi protokół: „Jana Pałkina widziałem, ale z powodu ciasnoty miejsca noclegu odmówiłem“. — Imię i nazwisko... Hej, obiad dawać!... Panowie, spodziewam się, zjecie zemną obiad.
— Czy nie możnaby czasem, Inocenty Wasiliewiczu, i mojej sprawy dziś załatwić?... o ziemię — rzekł Aleksander, siadając do stołu.
Zasiedatiel nalał mu kieliszek wódki.
— Moja rada, rzuć pan to! Wiem, że położenie wasze trudne, nawet do pewnego stopnia ciężkie, ale... krajowcy bardzo rozdrażnieni!... Nie radzę... Obiecują w zamian, że powiększą zapomogę... Wszyscy będą zadowoleni... Powody skarg zostaną usunięte — powiększą panu datek.
Twarz Aleksandra, pochylona nad talerzem, oblała się rumieńcem.
— Nie o to chodzi. Przeciwnie: ja chcę wyrzec się zupełnie jakuckiej zapomogi. Żądam stanowczo ziemi. Pisano mi z miasta, że pan masz na to odpowiednie rozporządzenie naczelnika okręgu.
— Tak! Więc zatem, urzędownie, — rzekł oschle. — Dobrze! Kniaź! gdzie kniaź? — zawołał po jakucku.
Kniaź, który wraz z Jakutami obiadował przy drugim stole, zerwał się i wytarł usta.
— Słucham.
Stanął i uprzedzająco pochylił przed urzędnikiem swą okrągłą, krótko ostrzyżoną głowę.
— Co pan każe?
— Cóż ziemia dla... tego pana?
— Podaliśmy do gubernatora — wymijająco odpowiedział Jakut.
— Słyszałem — przerwał Aleksander. — Ale to nie należy do rzeczy... Dajcie przedewszystkiem, co mi się należy, a później skarżcie się...
— Przywiózł córkę i trzyma towarzysza, który nie zapisany w naszej gminie.
— Co do córki... to głupstwa gadacie, ale co do Jakóba Stefanowicza przyszło istotnie rozporządzenie.
Kazał pisarzowi wyszukać rzeczony dokument i wręczył go Jakóbowi. Ten czytał długo, a ręka mu drżała. Rozkazywano wrócić natychmiast na wyznaczone miejsce pod groźbą hańbiącej kary.
Zasiedatiel unikał ich wzroku; książę uśmiechał się szyderczo.
— Widzicie panowie — odezwał się zasiedatiel — jak to wszystko skomplikowane... właśnie skomplikowane — powtórzył z zadowoleniem. — Wy głosicie zasady, mówicie, że ludzie są równi, więc... ot... Rozumie się, rozporządzenia nie wypełnię... Gdybyśmy prawo ściśle spełniali... aj! aj!... Ale kto za to odpowie, gdy spytają?... Cicho, spokojnie ja wiele mogę... Inaczej nie mogę nic... Im spokojniej, tem dla mnie lepiej... A skandale — wybaczyć proszę! Umywam ręce!...
— W takim razie muszą być skandale. Dziwna rzecz, odmawiasz nam pan tego, co się nam z prawa należy, a chcesz dać ulgi na osobistą odpowiedzialność.
— A dlatego, widzi pan, że prawa nie dla panów są napisane... — odrzekł urzędnik z dwuznacznym uśmiechem.
— Na co to się gniewać — odezwał się kniaź pojednawczo, siadając na ławie w pobliżu Aleksandra. — Nie kłóciliśmy się Bogu dzięki, dotychczas, nie będziemy kłócić się i dalej. Myślę, że gmina zgodzi się na pańską prośbę, jeśli ona istotnie na prawie oparta, ale na co się śpieszyć?... Na polach śnieg, do siewu daleko... W początkach wiosny będzie zebranie i wówczas rozpatrzymy ostatecznie pańskie pretensye... Czy zgoda? — zapytał, spoglądając na zasiedatiela. Ten potakująco kiwnął głową.
— Tak, tak... poczekaj pan do wiosennego zebrania, a teraz powiększą panu zapomogę... Obejdzie się wszystko bez hałasu, bez... kombinacyi... z honorem!
Aleksander spojrzał na pobladłą twarz Jakóba i gorzko się uśmiechnął.
— Jak długo, Inocenty Wasiliewiczu, ma pan zamiar tu zabawić?
— Bóg to wiedzieć raczy, kiedy sprawy puszczą... Chciałoby się jak najprędzej... za cztery, pięć dni... Nie wiem!
Do jurty wszedł dziesiętnik i szepnął coś księciu do ucha. Obecni poczęli z izby wychodzić. Pozostali tylko urzędnicy, książę, Aleksander i Jakób. Zasiedatiel patrzył na nich wyczekująco i gawędził od niechcenia. Domyślili się i wstali.
Zapadał zmierzch; droga była zła; by nie zbłądzić trzeba się było śpieszyć, choć część jej przebyć przed nocą. Zgłodniały koń niósł ich chyżo. Milczeli cały czas. Gdy stanęli u jurty Żabiego Oka, noc już była czarna, jak sadze. Gdyby nie czerwone światło, migające w okienkach, nie byliby może dostrzegli nizkiej budowli w ciemnościach. Aleksander zajrzał do wnętrza przez okno, odkryte od strony obory. Żabie Oko był biedny i mieszkał wraz z bydłem. Przed dużym ogniem na niziutkim stołeczku siedziała Zosia zadumana, podparłszy główkę rączką. Przyjaciółka jej Maja stała z boku przed wielkim kotłem, napełnionym mlekiem i lekkiemi uderzeniami olbrzymiej warząchwi powstrzymywała kipienie płynu. Za każdym razem starannie oblizywała łyżkę, aby nic nie przepadło. Był to przywilej niemały dla jej wiecznie pustego żołądka, to też miała minę bardzo poważną i wydawała się przejęta swą rolą. Jej mała figurka, zaledwie przykryta łachmanami, gołe, cienkie rączki i smagła, miła twarzyczka z dużymi srebrnymi kolczykami w uszach rysowała się fantastycznie na granicach światła i cieniu. Żabie Oko siedział w głębi; z ciemności wyglądała tylko jego noga obuta w ostronosą „sarę“. Żony Żabiego Oka nie było widać, tylko gdzieś tam w kącie szeleściły wyprawiane przez nią skóry.
— Ojczulek!... tatuś!... — z krzykiem zerwała się Zosia, gdy Aleksander we drzwiach stanął.



IV.

— Cudzoziemcze!... а!... cudzoziemcze!... Wstrzymaj psa i nastaw czajnik!... — wołały ze śmiechem Jakutki, stukając do drzwi. Wewnątrz domu Ajaks szczekał wściekle, a Zosia płakała przestraszona.
Aleksandra nie było, szukał w gaju kawałka drzewa, potrzebnego do pługa. Lecz gdy pisk i krzyki przeszły we wrzask, któremu wtórowało ujadanie rozwścieczonego psa, przerażony przybiegł pędem do domu. Drzwi zastał otwarte; dziewczyny przytulone do ściany na wysokiej przyzbie rękami chroniły odzież od zębów Ajaksa. Z za progu wyglądała zapłakana i rozciekawiona twarzyczka Zosi.
— Co wy tu robicie?
— Trzymaj psa!... psa!... przebrzydły człowieku! Czyż dobrzy ludzie tak gości przyjmują?... Pies o mało nas nie rozszarpał.
— Dlaczegożeście drzwi otworzyły, zbytnice!...
— A pocoś nie przychodził? Czy myślisz, żeśmy takie głupie? Nim otworzyłyśmy, wlazłyśmy na przyzbę. Pies zły, niech Bóg uchowa... U — u — u!.. Na со ci taki zly pies? Czy ty się kogo boisz?... Ja myślałam, że ty się nikogo nie boisz!...
Toj, mówiąc to, rozpięła kaftan, zdjęła z głowy czapkę i przysiadła na krawędzi ławy; towarzyszka jej nie rozbierała się wcale. Blade były od strachu, ale już się śmiały.
Aleksander rozniecił ogień i postawił czajnik.
— Co słychać, Toj?
— Nic nie słychać! Co ma być słychać? Jakób wyjechał; przejeżdżał mimo, widziałam. Co kłopotu robicie, nam, Jakutom, wy, ludzie południa!
— Znowu się co stało?
— Wciąż to samo: kręcą, mącą, zabierają ludzi... Co płaczu! oczy kobietom popuchły! Wszystkich ogadał osiedleniec. Syna starego Nochczogoja zupełnie zabrał zasiedatiel... Rzeczy u niego znaleziono. Zasiedatiel gniewa się, bardzo wódkę pije... Źle!
— Kiedy odjeżdża?
— Nie wiem. Piękną masz córkę, Liksandra. Czy podobna do matki? Prawda, włosy złote, a oczy, jak niebo... Nie bój się, dziewczynko, chodź do mnie! Myśmy z twym ojcem przyjaciele, choć on pan, a ja czarna Jakutka...
Dziewczyna z czułością pochyliła się nad dzieckiem: twarzyczka przysunęła się do niej.
— Ciało mięciuchne, odzież cieniutka... Piękni ludzie z południa!...
— Zamiast głupstwa gadać — odezwał się Aleksander — wzięłabyś, Toj, igłę i zaszyła dziury w odzieży dziecka, a towarzyszka twoja niechby tymczasem upiekła podpłomyk. Napijemy się herbaty. Oto są nici i mąka.
Dziewczęta zrzuciły kaftany.
— Wszystko macie ładne wy, południowi... — gwarzyła Toj, rozbierając gałganki — a tylko nigdy z wami nie wiesz, co będzie... Oto Pałkin, czyż nie żył tyle lat, jak przystało?... I nagle... Kochania też godni jesteście, choć brody nosicie... gdyby nie to, że nie wiadomo, co w was siedzi...
Jej przyjaciółka gniotła ciasto i zanosiła się od śmiechu.
— Doprawdy, pokochałabym cię chętnie, Liksandra, gdybyś nie był cudzoziemiec... Bardzo bym cię kochała!...
— Kto cię o to prosi, Toj?
— Niby to krwi nie masz zupełnie! — roześmiała się dziewczyna. — Prawda, nie słychać, żebyś za kobietami przepadał; i właśnie za to cię lubię.
— Opowiedz lepiej, jak sprawa Tatarów stoi? Kiedy przyjeżdża zasiedatiel? Czy radził co o ziemi dla mnie na zebraniu? Ojciec twój, słyszałem, był tam...
— Dużo się od niego dowiesz! pod nosem mruczy. Mój ojciec zupełnie dziki człowiek, nigdy nic nie mówi. Słyszałam, że ta sprawa więcej już kosztuje gminę, niż całoroczne utrzymanie Tatarów... Byli Tatarzy, brali Tatarzy, niema Tatarów, też biorą... A Jakutom tyle szczęścia, co uśmiechnąć się...
— Kiedyż zasiedatiel ruszy? pozostanie do jutra?
— Nie wiem. O sobie tylko wciąż myślisz, Liksandra... — z wyrzutem odrzekła dziewczyna.
Aleksander odwrócił się. Toj nagle spoważniała. Milczała i szyła pilnie. Duże warkocze, srebrem uwieszone, zsunęły się jej z ramion na piersi. Towarzyszka jej siedziała obok i zdziwionemi oczyma spoglądała na nią i na Aleksandra. Zosia lepiła figurki z resztek ciasta.
Po herbacie dziewczęta natychmiast odeszły.
Mimo wstrętu, jakiego doznawał, musiał Aleksander znów jechać w swej sprawie do zasiedatiela. Władze w tym głuchym zakątku zjawiały się bardzo rzadko, w razie tylko jakiegoś niezwykłego wypadku. On zaś nie wierzył w obietnice Jakutów; był przekonany, że ustąpią tylko przed siłą.
— Świństwo!... ale nie mam innego wyjścia! Z czasem odwdzięczę się im! Będę dobrym sąsiadem, pożytecznym doradcą... Będę ich uczył i pracował, a teraz... precz sentymenty!...
Nie tracąc czasu, zaprzągł konia i pojechał.
Znalazł zasiedatiela, jak za pierwszym razem w tłumie Jakutów, za stołem.
— A! witaj pan! — przyjął go chłodno.
Twarz miał obrzękłą, zmęczoną, oczy przymglone.
— Dobrze, że pan przyjechał; chciałem już posyłać po niego. Co sobie myśli pański towarzysz? Dlaczego nie wyjeżdża? Znów gubernator przysłał mi naganę... Nie wiesz, gdzie się od was podziać, od wszystkich! Jakuci plączą, męczą, ładu niema; wy drwicie sobie z rozkazów!... Kiedyż się to skończy?...
— Już wyjechał — chmurno odpowiedział Aleksander. — Przykre rzeczy zawsze się pilniej wykonywa.
— Wymówki? co?... — rzucił urzędnik i tyłem odwrócił się do Aleksandra. — Przyprowadziliście? — groźnie krzyknął na jakuckich sołtysów i kniaziów.
— Przyprowadziliśmy, panie! — odpowiedzieli, kłaniając się nizko.
Młody ubogo odziany Jakut wystąpił z szeregu.
— Zgadzasz się świadczyć przed sądem?
— T-a-k! Nie! — odrzekł wstrząsając głową.
— Więc nie widziałeś! A cóż plotki roznosisz?... Głowy zawracasz... ludzi mieszasz... Durnie! durnie!... Przyznałby się który i basta... kręcą!... mącą!... Wszystkich zabrać każę!... лvszyscyście wiedzieli!...
— Nie, nie wiedzieliśmy, panie nasz, nic nie wiedzieliśmy — płaczliwie zapewniała starszyzna gminy, bijąc pokłony.
— Nie, nie wiedzieliśmy! — powtarzał z nimi chór Jakutów.
— Końskie mordy! A bierzecie się do spraw!... Wziąć i tego!... — krzyknął gniewnie. — Sprawę oddam innemu... odmówię... Dość... przepadajcie głupcy! Ja nie myślę zdrowia z wami tracić!...
— Zlituj się nad nami!... pożałuj, ojcze nasz i panie!
— Panie, ja wszystko opowiem... co i jak... całą prawdę!... od samego początku... — wyrzekł niespodzianie jeden z obwinionych, wysoki chłopak z gorączkowo błyszczącemi oczami i energicznym wyrazem twarzy.
Wszyscy z przerażeniem zwrócili się ku niemu; urzędnik pobladł i zerknął na Aleksandra. W jurcie zrobiło się tak cicho, że słychać było szczękanie zębów trzęsących się od wzruszenia ludzi. Pisarz nadstawił uszów i papier bliżej przysunął. Chłopak smutnem spojrzeniem powiódł po obecnych i zaczął dobitnie:
— Sześć lat temu, gdy przywieźli Tatarów, byłem jeszcze małym chłopcem. Tatarzy mieszkali w domu, należącym do gminy. Dobrze mieszkali... jedli... pili — wesoło mieszkali. Zdarzało się, że i mnie częstowali. Gmina dawała im mięso, masło, mąkę. Wiele dawała, nie wiem, o tem wiedzą panowie starsi... ja tylko wiem, że mieszkali wesoło. Później gmina dała im grunta, wybudowała dom niedaleko od mojej sadyby... Zboże siali, ziemię uprawiali, pięknie mieszkali. Najprzedniejsi byli ludzie, dobrzy, bogaci ludzie!... Mego gruntu kawałek przyswoili sobie... Około ziemi chodzili starannie, mieli urodzaje... Za jeziorem też siali. Grunt tam przedziwny... urodzajny... — nowa glina...
— Do sprawy nie należy... Śpiesz się
— Więc... mieszkali dobrze!... Niczego nie było im dosyć, wciąż żądali, wciąż więcej prosili. Gmina szanowała ich. Bardzo nasza gmina poważała Tatarów. Dawała, co chcieli. Dużo ludzi do nich chodziło: chodzili Rosyanie, chodzili Czerkiesi, chodzili Cyganie... wszystkie ludy chodziły. Kradli konie, kradli krowy... rznęli i jedli. Ilekroć b}do wejść do nich, na ogniu kipiał kociół pełen mięsa. Czasami i gościowi dali kawałek... Żyli, jak się należy, co taić! Syn ich Abdułka pierwszy był w okolicy zuch!... W karty grali, wódkę pili... wesoło żyli...
Tu przerwał sobie, westchnął, spojrzał na zasiedatiela, potem w otwarte okno, na zalaną słońcem okolicę i nagle chytry, zuchwały uśmiech przemknął po jego ustach.
— Co dalej?
— Grali, wódkę pili, ludzi chodziło dużo, i... spalili się — zakończył obojętnie.
Słuchający odetchnęli.
— Ty piłeś? grałeś?
— Zdarzało się. Dlaczego pić nie miałem? A tylko nie Jakuci ich zabili... Czyżby mogli dać radę takim siłaczom!... Zabili ich Rosyanie, ci co wciąż u nich bywali. Zabili ich ludzie zręczni, orężni i śmiałego serca... naprzykład wojenni — żołnierze. Czyż z Jakutów bywają żołnierze? Cesarz znajduje, że Jakuci nie warci być żołnierzami, że nie są bitni... Bywałem u nich, prawda, wódkę piłem, ale jam słaby człowiek i nie wiem, jak broń nabijać... Wówczas, gdy się oni spalili, kosiłem na łąkach siano. Wszyscy mię widzieli. Widział mię i syn Nioliora... W przyjaźni żyłem z Tatarami... Któż zechce zabijać przyjaciół? My przyjaciół bardzo szanujemy, a Rosyan przyjaciół jeszcze więcej... Więc powiem ci, panie nasz, jak doprawdy było; posłuchaj; Rosyanie zabili Rosyan, a później s... spalili się!
— Cóż ty, kpisz sobie!? Miele, miele i wciąż to samo! Wyprowadzić go i przygotować sanie!
Obwinionych wyprowadzili, a za nimi i obecni tłumnie wylegli z izby.
— Jedziemy! — zawołał urzędnik. — Ach, ziemia dla pana!... — zwrócił się do Aleksandra. — Zapomniałem. Wyślę rozporządzenie z miasta. A teraz, do widzenia!...
— Wątpię, czy rozporządzenie poskutkuje. Było ich trzy...
Zasiedatiel cmoknął ustami.
— Jak pan nie rozumie!... Nie mogę obecnie... W żadnym razie nie mogę... Postaraj się sam... Ugódź... Najlepiej siedziałbyś pan cicho i brał, co dają: Jakuci dodadzą, niech pan zażąda, to ja dopomogę...
— Tego nie zrobię, Inocenty Wasiliewiczu... To darmo!... — z niechęcią przerwał mu Aleksander.
— A więc, jak pan chce. Namyśl się pan. Cóż tam nowego? — zwrócił się do Jakutów, którzy znów zapełnili jurtę.
W pierwszym szeregu stanęli kniaziowie i sołtysi z medalami na szyjach, z darowanymi za służbę kordelasami u boku, siwowłosi starcy, porządnie odziani bogacze. Za nimi cisnął się szary tłum. Ze środka wystąpił żebrak zgarbiony, na kiju oparty; ziemię koszturem obmacał, odchrząknął i opuścił się na kolana.
Urzędnik zdziwiony wstał.
— Co to za komedya?
— Panie nasz — zaczął starzec, wyciągając ręce... — Jam winien, ja zabiłem Rosyan. Dotychczas przebiegle chowałem się... ze strachu. Teraz wyznaję mój wielki grzech. Zabiłem ich ponieważ krzywdzili nas... mnie krzywdzili! Więcej niż niedźwiedzie i wilki niszczyli oni nasze stada. Ubyło naszego dobytku, skamieniały z gniewu serca nasze. Jurta ich, niby rana gnojąca, wyrosła w naszej okolicy. Kobiety nasze w dzień nawet lękały się mimo niej przechodzić; młodzież nauczyła się pić, grać, polubiła rabunek, a zniechęciła się do pracy. Sił nie stało znosić dłużej!... Wciąż coś ginęło... Rabowali nas... Skarżyliśmy się... Sam wiesz, nieraz prowadziłeś śledztwo... Zawsze wykręcili się, a potem gorzej jeszcze srożyli... Dlatego zabiliśmy ich... ja sam ich zabiłem... Weź mnie, a wypuść niewinnych!... Osądź mię surowo według surowych praw waszych!
— Oszalałeś głupi!... stary i ślepy!... Ledwie chodzisz, a powiadasz, żeś sam zabił trzech dorosłych mężczyzn i dwie kobiety... Pałkin nie ciebie wskazał...
— Pałkin kłamie! On pomagał mi właśnie. Najpierw zabiliśmy jednego, a potem rozważyli, że za wszystkich ta sama kara.
— Wstań starcze!... dość komedyi! Gdzie mieszkasz?
— W okolicy. Włóczę się od jurty do jurty. Uwolnij dzieci nasze, weź mię, sądź!... zabiłem!... — mruczał żebrak. — Dla mnie wszędzie koniec jednaki... wszędzie dzień śmierci przyjdzie! Uwolnij dzieci nasze!
— Weź go, o panie! — prosili Jakuci. — Ulituj się!... Czyż ci nie jedno, kogo przedstawisz w gubernii... Wziąłeś młodych, wziąłeś dzielnych... Ile kobiet i dzieci płakać po nich będzie i głodem przymierać!
— Wszyscy jęczeć będziemy!... Kto podatki zapłaci? Weź starego... Dobry stary... Zda się jeszcze... przyjmą go w gubernii. Co go przyjąć nie mają... Mocny jeszcze człowiek!...
— Weź, a wypuść dzieci nasze... — powtarzał żebrak.
— Dosyć!... Kniaź, co to znaczy?...
— Mówiłem im, że to na nic się nie zda — chmurno odpowiedział kniaź.
Jakuci nie ustępowali.
— Urządź nowe badanie... wypytaj... zobaczysz, jak gładko opowiemy ci...
Urzędnik strasznie się rozgniewał, tupnął nogą i krzyknął podniesionym głosem:
— Wynoście się natychmiast!... Precz!... Kniaź — sanki! Jurtę oczyścić!...
Wpół godziny potem brzęcząc leciała drogą kibitka zasiedatiela. Po podwórzu snuli się zbrojni ludzie i sadowili na sanie aresztowanych.
Tłum stał milczący i nieruchomy i tylko słychać było płacz kobiet.
— Nie pójdę!... Dokąd mam iść?... Stąd rodem jestem!... — nagle zakrzyczał syn Niobora i objął rękami poblizki słup. Dziesiętnicy rzucili się na niego. Klęli z cicha, szamocąc się z nim. Chłopak długo ryczał i zgrzytał zębami, nim rozwarł zmordowane ramiona. Powalili go na wznak i przywiązali do sanek. Leżał bez ruchu, z posiniałą twarzą i zamkniętemi oczami, odzież na piersiach miał podartą, a głowa obnażona i nie podparta uderzała o krawędź sani za każdym ich ruchem.
— Zmarznie!... okaleczycie człowieka!... Nakryjcie go!... — krzyczał Aleksander za odjeżdżającymi. Konwojujący Jakuci konno ze strzelbami na plecach mijali go gęsiego, nie zwracając uwagi na jego wołania.
Aleksander ruszył do domu. Wrony, przeziębły i podniecony ogólnym ruchem, poniósł go, jak burza, przelatując mimo smutnego orszaku. Więźniowie kiwali głowami. Wkrótce zostawił ich daleko za sobą. Na przodzie słychać jeszcze było dzwonek zasiedatiela, ale cichy i coraz bardziej niknący.



V.

Łagodny, południowy wietrzyk z trudnością przenikał lasy, okalające dolinę. Jak rój elfów, bez szmeru przelatywały nad tajgą jego podmuchy, dając znać o sobie lekkiem kołysaniem bardziej wysmukłych wierzchołków; wypadłszy na łąki, na wolne przestworza, skupiały się jak wybuchy swawolnego śmiechu, dęły, szemrały, igrały z chorowodem jesiennych liści, trzęsły żółtemi kitami zaschłych traw, marszczyły kryształową powierzchnię na wodę stopniałych śniegów i — wpadały w przeciwległe lasy, gdzie znowu milkły. Pod ich pieszczotliwem, ciepłem tchnieniem szybko znikały zimowe pokrowce, mierzchła ich białość, ustępując wszędzie połyskom żywej wody. W głębokich wąwozach szumiały potoki, liczne wodospady zlewały się po tarasach lodowych: przez poлvietrze przesycone wilgocią i ciepłem, łagodnie świeciło słońce; jego promienie nawskroś przenikały nieocienione liściem lasy, sięgały do samej ziemi nieprzykrytej jeszcze zielenią. Tylko w parowie Ałdanu panowała jeszcze zima biała i nieruchoma.
Czasami na pogodne niebo wiatry południowe wytaczały chmury białe i ciężkie. Jak śnieżne lawiny niosły się one nad doliną. Wiało od nich chłodem i śnieżną zamiecią. Ptaki wówczas milkły, bladły zwierciadła wód... na krótko, gdyż groźna chmura miała tchnienie wilgotne, a cień ciepły.
Aleksander z bronią na plecach i długą tyczką w ręku stał nad Ałdanem na brzegu przepaści i patrzał w dół. Musiał przedostać się na przeciwległy brzeg, gdyż doszło go, że Jakuci zebrali się na wiec wiosenny w gromadzkim domu. Ziemi dotychczas ma się rozumieć nie wyznaczyli mu i nie łudził się też nadzieją, że ją dostanie łatwo. Termin dla gminnej pomocy także się kończył, chciał więc pomówić z nimi i dowiedzieć się, co postanowili.
Patrzył na białą wstęgę rzeki, na czarne i żółte plamy tu i ówdzie obnażonych piasków i rozmyślał w jakim udać się kierunku, by nie załamać się na lodzie. Wiedział, że zwykła droga zerwana, że wartki prąd w wielu miejscach porobił szczeliny i wymył szerokie oparzeliska, więc usiłował przypomnieć sobie, gdzie były spokojne smugi, na których lód zbija się w tafle grube i trwa długo. Stuknął wreszcie kijem i spuścił się po ścianie, czepiając się nierówności urwiska. Przeskoczywszy wązką szczelinę bystro płynącej wody, poszedł po ślizkim lodzie, sunąc jak wprawny łyżwiarz i pomagając sobie kijem. Słoneczna powódź żarem spiekoty spadla mu na głowę i piersi, gdy u dołu od lodów powiało chłodem. Fale ogrzanego powietrza drgały i mieniły się w oddali, niby rój skrzydlatych jątek. Najmniejszy punkcik, najcieńsza gałązka rysowały się niezwykle wyraźnie na tem tle oślepiającej białości. Aleksander widział stada dzikich gęsi wypoczywające na piaskach, ale miejscowość była zbyt otwarta dla polowania; wpadł niespodzianie na parę łabędzi, lecz spostrzegł je wówczas dopiero, gdy królewskie ptaki zerwały się do lotu.
— Ptaki białe, śnieg biały i przeklęte słońce prosto w oczy!... Poprawił czapkę i patrzył za odlatującymi z żalem.
Nad przeręblami unosiły się stada wron i czajek; na jego widok wszczynał się między niemi straszny wrzask i hałas; wiankiem wzlatywały nad jego głową, kwiląc i kracząc długo. Na odnogach, zazwyczaj obfitujących w wartkie prądy, musiał szukać przesmyków, nierozmiękłego jeszcze lodu. Szczególniej niebezpieczne były płytkie zapadliny, pełne wody, które możnaby było w bród przechodzić, gdyby nie dno nadzwyczaj pochyłe i ślizkie ze szczeliną pośrodku, w którą dawszy nurka, mogło się więcej na powierzchnię nie wrócić. Przez wązkie szczeliny z urwistą krawędzią przeskakiwał z łatwością; wyrobił sobie w tem pewną wprawę, corocznie polując na gęsi. Szedł szybko, nie odpoczywał, a że droga była długa, zmęczył się i z rozkoszą odetchnął, gdy wydostał się na główne koryto. Lód tu był jeszcze bardzo gruby, a choć obnażony ze śniegu, miał twardość i spoistość marmuru. Do przeciwnego brzegu pozostało już tylko dwie wiorsty. Przebiegł je szybko.
Spragniony, trochę znużony, wszedł do pierwszej jurty. Sadyba należała do Meilacha, jednego z sołtysów, przezwanego „Głowaczem“.
— Co słychać, Katarzyno Awksentjewno? Jak zdrowie? — spytał, zatrzymując się w progu. Zdjął broń i otarł pot z czoła.
— Jak się masz, Liksandra Iwanowicz — odpowiedział mu po rosyjsku głos kobiecy z głębi jurty. — Opowiadaj co słychać! Dokąd śpieszysz?... Wstąp... bądź gościem!...
— Sołtys w domu?
— Niema. Poszedł na wiec. W całej dolinie niema chłopów w domu, wszyscy poszli. Zostałyśmy same kobiety, zupełnie wolne — roześmiała się, rzuciła robotę i podeszła do gościa. Ubrana była, jak wszystkie zamożne Jakutki, w długą, jasną perkalową koszulę i kaftan czarny, kamlotowy z bufiastymi rękawami i do figury. Długie, srebrne kolczyki zwieszały się z obu stron smagłej twarzy, a na piersiach brzęczał duży, srebrny krzyż na taśmie srebrnej, ażurowej. Jedwabna, malinowa chusteczka ledwie przykrywała włosy czarne i starannie uczesane. Uważano ją za piękność i istotnie w półświetle jurty wydawała się prawie ładną. Mieszkała jakiś czas w mieście, znała rosyjskie obyczaje i język i dowodziła z dumą, że ma w sobie krew rosyjską.
— Daj kumysu... Wiek wdzięczny będę... Umieram z pragnienia!...
— Może nastawić samowar? Może chcesz herbaty?
— Nie, śpieszę się! Nie boisz się, żeby cię mąż wybił za to, że w jego nieobecności mężczyzn herbatą przyjmujesz?
— Biją mężowie i bez żadnych powodów. Albo oni co wiedzą!... — roześmiała się gospodyni i odeszła w głąb jurty. Aleksander zamyślił się.
— Pij, cudzoziemcze, i niech ci Bóg da zdrowie i siły! — wyrzekła Jakutka, podając mu drewniany rzeźbiony puhar, pełen białego napoju. Kawałki żółtego masła — dowód łaski — pływały po wierzchu. Kobieta nizko pochyliła się, prawie na kolana przed nim przypadła i śmiało zajrzała mu w oczy.
— Tyś piękny! — szepnęła. — Mąż nie prędko wróci!
Aleksander wstał.
— Dawno odszedł?
— Dawno. Zebranie będzie duże. Naco ci ziemia? Weź pieniądze, jeśli nie lubisz brać pokarmu. Pieniądze dadzą ci zawsze, tylko zażądaj... I spokojnie i prędko... To i jutro zdążysz... Jutro nie rozejdą się jeszcze.
— Czy tak twój mąż radzi?
— Nie, nie... to ja radzę. On nic nie radzi. On zawsze, jak wszyscy... — uśmiechnęła się i poprawiła chustkę na głowie.
Aleksander wypił kumys i począł szukać w portmonetce drobnej monety.
— Nie rób sobie kłopotu!... — Wolałabym, żebyś został... — pogardliwie ściągnęła usta, lecz pieniądze przyjęła.
Na podwórzu gromadzkiego domu widać było trochę koni i ludzi. W izbie siedziało kilku „tojonów“ (panów) i jedli mięso, krając je na kawałki na stole. Meilach znajdował się w ich liczbie. Aleksander przywitał ich według zwyczaju podaniem ręki i siadł na pierwszem miejscu.
— Witaj, witaj! Rozpowiadaj! Cóż, droga dobra? Którędyś przeszedł? Czy przechodziłeś koło mojej chałupy? — pytał Meilach. — Byłeś u mnie... Żonę widziałeś? Herbatą częstowała cię? — dokończył po rosyjsku i wpił się w niego oczami.
Aleksander zrozumiał jego badawcze spojrzenie i poczuł, że się rumieni.
— Byłem. Piłem kumys.
— Czy z masłem? — szyderczo zapytał Jakut.
— Nie wiesz, czy będzie dziś zebranie?
— Już było. Poszli na obiad... Znów będzie... Dlaczego niema być? Spraw wiele. Ale kiedy będzie, niewiadomo...
Podali Aleksandrowi mięso na talerzu. Jakuci rozmawiali w dalszym ciągu, ale widocznie krępowali się jego obecnością i wciąż spoglądali na niego.
Po obiedzie wstali i wyszli; w jurcie pozostał tylko Meilach.
— O grunta, wciąż o grunta! — zaczął przyjaźnie. — Wziąłbyś sam i koniec!... Kto odbierać będzie?... Nie ja, nie my zarzeczni Jakuci... Mieszkaj sobie, gdzie mieszkasz... Zasiej i basta... Raz zasiejesz — twoje!... Nikt cię nie ruszy... A teraz tylko chodzisz po próżnicy, drzesz obuwie, do przerębli jeszcze wpadniesz.
— Rozumie się, że jeśli nie dacie, to wezmę...
Jakut spojrzał na niego uważnie.
— Weź, weź... my nie damy!... Nie możemy dać... Weźmiesz gwałtem, co innego... a dać, nie można... Ziemia przecie jak kobieta: wziąłeś ją — twoja, inny przyjdzie i odbierze — też jego. Dla niej wszyscy jednacy, dla wszystkich rodzić gotowa. Chłopi biją się o nią!... Co? może o ziemię nie bywa bójek?... I jak jeszcze!... Goręcej, niż o kobietę się biją!... A czyje koło ciebie grunta?
— Kapitona.
— Widzisz, jak się dobrze składa. Kniaź nie będzie bronił Kapitona, oni się gniewają. A ty czyż ulękniesz się kogo? Ty, powiadają, niedźwiedzia się nie boisz. Czy to prawda? — Zmrużył oczy i przenikliwie wpatrzył się znów w Aleksandra.
— Czego on chce ode mnie? — rozmyślał tenże.
— Myślisz pewnie, że dla siebie się staram, że namawiam na twoją zgubę... — rzekł Meilach. — Owszem, życzę ci dobrze. Wszak wiesz, mam żonę Rosyankę, więc troszczę się o jej ziomków. Dobrze radzę, wierz mi!...
— Złej rady nie usłucham — chłodno odparł Aleksander. — Ale najpierw pomówię jeszcze z gminą.
— Rozmawiaj, pytaj!... Dlaczego nie spytać?... A tylko ziemi nie da ci gmina... Nie może. Ej, chłopcze! — krzyknął na grzejącego się u ognia wyrostka. — Gdzie kniaź? Biegnij po niego! Powiedz, że przyszedł cudzoziemiec po grunta. Biegnij, mówię ci!
— Był u popa, ale pewnie już poszedł.
— Więc idź, poszukaj. Nie będzie go przecie szukał cudzoziemski pan.
Wyrostek podrapał się w ucho i dość niechętnie wyszedł.
Powoli izba zaczęła się zapełniać. Na ławach zasiedli radni. Kniaź jednak nie nadchodził.
— Gdzież kniaź? Czy nie przyjdzie?
— Posyłali po niego, ale pewnie nie znaleźli.
Wszedł Kapiton, wystrojony w czapce bobrowej, w krytej manczestrem bluzie, podpasany srebrnym pasem. Podejrzliwie zerknął na Aleksandra, siedzącego obok Meilacha, ale ten zawołał zaraz wesoło:
— Ej, stary, siadaj! Zachowałem ci miejsce ciepłe, suche i blizko Rosyanina; będziesz kontent!
Usunął się i sąsiadów odepchnął.
— A kniaź?
— Kniaź zginął! Myślę, że z popem wódkę pije... Tydzień temu przywieźli popu baryłeczkę.
Ogólny gwar cichł potrochu; oczekujący rozbijali się na gromadki. Wielu wymykało się niepostrzeżenie. Aleksander myślał o Zosi i wmiarę jak czas uchodził, niecierpliwił się coraz bardziej.
— Sam poszukam kniazia — rzekł energicznie.
— Najlepiej poszukaj sam! Ty go znajdziesz napewno. Wskażcie cudzoziemcowi, gdzie książę... Hej, ludzie!... — podtrzymał go Meilach.
Aleksander wyszedł; w towarzystwie chłopca chodził od jurty do jurty; kniazia naturalnie nie znalazł nigdzie i po upływie dwóch godzin zły i zmęczony wrócił do zarządu gminy.
— Więc zebrania nie będzie? — Nie wiadomo. Czyż można urządzić je bez kniazia? Jutro pewnie.
Słońce miało się ku zachodowi. Aleksander pomyślał i powstał.
— Odchodzisz? — Nie zanocujesz? — z niepokojem zapytał Meilach. — Pozostań, razem pójdziemy.
— Jutro wrócę, a dziś muszę iść.
Zarzucił broń na ramię i puścił się ścieżką w głąb lasu. Żal mu było straconego czasu i gniewało go to, że go oszukają, a że go oszukują, nie wątpił. Wiedział również, że jeśli teraz nie dadzą mu stanowczej odpowiedzi, to będzie musiał czekać do przyszłego roku. Wiec mógł się rozejść jutro, mogło go nie być zupełnie; zbierać zaś umyślnie wszystkich przedstawicieli gminy było niepodobieństwem. Zostanie więc bez sposobu do życia i będzie zmuszony nadzwyczaj przykre, a do niczego nie prowadzące awantury urządzać. Pod wpływem tej myśli zawrócił się już z lasu. Wierzył w powrót kniazia i pragnął upokorzyć Jakutów. Przeczucie nie omyliło go. Schowany za pień drzewa na skraju lasu, widział, jak wracali przedstawiciele rodów i rodowicze. Ukazał się i kniaź w towarzystwie tego samego chłopca, co pomagał jemu w poszukiwaniach. Zdało się nawet Aleksandrowi, że wyszedł z jurty, gdzie nadaremnie pytał o niego niedawno. Zaczekał, aż znikli we drzwiach gromadzkiego domu i szybko poszedł za nimi. Wewnątrz śmiano się głośno.
— Gdzie kniaź? Zawołajcie kniazia! — wołał Meilach, naśladując głos Aleksandra.
— Czego chcesz przeklęty cudzoziemcze? — Niech każe mi oddać Kapitonowe grunta, niech mi da babę, narzędzia i całe gospodarstwo.
— Grunta moje, a babę twoją... Zgoda!... Ona przecie Rosyanka — bronił się Kapiton.
— A to, ot lubisz?
— Niech Meilach da figę cudzoziemcowi! Ja tak radzę.
Drzwi się otworzyły i do izby wszedł Aleksander. Widok jego zrobił na obecnych piorunujące wrażenie. Nikt się nie ruszył.
— Witaj, panie, — pierwszy oprzytomniał Mailach. — Pewnieś czego zapomniał... I dobrze się stało, bo ot, wrócił i kniaź.
Aleksander był wzburzony, ale nie okazywał tego.
— Proszę was — zwrócił się grzecznie do kniazia — przedewszystkiem zająć się moją sprawą. Po to przyszedłem, a śpieszę się, by przejść rzekę jeszcze przed nocą.
— Jaką sprawą?
— O ziemię. Dlaczego kniaź udaje? Cały dzień się chował, a teraz wykręca.
Jakut zaczerwienił się i podniósł głowę.
— Nic złego nie zrobiłem, abym się miał chować. Cudzego nie pragniemy. Niema odpowiedzi od gubernatora, więc sprawy nie możemy załatwić.
— Co za odpowiedź! Wszakże wy prosicie w podaniu do gubernatora, aby stąd wypędzono moją córkę. Ja zostać mam przecie. Z miasta przysłano wam trzy rozkazy; w ich liczbie jest rozkaz od gubernatora, wiem dobrze.
— Na tamte myśmy odpowiedzieli.
— Więc odmawiacie? Przecież kniaź sam mi radził zaczekać na ten wiec!
W głosie Aleksandra drżał stłumiony gniew.
— Cóż ja mogę?... — odpowiedział Jakut. — Rozkazuje gromada. Każą — dam... Ale dokoła ciebie ziemia zajęta. Tam ma grunta Kapiton, a on się nie zgadza...
— Czy się zgadzam, czy się nie zgadzam... moje, czy cudze, nikomu nic do tego. Nie mamy!... Rodowicze moi nie mają zbywających grantów i tyle! — z uniesieniem wykrzyknął Kapiton. — Wszystkie nam potrzebne, wszystkie w tym roku zaorzemy... Jeśli kniaź chce, niech cudzoziemca do siebie sprowadzi, albo niech go przeniesie za rzekę. Czy nie tak ludzie moi?
— Nie mamy ziemi! Co tu gadać! — krzyknęła zgodnie gromadka, wśród której był i Tus, ojciec Toi, a nawet Żabie Oko.
— Za rzekę... Chyba na tatarskie miejsce, — obojętnie wstawił Meilach.
Obecni umilkli.
— Nad czem tu radzić!... Niema ziemi!... — stanowczo powiedział kniaź i powstał.
— Nieprawda! Grunta są; leżą odłogiem dziesiątki lat. Sami nie korzystacie i innym żałujecie. Chcesz, kniaź, ja ci wskażę masę ziemi zdatnej do uprawy.
— Niech sobie będzie! Przyda się dla naszych dzieci.
— Posłuchajcie — rzekł Aleksander łagodnie i serdecznie. — Siadaj kniaź i ja siądę. Posłuchajcie! Przecie znacie mię dawno. Dwa lata mieszkam między wami, a czy zrobiłem co komu złego? Czy usłyszał kto odemnie choć słowo obraźliwe?
— To prawda! — Zgodzili się. — Złegoś nie robił. Zadowoleni z ciebie jesteśmy i prosimy, bądź taki nadal.
— Daliście mi dom, dostarczacie pokarmu... Wszystko to kosztuje.
— Ba! Sam wiesz, że kosztuje.
— Ziemia nic nie kosztuje. Dajcie mi ziemi, ja będę pracował, będę żył... i nic potrzebować od was nie będę.
— Posłuchaj. Zdarzało się, mówili tak inni. Dawaliśmy, a później ani ziemi, ani spokoju... Karmiliśmy do samego końca. Dlaczego wierzyć mamy?!...
— Widzicie, rozbójnikom, łotrom dawaliście.
— Ze strachu dawaliśmy, ale nie należało dawać.
— Dam wam zobowiązanie na piśmie, że kwituję...
— Co papierek pomoże, jeżeli z głodu umierać będziesz! Z głodu człowiek robi się wściekły.
— Posłuchaj, cudzoziemcze — rzekł kniaź równie jak Aleksander pojednawczo. — Ty mówisz — gruntów dużo. Sami nie orzecie, na co wam ziemia? Czy nie tak?... Dobrze. Żądasz niby niewiele — dziesięciu dziesięcin pewnie. Moglibyśmy odciąć i dać. Przypuśćmy, żeśmy dali: wznosisz zabudowania, orzesz, siejesz — ziemię arendujesz... Pięknie! Pola wasze rozległe, wszędzie płoty i ogrodzenia... Nawbijacie kołków, poznosicie ścieżki, skopiecie najlepsze pastwiska na wzgórzach, gdzie rosną słodkie trawy, gdzie tuczą się nasze stada. Bydlęta, wszędzie spotykając płoty, chodzą ogłupiałe i głodne. Jadła muszą szukać daleko od domu i dużo chodzić, mało jeść, więc chudną i mleka dają mniej. My żyjemy z naszych stad, wy żyjecie z roli. Gdzie wy wzrastacie w bogactwo, stamtąd my uciekać musimy. Ty powiadasz, żeś dobry, że szukając sprawiedliwości, przyszedłeś aż tutaj, więc przyznasz: co nam z tego, że wam oddamy, a sami pójdziemy na pustynię?... Przecie to ziemia ojców naszych. Gdy oni przyszli tutaj, nie było nic prócz borów, zwierza i komarów... Oczyścili łąki, wygnali zwierza, a owady wytępili dymem ogni. Na co nam stąd odchodzić? Powiedz, cudzoziemcze, gdybyśmy przyszli do waszego kraju, i jęli bydłem tratować wasze pola, czy bylibyście zadowoleni? Nie jesteśmy obowiązani ustępować z ziemi naszej, tak myślę! Czyż dzieci nasze nie mogłyby nas obwinić i powiedzieć: głupi byli ojcowie, oddali bogactwo, a zostawili nam błoto i goły kamień. Co za korzyść, że na pięknych naszych polach pięknie mieszkać będą cudzoziemcy! I my z czasem orać i siać będziemy i już siać zaczynamy... potrochu, gdyż odrazu nie wyrzucisz stad swoich, a i zboże nie co rok tu rodzi... Wszak i wy trzymacie bydło... Więc poco wyrywacie nam ziemię?...
Aleksander przymknął oczy i milczał.
— Ziemię prawo mi daje; — wyrzekł nakoniec oschle — ono mię tu wysłało.
— Prawo?... Posłuchaj, cudzoziemcze: czyż my je pisali? Wy piszecie, co chcecie... Źle sobie, myślę, nie życzycie!
— Niema zgody! nie damy! — hałasowali obecni.
— Złodziejowi, zbójcy dalibyście.
— Z nim nie mówilibyśmy tak! — odrzekł kniaź.
— Dalibyśmy, co taić, ale... zasiedatielowi. Jakut bez dawania nie mógłby wyżyć. Bardzo to lubi!... zaśmiał się Tus.
— Posłuchaj, Liksandra, my ci pomoc zwiększymy za twoje dobre prowadzenie. Słowo daję, zrobię to — rzekł Kapiton.
— Zapewne, że gmina zgodzi się, gdy ją cudzoziemiec poprosi — wyniośle przerwał mu kniaź. — Wiemy, że teraz, gdy masz córkę, nie starczy ci poprzedniej ilości, więc na lato dodamy pud mięsa i tyleż mleka. Zgoda?... W jesieni znów pogadamy...
— Bierz, cudzoziemcze, toć to niezgorzej!
Aleksander otarł czoło, na które pot wystąpił kroplami.
— Ja nie chcę. Ja chcę ziemi...
— Ziemi niema.
— Grunta raz wzięte, nie wracają do nas.
— Gdzie jeden Rosyanin zamieszka, tam za rok lub dwa cała wieś wyrasta. Znów będą rozboje i kradzieże, nawet gdybyś ty był dobry!
— Wszyscy oni jednacy! Jedne zawsze powtarzają wyrazy... Widzieliśmy ich nie mało. Niema zgody.
— Kto wie, jaki będziesz, gdy ziemię dostaniesz! Dobrych nie wysyłają!... — krzyczeli Jakuci.
— Sam wezmę, jeśli nie dacie!
— Bierz, jeżeli możesz! — uśmiechnął się kniaź. — Ale bez naszej zgody, wiedz o tem.
Aleksander wziął czapkę i skierował się do wyjścia.
— Cudzoziemcze, hej, cudzoziemcze! — krzyknął za nim Kapiton. — Wysłuchaj, proszę, słowo...
— Co?
— Czyje grunta chcesz zająć?
Aleksander odwrócił się i wyszedł.
Słońce skryło się już za dużą szarą chmurę, która oparłszy się o zamykającą widnokrąg linię gór, wypuściła daleko na niebo swoje kosmate, pokręcone odnoża. Na brzydkich jej strzępach zorza natychmiast rozwiesiła wszystkie swe ozdoby; złoto, srebro, tęczowe barwy bogato wyhaftowały jej brzegi, przestrzeliły ją opalowe i ametystowe promienie, a pod nią na bladem niebie, osypanem drobnemi gwiazdami, legło podścielisko z jaskrawej purpury. Mgła i zmrok szybko zatapiały dal.
Aleksander szedł, przyśpieszając kroku. Czuł, że ogarniała go apatya i wstręt do wszystkiego. Daleko pozostawił już za sobą jurtę Meilacha, połyskującą wesoło oświeconemi oknami. Po przez rzadki las bieliła się wstęga rzeki. Ale noc nadchodziła szybko, a on zdołał zaledwie przebyć połowę drogi. Znowu obstąpiły go przeręble, szczeliny, oparzeliska pochyłe, zdradzieckie zapadliny. Śniegi zaledwie bielały, a ciemne plamy wody zlewały się z szarą barwą mroku. Często dostrzegał je wówczas dopiero, gdy długą swą pałką uderzał w próżnię lub w czarne, jak atrament, strumienie. Kilka razy wpadł do wody, lecz szczęśliwie wydobył się na wierzch, zamoczywszy tylko obuwie. W układzie szczelin i przerębli zaszły zmiany w ciągu dnia, które rzuciły go na los trafu. Szedł omackiem i czuł niebezpieczeństwo wzrastające, im dalej zagłębiał się w kręte, a bystre odnogi. Ale dodawał mu odwagi obraz Zosi, pozostawionej w jurcie brudnej, pełnej robactwa i gnoju i przykra konieczność zanocowania u Meilacha w razie powrotu. Szedł bardzo wolno, wysunąwszy daleko kij, nasłuchując i wpatrując się bacznie. Wielkie oparzelisko przy głównej ławicy powinno było już być blizko; wpaść tam nie było niebezpiecznie z powodu płytkiej wody, ale zachodziło pytanie, w jakim stanie znajdował się lód na odmętach i dokoła jam. Wciąż więc stawał i nasłuchiwał, czy nie szemrze gdzie fala, wpatrywał się, czy nie błyśnie woda, kijem stukał, by poznać po dźwięku, gdzie próżnia. I, jeśli zdawało mu się, że wszystko jest, jak być powinno, szedł naprzód.
Nagle, gdzieś za nim, rozległ się trzask i jednocześnie on sam coraz szybciej zaczął się zsuwać po pochyłości, aż upadł. Woda chlustała mu pod nogami. Chwilę leżał bez ruchu, całą siłą przylegając do kry, która kołysała się pod nim. Nogi wisiały w powietrzu. Mógł popróbować kijem, którego nie wypuścił z ręki, ale bał się ruszyć, pojmując, że najmniejsza nieostrożność mogła go zepchnąć w odmęt, a kra nakryłaby go Jak wiekiem. Powoli ustało kołysanie. Więc oswobodził prawą rękę i ostrożnie wyjął nóż z pochwy. Mimo to kra zakołysała się znowu i on zsunął się jeszcze o kilka linii. Czekał aż się uspokoi; rękę wyciągnął nad głową i lekkiemi uderzeniami noża jął robić wydrążenie w lodzie. Potem wetknął nóż w zagłębienie i, nie zmieniając położenia, ostrożnie podciągnął się w górę. Powtórzył ten manewr kilkakrotnie, aż upewnił się, że może uklęknąć na lodzie; wówczas na kolanach zaczął, pełzając, oddalać się od wody. Słyszał jej szmer i lękał się, że prąd uniósł go daleko. Widział przed sobą czarną, dużą plamę, w głębi której połyskiwały gwiazdy i nikły, pochłaniane przez jakieś białawe obłoki. Groźny plusk wody dał mu jednak poznać, że się znajduje nad głównym prądem odnogi, gdzie było płytko i mógł przejść choćby w bród do wyspy. Stamtąd było już blizko do domu. Okazało się jednak, że kra nie oddaliła się od brzegu, więc zeskoczył i zaczął okrążać oparzelisko, uderzając o lód trzonkiem noża, gdyż koniec kija tak mu rozmiękł, że nie mógł dobyć nim głosu. Przed nim coraz wyraźniej zarysowywało się ciemne urwisko stałego lądu. Wyskoczywszy na brzeg, pobiegł raźno do jurty Żabiego Oka. Ruch rozgrzał go i wrócił mu pewność siebie i swobodę. Długo stukał do drzwi nim dobudził się śpiących. Kaszląc, kichając, odsuwała baba zapory.
— Córki niema tutaj. Ona w domu u ciebie.
— W domu? sama jedna?
— Sama jedna. A co jej się stanie? Odniosłam ją wieczorem i siedziałam, póki nie usnęła.
— Zuch baba! Z miasta przywiozę ci gościniec. A teraz rozpal ogień, żeby odzież wysuszyć. Do wody wpadłem. W domu dziecko obudzę.
— Aj-ka-byn! — klasnęła w dłonie Jakutka, gdy przy świetle ognia zobaczyła Aleksandra przemokłego i lodem pokrytego.
— Niemożebnie zuchwały jesteś, cudzoziemcze! Któż z ludzi odważy się przechodzić rzekę w noc tak ciemną!
Aleksander uśmiechnął się dumnie.



VI.

Wiele trudu miał Aleksander z poskromieniem Wronego i włożeniem go do pługa. Koń rzucał się, spinał, straszył go nieznany przyrząd, ruch kół, szelest ziemi, a opór zagłębiającego się w rolę żelaza podniecał. Drżał, pienił się, stawał dęba, kilka razy złamał narzędzie. Aleksander nie miał nikogo do pomocy, gdyż nawet Żabie Oko stronił od niego od czasu zaboru ziemi Kapitonowej. Zosia i Ajaks, jedyni świadkowie jego usiłowań, zwiększali tylko zamieszanie. Dziecko krzyczało: — Ojcze, ojcze! on cię zabije! — i rzewnie płakało, zakrywszy twarzyczkę rączkami, a pies wściekle szczekał na nieposłusznego konia. Musiał więc oboje zamknąć w domu; lecz oglądał się często i za każdym razem widział twarzyczkę swej dziecinki przyciśniętą do szyby — i to go krzepiło. Wreszcie po licznych próbach, oprowadzaniach, zaprzęganiach i wyprzęganiach Wrony zrozumiał, o co chodzi i zaczął iść brózdą prosto i równo. Jakuci, mieszkający w tej miejscowości, nie orzą ziemi w jesieni, tylko przed samym siewem. Aleksander postanowił zrobić na pierwszy raz, jak krajowcy. Zaorał kawał roli najbliższy swej jurty, na wzgórku, gdzie były ślady starej uprawy. Ziemia zdawała się dobra i dość pulchna. Obecność niektórych roślin była dowodem jej urodzajności. Aleksander marzył zająć z czasem całe wzgórze, gdzie było ze cztery dziesięciny ziemi gliniastej, ale na ten raz za mało miał czasu i ziarna, więc poprzestał na kilkuset sążniach. Dzień jeden poczekał, aby rola obeschła i wziął się do siewu.
Lody na rzece ruszyły już z trzaskiem — szły na północ, druzgocąc się i piętrząc. Po dolinie, to ozłoconej słońcem, to ocienionej chmurami, rozlegał się huk pękających kier, hulał wietrzyk, przelatywały wrzaskliwe stada wędrownego ptactwa. Co chwila dźwięczało w powietrzu gęganie gęsi, krzyki mew, głosy żurawi. Ogromne pułki kaczek przelatywały w milczeniu, szumiąc tylko skrzydłami, jak mgliste obrazy płynęły pary łabędzi ciche i spokojne. Na łąkach, na błotach, na jeziorach śpiewały, nawoływały się świstem, gdakaniem chóry kulików, pływek i drobnych kaczek. Na suchych, wysokich tokowiskach wyprawiały harce polne koguty; w borze kukała kukułka.
Aleksander ostrożnie usypał ziarna z worka, który postawił na brzegu roli. Był wzruszony, ręce mu drżały. Spojrzał w niebo, chciał się przeżegnać i machinalnie zdjął czapkę. Zaczynał więc nowe życie! Dobre, czy złe, zawsze ono miało być inne. Wszyscy mieszkańcy jurty byli obecni przy tej uroczystości. W pobliżu szarego, płóciennego worka stała Zosia, nie wiele od niego większa, w słomianym kapelusiku, z pękiem złocistych, jakuckich pierwiosnków w ręku. Obok usadowił się Ajaks i zwiesiwszy uszy, przyglądał się bacznie temu, co pan robił, nawet Wrony, zaprzężony do brony, zwracał ku niemu swą rozumną głowę, chrapał zlekka i strzygł uszami, zdziwiony niezwykłością ruchów Aleksandra. Ten rzucał zboże pełnemi garściami. Nie było to jednak rzeczą tak łatwą: pierwszy rzut był za silny, drugi za słaby, trzecią garść wiatr uniósł na miejsce już zasiane. Potworzyły się przerwy, zgęszczenia, które Aleksander nadaremnie silił się poprawić; napróżno starał się, ziarno nie słuchało niewprawnej ręki. Podrażniony, zmęczony strasznie, umyślił nakoniec zrobić próbę z piaskiem, aby nie zmarnować ostatecznie pola i nasienia. Silił się przypomnieć sobie, jakto bywało w ojczyźnie, gdy szli chłopi, czerpali ziarno z fartucha i rzucali... krok jeden i garść leciała półkolem na prawo, drugi — półkolem na lewo. Raz dwa... raz dwa! Kilka razy przeszedł tak pole, siejąc piasek, aż uczuł, że nabrał pewnej swobody w ruchach; nie zdążył jednak zasiać ziarnem do połowy pola, gdy dostrzegł trzech jeźdźców na przeciwnym brzegu jeziora. Przodem jechał jeden, za nim dwóch na jednym koniu. U jurty Żabiego Oka przeprawili się w bród i skierowali wprost do niego. Aleksander poznał Kapitona z synem i parobkiem. Na wszelki wypadek zarzucił na plecy broń, którą był zostawił około worka. Jakuci na roli zleźli z koni; zdawali się mieć tylko zwykłe noże za pasem. Robotnik jednak słynął jako awanturnik i największy siłacz w całej okolicy.
— Kapsie! — powitał go ostrożnie Kapiton.
— Kapsie!
— Co robisz cudzoziemcze? Doprawdy na mojej ziemi siejesz! Przecież ona cudza! gmina ci jej nie dała. Sam słyszałeś powiedziała: nie dam! Moja jest, a ja według prawa ustąpić ci jej nie mogę.
— Ja też według prawa... Mówiłem wam: nie dacie, sam wezmę. Skarż mię do sądu. Tyle lat nie siałeś tutaj: nie potrzebna ci.
— Czy potrzebna, czy nie — niech cię głowa nie boli. Nie dam, gdyż nie mam obowiązku odpowiadać za całą gminę. Wynoś się!
— Wstydź się stary! Czyż dużo zabrałem ci ziemi? kiedyś odejdę, oddam ci ją w lepszym stanie, niż wziąłem.
— Twego mi nie trzeba, a swego nie dam. A wstydzić się nie mam czego; nie ukradłem, ani cudzego sobie nie przywłaszczyłem. Wynoś się, wynoś po dobrej woli.
Aleksander wzruszył ramionami i odwrócił się siać dalej.
Jakuci zastąpili mu drogę.
— Ani się waż! Ty przemocą, to i my przemocą.
— Oszalałeś, stary!... Ustąp z pola natychmiast!... Nie przeszkadzaj. Mówiłem ci, że możesz się skarżyć.
— To swoją drogą, a dać nie dam! — Wyciągnął rękę do brzozowego wiaderka, w którem Aleksander niósł zboże.
— Ej, Bahyłej, — krzyknął na parobka — zabieraj worek!
Bahyłej oddał cugle małemu synkowi Kapitona.
Aleksander pobladł i wziął broń do ręki.
— Słuchaj stary, nie trać rozumu, nie szalej. Ja zboże zasieję, choćbyś. Bóg wie, co dokazywał. Twierdzisz, że gmina nie kazała ci gruntu dawać. Dobrze, ja ci arendę zapłacę, a potem ją od gminy odbiorę. Zapłacę ile każe... zasiedatiel. A teraz wynoś się! Zboże zasieję, choćbyś na głowie stawał.
— Po co mam na głowie stawać! My też podatki płacimy, ludzie jesteśmy. Pieniądze nie my od ciebie, ale ty od nas bierzesz... Obca krosto!... Rozsypię ci nasiona i koniec!...
Wyciągnął groźnie nogę do worka, ale Aleksander odtrącił ją w mgnieniu oka mocnem kopnięciem. Jakut zachwiał się silnie.
— Patrzcie, patrzcie!... Bić się waży!... Tatarskiego musi być pochodzenia.
— Wynoście się! Grunt koło mego domu, więc mój! — krzyknął Aleksander i stuknął strzelbą o ziemię. Czarne jego oczy rzucały błyskawice; żyły na skroniach krwią mu nabiegły.
— Precz!
Jakuci cofnęli się i zbili w gromadkę przy koniach, ale nie myśleli odjeżdżać. Położenie stawało się kłopotliwe. Stać i pilnować ich nie chciał, pracować zaś w dalszym ciągu nie mógł, gdyż na pewno zabraliby mu worek z ziarnem. Jakuci odgadli jego wahanie.
— Nocować ot tu, w polu, będziemy, a swego nie damy!... U-u-u! przeklęty rozbójnik!... Patrzy, jakby gwoździe wbijał.
— Ajaks!... Ajaks, pójdź tu! — świsnął nagle na psa, wybiegającego z gaju. Zosia wysunęła się też na brzeg zarośli i ciekawie przypatrywała się ludziom. Pies rzucił się do niego jak strzała.
— Ajaks, waruj tu!... Nie daj ruszać!... — Zostawił psa przy worku, a sam siać poszedł.
Jakuci z nietajonym strachem spoglądali na duży kosmaty łeb zwierzęcia, groźnie ku nim zwrócony i na oddalającą się postać Aleksandra. Żółte oczy straszydła śledziły bacznie za każdym ich ruchem, a czarna, obwisła warga drgała i unosiła się spazmatycznie, pokazując białe zęby.
Aleksander oddalał się coraz więcej. Jakuci wsiedli na koń i pojechali za nim.
— Psem nas szczuć umyśliłeś!... Siej, siej, Liksandra, ale zbierać nie będziesz!... Nie twoje doczekanie!... — krzyknął Kapiton, zwracając na ścieżkę.
Nie spuszczał z nich oka, póki okrążali jezioro; oni też często oglądali się, raz nawet zatrzymali konie, rozmawiali długo, wskazując sobie rękami jego sadybę. Przed domostwem Żabiego Oka zsiedli i weszli do izby.
— Tchórze! Nic mi nie zrobią! Nie ośmielą się... — szepnął Aleksander. — Idź do domu, córeczko! Bądź grzeczna i idź do domu! Wrony bać się was będzie. Idź i zabierz Ajaksa — namawiał Zosię.
— Przychodzili Jakuci?... Źli przychodzili, czy dobrzy?... Ziemi nie dają Jakuci? — pytało dziecko, zaglądając w stroskaną twarz ojca.
— Idź, idź do domu, mówię ci!... Ajaks, do domu!
Niechętnie odeszli oboje. Aleksander zaprzągł konia do brony i ostrożnie zaczął go uczyć, prowadząc za trendzlę.
Raz obszedł pole i zrobił przerwę. Było już południe i słońce strasznie piekło. Ptaki nawet umilkły i pokryły się. Dokuczało mu pragnienie, Zosia wołała od progu, że chce jeść; poszedł więc przyrządzić jedzenie. Po obiedzie wrócił na pole i pracował do późnego wieczora.
Słońce zaszło. Zmęczony koń poruszał się leniwie, trzeba go było pobudzać lejcami i głosem. Aleksander czuł się ogromnie znużonym od jednostajnego kręcenia się po małej przestrzeni.
Od rzeki wionęło chłodem; żelazne zęby brony zaczęły stukać o lodowate podścielisko gruntu, który z ustąpieniem słońca szybko zamarzał. Wilgotna przedtem ziemia stężała. Czas było wypocząć, zgotować wieczerzę, nakarmić i spać położyć dziecko.
Aleksander wyprzągł konia i poprowadził do domu. Chciał zostawić bronę na polu, gdyż nie miał ochoty dźwigać ciężkiego narzędzia na plecach, lecz widok osiodłanego konia, stojącego u jurty Żabiego Oka, kazał mu mieć się na baczności.
Gdy, po wielu zachodach i trudach, siadł wreszcie z dzieckiem przy stole, a pies położył mu się u nóg, czuł, że spokój i zadowolenie wracają do jego duszy. Był to dla niego pierwszy dzień prawdziwej pracy. Poraz pierwszy w życiu dotknął się samego łona ziemi karmicielki, nie mając między nią i sobą pośredników.
— Jedz, córko — mówił, krając gorący podpłomyk i nalewając aromatyczną herbatę. — Będziemy mieli niedługo własny placek.
— Czy z masłem?
— Może i z masłem.
Ogień wesoło palił się na kominie, złotymi błyskami muskał pochyłe ściany; Ajaks, zasiadłszy przed nim na tylnych łapach, poważnie pilnował gotującej się dla niego wieczerzy.
Aleksandra ogarniało niepokonane pragnienie spoczynku. — Oczy mu się kleiły, ręce opadały bezwładnie. Miał jednak jeszcze dużo do zrobienia; trzeba było Zosię rozebrać, bo spała, biedactwo, położywszy główkę na rączkach, Ajaksa i Wronego nakarmić, naczynia pomyć.
— Ojcze... ojczulku!... moje kwiatki... to zamiast lalki... pozwól im spać ze mną... — szczebiotało, zasypiając dziecko. Odszukał więc i położył obok niej na poduszce bukiet, związany gałgankami.
Koń był jeszcze zgrzany; nie mógł go więc nakarmić, musiał czekać aż zupełnie obeschnie. Biedne zwierzę, zmęczone i głodne, rżało cicho i błagalnie, gdy rzucał siano do okólnika.
Praca na chłodnem powietrzu orzeźwiła Aleksandra. Wieczór był cichy, rosa padała obficie. Purpurowa zorza zalała przejrzysty strop nieba, kładąc na wszystko gorące swe tony. Zapałały od nich i sina dal, i czarny las, i tumany ponad łąkami, i obłoki, nieruchomo wiszące nad przepaścią Ałdanu i lody w tej przepaści spiętrzone, łoskoczące niedawno, a teraz jakby nagłym snem zdjęte. Para kaczek przeleciała nad doliną i spadła w poblizkie zarośla. Myśliwskie ucho Aleksandra łowiło dolatujące stamtąd głosy; gęganie gęsi i stłumiony namiętny gwar innego ptactwa. Tam wody wiosenne tworzyły rok rocznie małe jeziorko, gęsto zarosłe łoziną — ulubione miejsce noclegu wędrownego ptactwa.
Po chwili wahania uchwycił za broń i ruszył nad wody. Miał on tam myśliwską kryjówkę — ogromną tarczę z rozczochranych korzeni drzewa, przyniesionego przez wielki wylew wody. Podkradłszy się cicho, siedział osłonięty ich cieniem, ale nic nie mógł dostrzedz prócz czarnej powierzchni jeziora, połyskującej smugami srebra, purpury i fioletu, szarej sieci łóz i kęp wyschłego przeszłorocznego szuwaru. Tam to rozlegały się głosy, pluskała woda i poruszały gałązki, dając znać jak liczne kryły się w nich skrzydlate zastępy. Istotnie, kaczek było mrowie, ale wszystkie trzymały się w cieniu, zdala od podejrzanego pnia. Po długiem czekaniu ukazała się nakoniec jakaś bardziej nieostrożna, czy zakochana para. Aleksander poczekał aż obie kaczki w jedną zbiegły się linię i strzelił. Podniosła się nieopisana wrzawa. Zerwały się stada kaczek, kwacząc przerażone, białe czajki z płaczliwem kwileniem wzbiły się w górę, z sąsiedniej wydmy podniosła się chmura gęsi, łopocząc skrzydłami.
— Gęsi... gęsi... — szeptał Aleksander, pośpiesznie nabijając broń. Wydobył z wody zabite kaczki i nieruchomo legł za pniem.
Cisza. Tylko w przepaści Ałdanu kołyszą się parte lody, z brzękiem tłuczonego szkła sypią się iglaste szczątki ich poszczerbionych krawędzi. Rzeka jęczy, jak gdyby od wysiłku zrzucenia z siebie tej kryształowej powłoki. Gasną ostatnie promienie dnia. Z nieba pada mrok coraz gęstszy.
Od strony rzeki przyleciało stado kaczek, szumiąc skrzydłami. Obleciały jeziorko, nad pniem wzbiły się w górę i uciekły.
— Dostrzegły... — pomyślał Aleksander, tuląc się do drzewa.
Po chwili ujrzał kilka cyranek, siedzących na drugim końcu wody i znowu kaczki, ciągnące od strony rzeki. Szybko zakrył twarz czapką, by ich nie spłoszyć, ale wieczorem w lot strzelać nie chciał — prochu żałował. Czekał cierpliwie. Tymczasem światło gasło i coraz niewyraźniej widać było przedmioty. Już tylko w srebrzystych smugach zorzy mógł dostrzedz cośkolwiek. Gdzieś w dali gęgały gęsi. Para łabędzi uniosła się po nad zębatą krawędzią czarnego lasu i skierowała się ku rzece.
— Z górskich jezior... Musiał je niedźwiedź wypłoszyć... — pomyślał.
Z wyprężoną szyją, uderzając zgodnie wielkiemi skrzydłami, płynęła majestatycznie królewska para. Chwilę kołowała nad doliną i nad lasem, aż opuściła się niżej. Widocznie szukała miejsca dogodnego na nocleg.
Aleksander wstrzymał oddech; zapomniał o córce, o koniu, o roli — skupił się cały we wzroku...
Wtem, nagle, w gaju rozległ się tętent konia 1 dało się słyszeć wściekłe szczekanie Ajaksa.
Aleksander wyskoczył z ukrycia, płosząc kaczki, łabędzie i pędem puścił się ku domowi, lecz choć biegł prędko, tętent oddalał się coraz bardziej. Gdy wypadł na ścieżkę, zobaczył jeźdźca, uprowadzającego Wronego. Opanowała go taka wściekłość że złożył się i palec położył już na cynglu, lecz w porę opamiętał się i zamiast strzelić, krzyknął tylko:
— Stój!... stój!...
Jakut odwrócił się i zobaczywszy broń, wycelowaną w siebie, puścił kantar. Zwolniony koń pobiegł dalej ochoczo, a jeździec rzucił się w bok i skrył w zaroślach. Po chwili ujrzał go Aleksander po drugiej stronie jeziora, jadącego spokojnie drogą. Zobaczył także, że znikł koń z przed jurty Żabiego Oka i domyślił się, kto był sprawcą porwania Wronego. Zarzucił więc broń na ramię i nie zwlekając, ruszył do sadyby Kapitona. Nim przybył tam, skończyła się krótka podbiegunowa noc i na opalowem niebie poranku już nowa paliła się zorza.
W sadybie Kapitona wszyscy już spali; tylko pies powitał Aleksandra krótkiem szczekaniem z płaskiego dachu. Nikt nie wyszedł, nie ruszył się.
Nim próg przestąpił, Aleksander zdjął broń, i, nie bez wahania, powiesił ją według zwyczaju jakuckiego na kołku u wejścia.
W izbie rozlegało się głośne chrapanie. Daremnie kaszlał i stukał, nawet ogień na kominie rozniecił, obudzić ich nie zdołał.
— Ej! Kapitonie!... — zawołał wreszcie zniecierpliwiony, podchodząc do łoża gospodarza, osłoniętego skórzaną oponą z metalowymi brzękadłami.
— A... aa!... Kto tu? Kto woła? — odezwał się głos za zasłoną.
— Wstawaj!... Przyszedłem do ciebie z interesem.
— Do mnie? Może znowu bić zechcesz... Przychodź we dnie!
— Bez żartów... Twój robotnik konia mojego uprowadził.
Milczenie.
— Konia, powiadasz, uprowadził!... Patrzaj go, zbója!... Ja go bronić nie będę, przy sposobności daj mu dobrze po karku. Ot, jakich żartów pozwala sobie, nicpoń! Ale, czy tylko pewien jesteś, że to nasz robotnik? Złapali go, albo konia znalazłeś u mnie na podwórzu?...
— Przestań już... sam kazałeś wziąć konia, wiem to dobrze i przyszedłem go odebrać.
— Skądże go wezmę? Tyś konia stracił, a jam stracił i konia i człowieka. Od wczorajszego wieczoru niema go u mnie. Pewnie się gdzie włóczy, gra w karty, wielki bo to nicpoń, ten mój robotnik. Zmuszony będę wygnać go. Żart żartem, ale ukraść konia człowiekowi, co jutro musi bronować, to trochę za wiele. Powiem ci: jutro wieczorem przyślę ci synka Mikołaja do pomocy... W dzień skwar, głowa chłopaczka zaboli...
— Nie, ty mi dziś, zaraz dasz konia; sam szukać pojadę.
— Konia?... Nie mam konia! Kto zgodzi się dać konia w taki roboczy czas? Jeszcze spróbujesz nim bronować, a nasze konie dzikie, nieujeżdżone... ciebie porani albo siebie zabije!... Nieszczęście!... Poradzę ci, cudzoziemcze: ty konia nie proś, a ja przyślę ci jutro synka Mikołaja...
— Zgoda i na to — odrzekł po namyśle Aleksander. — Tylko pamiętaj stary, że jeśli stanie się co memu koniowi, ty będziesz odpowiadał!
— Cóż mi zrobisz? Krajać mię będziesz?
Wysunął z pod zasłony chytrze uśmiechniętą głowę i spojrzenia ich skrzyżowały się.
— To się pokaże.
— Zuchwały jesteś, cudzoziemcze, ale... nic nie wskórasz!
Aleksander wyszedł. Cóż miał robić? Mógł poskarżyć się księciu, ale skarżyć się księciu było to samo, co skarżyć się Kapitonowi. Kłótnie Jakutów nigdy nie wychodziły za granicę spraw rodowych. Aleksander rozumiał, że dla obu stron jest równie wstrętnym i groźnym cudzoziemcem. Widział potrzebę dać im odrazu poczuć, że żartować z siebie i krzywdzić się nie pozwoli; nie wiedział jednak co począć i mocno zadumany wracał do domu.
Słońce już stało nad parowem Ałdanu. Złote blaski wypełniały łożysko po wręby. Wysokie lodem pokryte osypiska brzegów lśniły się i woda z nich kapać poczęła. Jasne promienie przestrzeliły pęki traw, łozy, rąbki krzewów, zwieszających się na krawędzi przepaści; wychyliły się ku nim z cienia wierzchołki sosen pochylonych, podmytych; skazanych na zagładę. Wyżej, na płaskowzgórzach słały się jeszcze mgły, panował zmierzch.
Aleksander szedł szybko po drożynie, wijącej się wśród czarnych, świeżo wypalonych łąk i rozmyślał nad tem, gdzie ma szukać Wronego. Koń prawdopodobnie uciekł do stad, stęsknił się do nich w ciągłej robocie, a tabuny odeszły w las, na odległe pastwiska, gdzie nie dosięgły ognie, puszczone w pobliżu domów dla zniszczenia jesiennych traw i nie wygubiły młodej zieleni. Niełatwo więc było je znaleźć.
W sadybach, które mijał, wszyscy już spali, nie mógł więc pytać o radę i wskazówki. Nie wierzył im zresztą. Ale do jurty Toj, postanowił wstąpić na chwilę, gdyż usłyszał, przechodząc, jak drzwi skrzypnęły i zdawało mu się, że ktoś wyjrzał. Przeskoczył więc przez płot i spłoszył byka, z dużem drewnianem kółkiem w nosie, leżącego na środku dziedzińca. Bydlę sapnęło ciężko, podniosło się na nogi i nadstawiwszy kosmate uszy, patrzało ciekawie. Psy poznały go także i poczęły się łasić.
Gdy otworzył drzwi jurty, Toj, na pół naga, rozniecała ogień na kominie, ujrzawszy go, wstydliwie cofnęła się w ciemność.
— A co ojciec?... śpi jeszcze?
Dziewczyna nie odpowiedziała, ale stary Stefan wysunął głowę z pod perkalowej zasłony.
— A czego? Chodzisz po nocy, kto cię nie zna, gotów pomyśleć, że oglądasz bydło lub spiżarnie... Z polowania wracasz? Zziąbłeś?... Kaczek dużo?
— Nie mam czasu na polowanie, spotkała mię bieda...
Nagle błysnęła mu myśl.
— Słuchaj Stefanie, wynajmij mi byka na dziś do bronowania.
— Do bronowania?... A twój koń?
Koń uciekł.
— Uciekł!... sam uciekł, czy jak?
Jakut usiadł, jak był, nagi, na brzegu pościeli i wlepił w niego oczy.
— Ta-ak! A co wczoraj robił u ciebie Kapiton? Wszak był?
— Był. Na co ci wiedzieć?... Zresztą wiesz pewnie i niepotrzebnie pytasz. Lepiej byka wynajmij.
— Tego prędko nie zrobisz. Myśmy ludzie maluczcy. Mamy jednego byka. Jeszcze go zepsujesz. Przecie na koniach tylko jeździsz... a czy byka umiesz zażyć, nie wiadomo... Dlaczego nie poprosisz Kapitona o konia? On ma i chętnie da...
— Ciebie proszę, a ty do innego odsyłasz!... Przecie żyliśmy dotąd, jak dobrzy sąsiedzi, i ty nieraz korzystałeś... Jeśli dziś pola nie zabronuję, wrony ziarno wyzbierają... Nim konia znajdę, wiele czasu upłynie; swego szukać nie wiadomo gdzie... W borze woda, błoto...
— Racya... rozumiem... Ale i ty zrozum, że byka dać nie mogę... Dlaczego nie weźmiesz od Żabiego Oka?... Ja dać nie mogę... chyba, że weźmiesz przemocą, jak ziemię!...
— Przemocą nie wezmę, ale proszę cię bardzo... Odwdzięczę się... odpłacę...
— Odpłacisz?... Cóż mi dasz?... Wolnym jesteś człowiekiem, dziś tu, jutro tam, a sąsiedzi żywcem mię zjedzą... Nie, nie mogę!
Aleksander wstał; było widocznem, że byka nie dostanie. Wyszedł na dziedziniec i był już koło wrót gdy Jakut wyskoczył za nim i krzyknął:
— Liksandra... słuchaj! Daj trzy ruble i weź byka, tylko nie mów, że dawałem.
— Trzy... drogo. Rubla dam.
— Widzisz, jakiś ty! Mówiłeś — odwdzięczę się, a trzech rubli żałujesz. Zgoda, niech cię tam, daj rubla... A tylko pamiętaj: ja nie dawałem! — dodał pośpiesznie, oglądając się na Toj, która wyszła ze skopkiem na dziedziniec.
Aleksander nieznacznie wręczył mu papierek.
— Cóż to, cudzoziemcze, siłą chcesz wziąć! Patrzcie, patrzcie, on istotnie chce byka zabrać! Ludzie! ludzie! Co za grzech! — lamentował stary, podczas gdy Aleksander łapał i uprowadził byka.
Wydostawszy się za ogrodzenie, przełożył wodze kółka między rogi bydlęcia siadł na niego po jakucku i pojechał. Śmiał się, lecz było mu przykro, Jakut zaś wciąż krzyczał:
— Ludzie, ludzie! patrzcie, co się dzieje! Nie szanują nas, Jakutów.



VII.

— Ojczulku, rośnie! doprawdy rośnie!... — wolała Zosia, schylając złotą swą główkę do samej ziemi, by spojrzeć pod światło na niwę. Widziała niedawno, jak ojciec robił to samo.
Aleksander stał oparty o płot i przyglądał się zbożu. Gęsta, soczysta ruń pokrywała już pole, ale też teraz właśnie ujawniały się po trochu wszystkie braki i omyłki w robocie. Widok ich sprawiał mu prawie ból, widok tych łysin i tych gęstwin, gdzie stały źdźbła nizkie, wątłe i cienkie, jak niedokrwiste dzieci. Draźniło go wspomnienie własnej nieudolności, a jednak nie było dnia, żeby nie odwiedził pola kilkakroć. Znał tu każdą trawkę, każdą grudkę ziemi; cierpiał od suszy, wiatru, chłodu, jakie dotykały jego rośliny, cieszył się z każdego deszczu. Goś nowego, ostrego i barwnego, jemu, mieszczuchowi zupełnie dotychczas nieznanego, weszło z tą niwą do jego życia, tak jak wraz z Zosią weszło do jego serca nowe uczucie... A oba były sobie pokrewne. — Zdarzało się, że w początkach swego ojcowstwa budził się, jakby trącony obawą i z niewytłómaczonym lękiem, z nierozumną trwogą nasłuchiwał, czy oddycha jego córeczka, czy nie umarła, czy nie chora... I cieszył się, że się nic nie stało, jak gdyby stać się coś było powinno. — Obecnie budził się nietylko dla córki. Skoro Ajaks się ruszył, biegł zaraz do okna i przyłożywszy twarz do maluchnego szkiełka, śledził bacznie, czy czego nie widać. Gdy zobaczył przechodnia, wychodził przed dom i nie spuszczał go z oka, póki ten nie znikł. Alboż to trudno było złamać płot i puścić bydło? A Jakuci, czuł dobrze, gotowi byli porwać się na wszystko.
Jak zajmował go, zaciekawiał każdy nowy ruch w dziecku, każdy objaw nowej myśli, tak i tu, nic mu większej nie sprawiało przyjemności, jak w ciepły, słoneczny dzień wziąć Zosię za rękę i puścić się na poszukiwanie nowych na polu postępów.
Otwierały się przed nim rozległe widoki pracy bez kresu i końca; pracy, która nie była bólem, krzywdą, uciemiężeniem dla nikogo i pokrzepiający, cichy spokój wstępował do jego silnej, lecz trochę już znękanej duszy. Marzył, że tu zapozna się z rolą, a z czasem, w ojczyźnie, pod łaskawszem niebem, w milszem otoczeniu będzie uprawiał swój kawałek ziemi. I mieć nie będzie innych panów prócz wiatru, deszczu i słońca, innych stosunków prócz pomocy temu, co żyje i rośnie! Będzie miał pasiekę, moc kwiatów, sad... O ludziach nie chciał myśleć... prócz Zosi.
— Com miał, tom dał! Reszta moje!
I bez tego miał masę kłopotów i coraz to nowych.
Czekała go orka nowin, praca ciężka i trudna, o której myśląc, wzdychał często; trzeba było kończyć rąbanie żerdzi na płoty, gotować się do sianożęcia i przysposobić wszystko dla nadchodzącej pory rybółowstwa. W domu nie było herbaty, nie było białego końskiego włosia, bez którego sieci nie mogły być naprawione. Wszystko to można było dostać u Kapitona, ale przy obecnych stosunkach daremnie było tam się zwracać. Nietylkoby odmówił, ale jeszcze prawdopodobnie wyśmiał. Do innych udawać się też nie było poco.
Umyślił więc przeprawić się na drugi brzeg Ałdanu, odwiedzić Jakóba i prosić go o zakupienie potrzebnych rzeczy u sąsiadów.
Ałdan wracał właśnie po wylewie do zwykłego łożyska. Główne koryto i boczne odnogi pełne jeszcze były wody tętniącej gwałtownie, jak w gorączce krwią nabrzmiałe żyły. Nigdzie nie było widać ni żółtych piasków, ni kamienistych ławic; wszędzie urwiste brzegi występowały wprost z wody, a wieńczące je ciemne bory sosen, jodeł i modrzewi bez przeszkody przeglądały się w szarej, szybko pędzącej fali. Nadbrzeżne zarośla łozy prawie wszędzie stały jeszcze pod wodą, miejscami tworząc dziwne tamy-plecionki, przez które woda leciała z hałasem, spieniona i rozbita na tysiące strumieni.
Aleksander płynął wśród nich w swej małej łódeczce, czepiając się rękami za wierzchołki krzewów. Było to trochę niebezpiecznie, lecz skracało drogę. Sił oszczędzał, bo znał rzekę i wiedział, że nie żartuje, wybierał więc prądy słabsze, szukał smug cichych i spokojnych. Rzeka szalona, jedna z najbystrzejszych w Syberyi wrzała od wirów małych i dużych. — Prąd porywał łódź, wypukła fala uciekała z pod wiosła i co chwila groziło niebezpieczeństwo uniesienia na spienione odmęty. Cały czas prawie płynął przeciw fali, więc zmęczył się bardzo i gdy dotarł do lesistego cyplu, głęboko wrzynającego się w wodę, skąd była przeprawa na drugi brzeg głównego koryta, postanowił wypocząć. Wyciągnął łódkę i legł obok na trawie. Zwolna nadpływały wielkie kłęby siwych chmur ze srebrnymi brzegami; pod ich cieniem blask słońca to nikł, to zapalał się w wodzie, która szara, olbrzymia rozpostarła się szeroko jak morze, wzniecając podziw, budząc niepokój nieustającem, niczem niepobamowanem dążeniem. Nic jej wstrzymać nie mogło. Podarła na szmaty ziemię, pożłobiła odmęty, pokruszyła skały, usypała tysiące wysp i płynęła wśród nich błyszcząca, jak srebro, ogarniając je wszechwładnym uściskiem, bo one były jej pracą, jej własnością! Śnieżne wierzchołki niebotycznych gór wybiegły ponad sinawą przepaską dalekich lasów i przeglądały się wdzięcznie w jej wodach.
Aleksander nigdy jeszcze nie przepływał rzeki w tem miejscu bez przewodnika. U przeciwnego brzegu bystra, górska rzeka wpadała do Ałdanu prawie pod kątem prostym, tworząc duży i niebezpieczny wir, gdzie wiecznie pieniły się i huczały wysokie bałwany. Wprost niego wznosił się wysoki przylądek z grupą wysmukłych, nad krawędzią zwieszających się modrzewi. Między przylądkiem i wirem słabo znaczył się blady, wązki pas spokojnej wody. Aleksander płynął z oczami w niego utkwionymi: musiał, koniecznie musiał tam się dostać.
Tymczasem słońce paliło, mdlały ręce, pot zalewał czoło i oczy. Nie miał pewności, czy dobrze płynął, czuł tylko, że prąd unosił go w bok z niesłychaną szybkością. Przy takim stanie wody nawet miejscowi rybacy niechętnie puszczali się na rzekę, więc poczynał już żałować swojej śmiałości. Coraz częściej w wianku syczących bąbli wypływały z pod łodzi potworne wodne pagórki, lotne wiry z głębi wywołane uderzeniem prądu o podwodne głazy. Suwał się z nich z zawrotną szybkością i zdawało mu się, że był coraz bliżej tego miejsca, gdzie świstały i huczały rozszalałe bałwany. Łódka coraz mniej mu była posłuszną, coraz oporniej posuwała się naprzód. Nagle z boku wyskoczyły ogromne, jak bąble wzdęte fale, pianą jak posoką, oblane i ryk, huk stal się ogłuszający. Łódka drgnęła i nachyliła się... poleciała prosto w okropny lejek, na dnie którego syczał wężowy splot nurtów. Aleksander wszystkie siły wytężył, wiosło wygięło mu się w ręku, jak słaba gałązka. W myśli zobaczył w tem miejscu surowe twarze jakuckich rybaków, i poczuł, że jego twarz staje się taką samą. Lękał się spojrzeć po za siebie, choć przykro ginąć, nie widząc.
Uderzył wiosłem raz, drugi; łódź wybiegła i wdzięcznie zakołysała się na spokojnej już wodzie. Odetchnął. Prąd odwrotny poniósł ją łagodnie we właściwym kierunku. Białe, wodne straszydło daremnie kłapało zębami!
Rzucił wiosło, otarł pot z czoła i roześmiał się. Ogarnęło go znowu to miłe uczucie, jakie daje świadomość zręcznie pokonanego niebezpieczeństwa.
W godzinę później przybijał do urwiska, którego wierzchołek porosły był ciemnym, posępnym lasem, a na stoku biegła drożyna. Wyciągnął łódź na brzeg, w dzióbie jej zatknął krzyżyk, na znak, że będzie wkrótce potrzebna, wiosło zabrał, schował w zarośla i ruszył w las.
Jurta Jakóba leżała o dwie wiorsty od brzegu. Droga do niej wiodła przez gęsty bór, do brzegów czarnego jeziora; potem zawracała pod ścianę lasu, który jak pierścieniem obejmował wodę i posłuszny jej zagięciom, łamał się w ciemne zaklęsłości, jasne sine przylądki, bladł, im dalej odbiegał, stawał się coraz bardziej płowym. Miejscami spuszczał się do samej wody i rzucał na nią cień czarny; to znowu wąziuchną niteczką żywej zieloności rozweselał posępne brzegi. Nigdzie jednak nie było widać wyjścia z tej kotliny; wszędzie była tylko woda i knieja.
— Go za głusz!... Och, ci Jakuci, jakie mu miejsce wyznaczyli!... — pomyślał Aleksander okrążając jezioro. Ptactwa nawet nie było; czasem tylko na krótko, kwiląc żałośnie, ukazywała się biała mewa z nad rzeki. Legiony komarów roiły się nad trawami i zmusiły Aleksandra pędem uciekać do jurty, która, nizka i zaniedbana, pojawiła się nareszcie na skręcie drożyny. Ziemia osunęła się z jej ścian i dyle, sterczące pionowo, świeciły na zapadłych bokach, jak żebra pogniłego tułowia.
Wszedłszy do wnętrza, znalazł się Aleksander w najzupełniejszej ciszy i w zmroku; ogień tlił się na nizkim kominie.
— Wyszedł! nikogo!... — szepnął półgłosem Aleksander. — A to rudera!
Mylił się jednak. Na ławie leżał człowiek na wznak, z wyciągniętemi wzdłuż ciała rękami. Słaby blask dzienny przenikał do izby przez brudny, rybi pęcherz w małem okienku i kładł żółto siną barwę na obrzękłą twarz śpiącego, który usta miał otwarte i oczy tak zapadłe, że aż przestraszył Aleksandra.
— Umarł!... Jakóbie!... krzyknął wielkim głosem.
Jakób oczy otworzył i zerwał się.
— Śpisz... wciąż śpisz!... A twe serce?... Przecież ci zabronili.
Jakób nie witał go, nie odpowiadał, oczy weń tylko utkwił i siedział nieruchomo.
— Sen mara! — wyrzekł cicho.
Drżały mu ręce, dolna szczęka, całem ciałem wstrząsały drgania.
— Co tobie?... Czyś ty chory?
— Nie... ze snu!... Ludzkiej twarzy dawno nie widziałem... ze dwa tygodnie. Zaraz przejdzie — uśmiechnął się. — Nie uwierzysz, jak rad jestem twemu przyjściu! Tęskno, strasznie tęskno! Zrzuć twoją amunicyę. Pójdę po wodę; pewnieś bardzo spragniony...
Schwycił imbryk i począł się krzątać. Aleksander zawiesił broń i czapkę na kołku i wyszedł za nim.
Jakób zgarbiony, opuściwszy na dół głowę i ręce szedł wolno drożyną z powrotem. Postawa jego wyrażała takie przygnębienie i taką bezgraniczną tęsknotę, że serce Aleksandra ścisnęło się boleśnie.
— Zająłbyś się czemkolwiek... choćby ryby łapać. Chcesz, zarzucę ci wędki. Zawszeć to rozrywka.
— A dobrze — zarzuć! Lecz tu takie nieznośne komary, że nawet dymu się nie boją. Bywa tak, że nosa na dwór pokazać nie można.
— Niegodziwcy Jakuci! Taki zapadły kąt, że i kruk tu kości nie zaniesie. Wierzaj mi, z nimi lepiej być ostro, sprawiedliwie, ale ostro...
— Och, Aleksandrze, jakżeś ty się zmienił! Niedawno jeszcze nie mówiłeś tak. Czyż nam przystoi wojować z dzikimi?... Rok wcześniej, rok później... — cokolwiek lepiej lub gorzej... a z tych kłótni i sporów może coś brzydkiego przylgnąć na zawsze... Już to, że z naszej przyczyny przysięgają krzywo, że łżą, intrygują, już i to przykro...
— Czy znowu co nowego?
— Więc nie wiesz? Chcą ci szkaradny proces wytoczyć. Mówią, żeś groził i wymyślał na zebraniu przedstawicielom gminy, że teraz drogi z bronią strzeżesz, przejezdnych straszysz, złego psa trzymasz, że zabrałeś ziemię, chciałeś zastrzelić robotnika Kapitona, że...
— Cóż jeszcze?... — spytał z uśmiechem, zauważywszy, że Jakób miesza się i czerwieni.
— Że podczas nieobecności Meilacha zachodziłeś do jego jurty... Rozumie się, wszyscy wiedzą, że żona jego jest do gruntu zepsutą kobietą, ale... popełniłeś omyłkę, dając jej pieniądze...
Aleksander czas jakiś przechadzał się w milczeniu po izbie.
— Co za łotry!... A zresztą niech sobie robią, co chcą. Wstyd nawet bronić się wobec takiego oskarżenia.
— Właśnie... Tymczasem bronić się będziesz musiał.
Aleksander machnął ręką.
— Ее! Jakoś to się zrobi! Gdybyś wiedział, jak zboże moje wyrosło! Najlepsze w okolicy. Sami Jakuci przyznają... Pnie się jak na drożdżach. Mierzyłem: po dwa cale na dobę przybywa...
— A Zosia?
— Zdrowa. Gospodarujemy razem. Obecnie dokuczają komary, więc ją w domu zostawiam lub odprowadzam do Jurty Żabiego Oka, ale wszędzie ze mną chodziła. Wiesz, Jakóbie, po co ja tu przyjechałem? Herbaty nie mam, zabrakło mi soli, nici, włosia do sieci...
Twarz Jakóba wydłużyła się i oczy spojrzały smutnie.
— Ależ nie... nie! — roześmiał się Aleksander. Mam pieniądze. Zostało jeszcze trochę od sprzedaży rzeczy. Tylko widzisz... niezręcznie iść do Kapitana. Odmówi. Więc... chciałem ciebie prosić, byś kupił u swego księcia. Tylko śpiesz się. Chciałbym wrócić jak najprędzej. Niepokój mię ogarnia, gdy długo Zośki nie widzę... Dobrze? pójdziesz?... A ja tymczasem odpocznę.



VIII.

Koń Aleksnndra całe lato zazwyczaj pasł się razem z jakuckimi tabunami. Co dni kilka Aleksander odszukiwał go i przypędzał pod dom, jeśli znajdował pasącego się zbyt daleko. Tak robią wszyscy tutejsi gospodarze. Wspólne stada pod wspólną zostają opieką; jest to zwyczaj od wieków przyjęty.
Mimo obostrzenia się stosunków Aleksandrowi nie przyszło nawet do głowy, że mogą ukraść mu konia. Szukał go więc długo, nim uwierzył, że go więcej nie zobaczy i wówczas dał znać do kniazia.
Kniaź przyjął go nadzwyczaj uprzejmie, wydał natychmiast dziesiętnikom rozkaz rozpoczęcia poszukiwań i obiecał tam pojechać.
— Trzeba było trzymać konia bliżej domu. Rozmaici ludzie chodzą po drogach.
— Nie mogłem przecie przywiązać go do kołka: zdechłby z głodu i tęsknoty. Dwa lata chodził z tabunami i nie zginął.
Książę wzruszył ramionami.
Przeszukali las, zrobili rewizyę u kilku sąsiadów i nie wykryli najmniejszego śladu. Wszyscy się oburzali i wreszcie zgodnie napadli na Żabie Oko.
— On, nikt inny tylko on. Posłuchaj, Liksandra — on! On twój najbliższy sąsiad.
— Ptak nie przeleci, żeby Jakut nie zauważył go, cóż dopiero koń... — dowodził Tus. — Myślę, że koń nie mniejszy od ptaka.
Żabie Oko wypierał się, wyprzysięgał.
— Darmo wypierasz się, stary! Kto ci uwierzy?... Gębę lepiej wytrzyj, gdyż świeci się od końskiego sadła!...
— Mówiłem ci dawno, wynoś się stąd. Na co czekasz?.. krzyknął na niego książę.
— Przecie koń nie tutaj chodził.
Aleksander słuchał w milczeniu tych sporów.
— Zapłacicie mi za konia! Nie zapomnę ja wam tego... — rzucił gniewnie.
— Czy podobna zapomnieć?... Koń taki był ukochany, jak dziecko, wszyscy o tem wiemy... Niech płaci... On zapłaci, nikt inny!... wskazywali palcami Żabie Oko.
W kilka dni potem Aleksander zobaczył Żabie Oko ładującego swoje manatki. Pobiegł więc tam zaraz, ale daremnie perswadował mu i tłómaczył.
— Nie posądzam cię ani trochę. Zostań, proszę!
— Ty nie posądzasz, ale oni co zechcą, to zrobią!... A zresztą ja nie dlatego, ale... czas kosić siano. Mam łąki daleko na wyspach i muszę wykoczować z całym domem. Na jesień wrócę... obaczysz, wrócę...
Lecz widocznem było z niektórych rzeczy, że Jakut wrócić nie zamierzał. Zabrał nietylko ramy okienne, obciągnięte pęcherzem, ale i drzwi, z desek sklecone.
Po jego wyjeździe wyludniło się dokoła Aleksandra w promieniu kilku wiorst. Mijały tygodnie, że nie widzieli z Zosią ludzkich twarzy, gdyż czas był roboczy i przechodnie pojawiali się nadzwyczaj rzadko.
— Bądź grzeczna, Zosiu! Wszyscy wrócą, konia kupimy i Majka przyjdzie bawić się z tobą. Bądź tylko cierpliwa i nie dokuczaj mi! — uspakajał marudzącą dziewczynkę.
Siana skosił tyle, ile znalazł w pobliżu domu. Nie mógł oddalać się z domu na długo, a dziecka brać w las lub na łąkę nie pozwalały upał i komary. Słońce paliło niemiłosiernie; ziemia kurczyła się i pękała od jego promieni; w lasach było nie do wytrzymania duszno, — żywica występowała obficie i sączyła się po korze drzew, przepełniając powietrze upajającą wonią. Wszystko szukało cienia, w południe kryły się nawet owady. Woda w Ałdanie to opadała, to wznosiła się, zależnie od śniegów, tających w górach. U brzegów, gdzie woda cicha i ciepła — gromadnie żerowały ryby. Aleksander zajął się skrzętnie ich połowem. Miał niedaleko, o wiorstę, miejsce dogodne dla rybołówstwa: niedużą, ze wszech stron zacienioną łachę. Otaczał ją gąszcz wysokiej, prostej jak bambusy łoziny, tworząc wianek z platynowe szarej, kędzierzawej zieleni ich czubów, który w głębi wód ciemnym odbijał się obrazem. Nad łoziną, na brzegu, gdzie wyżej i suszej, szumiały gałęziami złotawo-zielone modrzewie i strzelały tu i ówdzie ostre, prawie czarne wierzchołki syberyjskich jodeł. Srebrzysta wstęga wąziutkiego odpływu łączyła zatokę z rzeką, odsłaniając siną dal i ogromną, szarą płaszczyznę wiecznie ruchliwej wody. W zatoce zawsze panował spokój, którego nie mogła zamącić nawet burza szamocząca gałęziami strzegącej ją gęstwiny; do środka zaglądał tylko błękit nieba, słońce i księżyc. W świetlanych tych smugach lubiły drzemać potworne ryby, żarłoczne tajmenie i szczupaki, snuły się roje migocących srebrnemi łuskami, ruchliwych łososi, modra ostro-nosa sterlet podpływała do brzegu i wysuwając pyszczek swój, do macki podobny, zbierała glisty, robaczki i wpadłe do wody korzonki. Tu wodne męty opadały najwcześniej, a powódź najpóźniej przynosiła swe brudy. Miejsce było bardzo dla rybołówstwa dogodne.
Sieci miał pięć. Trzy w dzień zarzucał, dwie suszył. Ryby łapać nauczył się od krajowców, tak jak i wszystkiego, co umiał praktycznie. W rzeczach nieznanych doświadczenie kazało mu trzymać się rutyny. Więc do czasu przyjął na wiarę miejscowe zwyczaje, sposoby, nawet niektóre przesądy.
Wierzył naprzykład, że wypuszczona z rąk ryba straszy i uprowadza inne, gdyż przekonał się istotnie, że w miejscu, gdzie taki zdarzył się wypadek, długo potem nic się złapać nie dawało; wierzył także, że rzucone na dno ostrze żelaza źle wpływało na połów i, że najlepiej zarzucać sieci na nowiu księżyca. Nieraz, cicho płynąc łódką lub leżąc przyczajony na brzegu, ścigał oczami stada podwodnych mieszkańców, widział jak każdy z nich pilnie naśladował ruchy przewodników przebiegłych, ostrożnych, bojących się wszystkiego, co nowe, widzących doskonale swojemi nieruchomemi oczami bez powiek. W obyczajach ich zauważył wiele rzeczy niewytłómaczonych i tajemniczych. Całemi gromadami to pojawiały się, to znikały, to weseliły się, pluskały, pokrywając całą rzekę drobnemi zmarszczkami, to znowu przepadały gdzieś, na dnie odmętów, gdzie w ciszy leżały bez ruchu, jak kłody. Czasami, poprzedzało to deszcz, burzę, niezwykły skwar lub wietrzny czas, lecz także niekiedy zjawiało się zupełnie bez powodu. Bywały dni, gdy dawały się łowić obficie i dni, gdy żadna nie wpadła do sieci, choć mnóstwo igrało i pływało w pobliżu. Miały one swoje radości i swoje trwogi, swoje podstępy, wybiegi i bitwy. Wierzył nawet w rybią rozpacz, gdyż zdarzało mu się wyciągać olbrzymy, co zupełnie wolne z rozpaczy chyba usypiały, chwyciwszy zębami włos sieci, nie puszczającej ich z zatoki na głębię.
Doświadczeni rybacy radzą oglądać sieci zawsze przed wschodem słońca. Ryba nie lubi blasku dnia, widzi oczka i póty będzie się rzucać i kręcić aż się wyplącze i ucieknie. Istotnie, we dnie najczęściej Aleksander wyciągał sieci puste i splątane. Więc zawsze rano, przed wschodem słońca wstawał ostrożnie, by nie obudzić Zosi i wysuwał się na dwór. Po skwarnym dniu. noce bywały zimne i rosa padała obficie. Łąka, przez którą wiodła ścieżka do sieci, wydawała się, jak usypana perłami. Na każdej gałązce, trawce wisiała kryształowa kropelka, liście przyprószone były drobniuchnym ich pudrem, w kieliszkach kwiatów leżały duże, przeźroczyste łzy barwne, jak topazy. Aleksander szedł zawsze boso, a obuwie nakładał z powrotem, gdy nogi miał zmęczone i zziębnięte. Chłodny prysznic spadającej z traw i kwiatów rosy siekł mu stopy, rozkoszny dreszcz życia i siły prostował tylko co ze snu zbudzone członki. Na ramieniu przewiesił broń, za pas wetknął nóż, a w koszu na plecach niósł świeżo wyporządzone sieci. Za chwilę miał być tam, gdzie pluskała się ryba. Jak cień, bez szelestu przesuwał się przez łozinę, broń zdjąwszy z ramienia u wejścia do gęstwiny trzymając ją na pogotowiu. W zatoce lubiły nocami przesiadywać kaczki, kilka razy zastał też i gęsi, więc nie wchodził, nie przeniknąwszy bystrem wejrzeniem wszystkich zakątków śpiącej wody, nad którą rankiem unosiły się zawsze białe opary.
Słońce złociło już brzegi zielonej opaski, wiatr poranny dmuchał od rzeki i kołysał unoszącemi się nad nią mgłami, gdy rybak zepchnął łódź i popłynął ostrożnie, miarowo uderzając dwu-skrzydłem wiosłem. Dziób łodzi chylił się, łagodnie rozbijając powierzchnię wód. Aleksandra paliła ciekawość: Co znajdzie w sieciach? co mu przyniosła noc? Pierwszy rząd pływaków z kory brzozowej drgnął, potrącony falą. Rybak odwiązał koniec sieci od palika i zaczął zbierać na palec górne pętlice. Pusta, czy nie? Coś w niej drga i opiera się, ale to może tylko gałęź, która ugrzęzła na dnie. Już blizko. Nie!... Nagle wśród wody mignął czerwony ogon, na wierzchu ukazała się szeroko rozwarta zębatą paszczęka i zagotowało się u burty. Jeśli to była bardzo duża sztuka, która mogła łódeczkę wywrócić, Aleksander spuszczał sieć i odpływał na mieliznę. Tam wychodził z łodzi, ostrożnie wyciągał zdobycz i ogłuszał ją silnem uderzeniem. Drobniejsze ryby wydobywał na miejscu i rzucał na dno łodzi, gdzie tłukły się długo. W łasze poławiały się zwykle duże ryby, ale w małej ilości. Czasami dwa, trzy dni minęło, nim się coś złapać udało. Od czasu wyjazdu Żabiego Oka zdarzało się to coraz rzadziej, gdyż Aleksander raz tylko na dobę sieci zakładał. Jeśli sieć długo stała nieporuszona, ryby przestawały igrać i pływać w tej stronie: odstraszały je pławniki, sznurki i oczka. Zatoka mało posiadała rybnych mielizn, a nowych szukać było niepodobna z powodu znacznej odległości. Parę razy tak się zdarzyło, że zatrzymawszy się dłużej nad rzeką, za powrotem znalazł Zosię przed domem, szlochającą i nieubraną. Gniewał się na nią, ale to nic nie pomagało.
— Głodna jestem, tatusiu i sama — usprawiedliwiało się biedactwo.
Tymczasem ryb coraz mniej było; zapasy żywności wyczerpywały się: mąki zostało tylko trochę, a mleka nie widzieli już od wyjazdu sąsiadów. Na domiar złego Jakuci zauważyli widocznie, że rzadziej bywał na zatoce i zaczęli płatać mu figle, wyciągać i plątać sieć, raz nawet spuścili czółno na wodę; uprowadzić go nie mogli, gdyż było tak małe, że obawiali się siąść do niego, ale zepchnęli je na rzekę. Aleksander długo szukał, nim je znalazł, zaniesione prądem daleko i wyrzucone na brzeg. Niezmiernie go to zmartwiło i oburzyło.
— Doprawdy, lepiej rzucić wszystko i oddać się wyłącznie wychowaniu córki!
Zaśmiał się gorzko. Czyż mógł się łudzić? Znał dobrze krajowców; wiedział, że mu nie dadzą nawet tego, co obiecali, jeśli się przekonają, że im to uchodzi bezkarnie, nie przestaną psocić mu, póki się go nie pozbędą. Zmieniłyby się powody do walki, ale ona sama nie przerwałaby się, a życie jego stałoby się łańcuchem nędzy, głodu i upokorzeń, jak tych kryminalistów, którzy okazali lękliwość, lub których osłabiło kalectwo. Już lepiej zabić siebie i dziecko! A wyjeżdżać do miasta nie było dostatecznych powodów: niewątpliwie kazaliby mu wrócić. Od tych myśli posępnych sposępniała i twarz jego: był tak smutny, że aż Zosia zauważyła to i próbowała go pocieszać.
W tym właśnie czasie Ajaks, który dla braku pożywienia dawno już był zostawiony swemu własnemu przemysłowi, przyniósł do domu kawał zgniłego mięsa. Czarna sierść na skórze zwróciła uwagę Aleksandra, zaczął więc śledzić psa i znalazł wkrótce w głuchym ostępie na pół z ziemi wykopane trochę objedzone i dobrze zgniłe: głowę, skórę i nogi Wronego — to co najłatwiej w czasie rewizyi mogło wydać złodzieja. Pokonał wstręt i podniósł za ucho zbrukaną głowę przyjaciela swego i współpracownika. Miała ona bardzo smutny wyraz, dolna warga była obwisła, zęby kurczowo zaciśnięte, a w oczodołach roiło się robactwo. Ślizka, wilgotna, wysunęła mu się z dłoni i napowrót w jamę upadła. Wytarł rękę o trawę i odszedł pośpiesznie, nie zawoławszy nawet Ajaksa, który czegoś zawstydzony, krył się w krzakach. Czuł, że mu się zbiera na płacz. Konia tego kupił młodym, nieujeżdżonym źrebakiem i długo był on razem z Ajaksem jedynym towarzyszem jego wygnania.
— Niegodziwcy!... niegodziwcy!... — powtarzał. — Otóż nie! nie dam ja się wam!
I znowu o różnej porze dnia i nocy przechodnie zaczęli spotykać na swej drodze silną, barczystą postać z bronią, przewieszoną przez ramię.
— Cóż ten szatan rosyjski nie śpi, czy co? — mówili. — Włóczy się dokoła swego pola i swoich sieci, jak niedźwiedź dokoła barłogu.
On im nie groził, nie upominał, tylko przeprowadzał każdego długiem, przenikliwem spojrzeniem, a nieznajomych pytał krótko:
— Kto? Skąd i dokąd?
— Niech Bóg uchowa! Kto inny zrobi, a ty odpowiesz! — straszyli się wzajemnie krajowcy, opowiadając sobie o spotkaniu z nim. Jadący, dostrzegłszy go, potrząsali żwawiej batem i zbierali cugle; piesi zdaleka zdejmowali czapki i zbliżali się lękliwie, kiwając głowami.
— Tem lepiej! Rozumieją tylko strach, niech go więc czują.
I nie wzruszała go bladość twarzy ludzi, znienacka w lesie zaskoczonych, drżenie ich warg, strachem rozszerzone źrenice; nie ściskało mu się serce, jak niegdyś, bolesnem uczuciem, że go nie znają, nie pojmują. Nie zbliżał się więcej do nich z łagodną perswazyą.
— Byłem i jestem im życzliwy — mówił teraz — lecz dzicy są, muszą się bać.
Usprawiedliwiał ich nawet do pewnego stopnia, przypominał sobie słowa kniazia, dowodził samemu sobie, że są warci szacunku, ale poprzedniej, ciepłej, serdecznej przychylności, już nie czuł. A gdy chciał wcielić ich do szeregu tych wszystkich, nad losem których cierpiał i za których duszę niegdyś oddawał — serce jego wyniośle milczało. Nie był w stanie przebaczyć świadkom, a poczęści i narzędziom swego poniżenia. Nie mógł im darować rozpaczy swojej na widok sieci, na brzeg wyrzuconych i głodu, zaglądającego mu w oczy, nie mógł im zapomnieć zbrukanej głowy zabitego konia. Obrzucili go błotem, obwinili o wstrętne przestępstwa, wyciągnęli mu duszę, jak strunę... Nie!... Niech cierpią! Niech także czują!... Lecz poco? naco? dlaczego? Co oni winni? i co za korzyść z tego?
Myśli takie precz odganiał, rozumowań takich nigdy nie lubił.
— Winnych niema, a są przeszkody i... nie mam wyjścia!
Lecz do jakiegoż wyjścia zmierzał? Bo to był przecie początek. Pierwszy raz przychodziło mu walczyć w obronie własnych interesów i widział się zupełnie odosobnionym. I używał takich samych sposobów, co wyrzutki społeczeństwa, którzy także nie mieli wyjścia i straszyli Jakutów. Cóż z tego, że on obiecywał być innym w przyszłości. Czyż krzywda kiedykolwiek przestaje być krzywdą?
W głowie jego zasiadło mrowisko gryzących myśli, które głuszyła tylko praca ciężka i łowy. Przestał się uśmiechać, wychudł i poczerniał. A praca była dla niego męczarnią, gdyż oddalała go z domu i wskutek tego skazywała go na ciągłą trwogę o dziecko, o dom, o zboże...
— Spalą, zniszczą, stratują!... — rozmyślał.
Z tem wszystkiem Zosia coraz częściej zostawała sama w jurcie. Aleksander wytężał siły w poszukiwaniach pożywienia, aby tylko przetrwać jakkolwiek do żniwa. Plecioną przegrodą zamknął odpływ łachy i postawił więcierz, a sieci przeniósł na inne miejsce. Próbował nawet zarzucić je w jeziorze, obfitującem w karasie, ale wprędce zaniechał tego, gdyż znalazł współzawodnika w niedźwiedziu.
Razu jednego, gdy się był dłużej nad łachą zabawił, usłyszał w lesie głosy jakieś niezwykłe. Chcąc zajść drogę szkodnikom, jak przypuszczał, ostrożnie przekradł się przez zarośla i stanął na ścieżce. Trzask gałązki, łamiącej się pod jego nogą, uciszył głosy, ale w zaroślach przesunęło się jakieś duże, kudłate cielsko. — Czyżby mój współzawodnik, aż tu mię ścigał? — pomyślał sobie Aleksander. Zdjął więc broń, i czuł, że mu serce mocniej bić zaczyna. Miejsce było ciasne i niedobre do walki. Gdyby chybił, zwierz powaliłby go, nimby zdążył nóż z pochwy wyciągnąć. Nagle krzewy rozsunęły się i wyjrzała z nich poczciwa głowa Ajaksa.
— Ajaks, ty tu!
Pies rzucił się ku niemu, a tuż za nim, wśród zielonych gałęzi, ukazała się złota główka Zosi.
— I ty także!... Co to znaczy? — krzyknął przerażony.
— Tatusiu, tak dawno cię szukam!... Komary tak gryzą!
— Niedobre dziecko!... niedobre! Dlaczego wyszłaś z domu?
— Ojczulku, tak nudno, tak strasznie nudno!... Nie gniewaj się ojczulku... Przecież znalazłam ciebie...
Dziecina, mówiąc to, uśmiechała się i była taka śliczna, że ojciec uchwycił ją i zaczął obsypywać pocałunkami.
— Brzydka, nieposłuszna dziewczynka!... Martwisz mnie... Bóg wie, dokąd zajść mogłaś...
— I ty mnie martwisz... Przychodzili Jakuci, o ciebie się pytali...
— Cóż mówili?
— Nic nie mówili, tylko do spiżarni zajrzeli, zboże oglądali, siano...
— Dobrze, niech patrzą. Nic nam od nich nie trzeba. Siadaj!
Posadził ją sobie na ramieniu i ruszył nad łachę kończyć zaczętą robotę. Na brzegu rozniecił ogień i dziecko obok niego umieścił.
— Siedź, nie ruszaj się, inaczej zaraz do domu odprowadzę.
Brał ją potem jeszcze kilka razy ze sobą, ale to utrudniało mu bardzo swobodę ruchów. Trzeba ją było nosić, w łódce trzymać na ręku, gdyż kręciła się i wychylała. Nie ważył się też przepływać z nią wirów i bystrych wodnych spadzistości, ale na brzegu zostawiać jeszcze bardziej się lękał. Kto mógł zaręczyć, że nie wpadnie do wody, nie zsunie się z krawędzi urwiska, nie stanie się pastwą niedźwiedzia, który mógł również niespodzianie ukazać się nad rzeką. Więc nie miał ani chwili spokoju.
Upały wzrastały, ziemia rozgrzewała się do tego stopnia, iż parzyła nawet przez obuwie. Woda w rzece gwałtownie opadać zaczęła. Z obnażonych trzęsawisk, z ogrzanych głębi wydobywała się zgnilizna. Aleksander czuł, że wdycha malaryę, gdy pochylony nad wodami, przeglądał sieci. Siły opuszczały go widocznie, głowa bolała często. Dziecka, rozumie się, nie brał już więcej ze sobą. Zamykał ją na klucz, a wracając, słyszał nieraz, jak zanosiła się od płaczu w pustej izbie.
— Choćbyś mi Ajaksa zostawił — prosiła.
Zostawiał więc Ajaksa i zamykał oboje, choć go żywienie psa na większe narażało wydatki. Nieraz po całych dniach włóczył się po lesie za zwierzyną. Kaczęta były jeszcze zbyt małe i starki strzegły je pilnie, nie wypuszczały z sitowia. Bez psa nie można było ich wypłoszyć, a Ajaks nie był ułożony do polowania; kuropatwy i cietrzewie odleciały w góry na jagodniki, nie było więc zwierzyny blizko w milczących borach. Ryba też nie dopisywała w płytkich zatokach; trzeba było szukać miejsc nowych. Drobna poławiała się jeszcze, choć w nieznacznej ilości. Gotowali z niej zupę, suto zaprawną dziką cebulą. Miał jeszcze wprawdzie trochę pieniędzy, ale odkładał je na czarną godzinę, na ostatnią potrzebę, a ta według niego jeszcze nie nadeszła.
Tymczasem zwykła o tej porze spiekota i posucha dochodziła ostatecznych granic. Deszczu nie widziano już ze trzy tygodnie. Ziemia wyschła i rozpalona, jak cegła, ogrzewała powietrze nawet w nocy. Rosa nie pojawiała się wcale; trawy spopielone zrudziały i uschły, lasy opuściły senne, przerzedzone konary; wszędzie wkradał się i wszystko rdzawił gorzki, lotny pył. Siwa mgła przysłoniła dal. Od kniei wiało gorącym, niezdrowym aromatem, od bagien i jezior zgnilizną. Tylko rzeka oddychała świeżością; odzywała się wdzięcznym szmerem; lecz i ona skurczyła się, obnażając olbrzymie ławice. Zboże rosło i rozwijało się słabo.
Nakoniec suche tumany wypełzły ze swych kryjówek i pokryły okolice płowym welonem. Pod ich zasłoną jasne dni i przejrzyste noce zlały się w jedną szarą, potworną całość. Słońce czerwone, bez blasku przesuwało się nad ziemią, jak księżyc w noc mglistą. Powietrze nabrało cierpkiego smaku i stało się gęste, jak wata, do płuc nie przenikało, w ustach więzło, w gardle dusiło i drapało. W popielatej mgle wszystko wydawało się popielatem. Ptactwa nie było wcale widać: umilkła kukułka, nawet wrony przestały latać. Ludzie i zwierzęta ruszali się niechętnie, leniwo. Kwiaty rozwarły szeroko spragnione korony. Ni kropli rosy, ni najmniejszego wiatru podmuchu... Dzień i noc jednakowo gorące i ciemne!
Tak minęło kilka dni.
I znów poziom Ałdanu bystro podnosić się zaczął; ostatnie śniegi musiały stopnieć w górach. Woda płynęła brudna i mętna. Ryby zupełnie przestały się łowić. Aleksander powiesił sieci na kołku. Jeszcze miał solonej ryby na dni kilka.
— Jedz, córko — oddawał Zosi co lepsze. Dziewczynka jadła niechętnie niezdrową strawę, bladła i chudła. Sam on dawno już nie dojadał i ledwo trzymał się na nogach.
— Nie! Trzeba z tem skończyć! Nie doczekamy się chleba... Trzeba pójść...
Przedtem jednak udał się raz jeszcze nad rzekę, by zobaczyć, czy woda nie opada. Wszędzie wisiały gęste, płowe tumany, ale wrażliwe jego zmysły łowiły już coś, co wróżyło odmianę. Wylew był wstrzymany, od rzeki wiało świeżością. Stał długo i patrzył na bełkoczące pod mgłą nurty. Można już teraz było sutego spodziewać się połowu i to lada dzień. Przetrwają, byle tylko kupić trochę żywności u sąsiadów. Broni można jeszcze było nie składać!
Postanowił iść zaraz. Lecz wahał się, czy wziąć dziecko, bo czuł, że go nie udźwignie. Pięć wiorst drogi! I przytem może nie zastać Jakutów.
— Córuchno, córeczko droga!... nie płacz, nie płacz, nie tęsknij, posiedź spokojnie... Ja zaraz wrócę... Masła, mleka ci przyniosę... kaczątko małe zabiję... Dobrze dziecinko? Ajaks z tobą zostanie, baw się z nim... Ale nie płacz, nie ruszaj nic... Nie lękaj się... Ja wrócę prędko...
— Dobrze... ojczulku... tylko przychodź niedługo.
Wyszedł i zamknął ją na klucz. Odchodząc, w okno jeszcze raz spojrzał i zobaczył bladą twarzyczkę Zosi, która stojąc na ławie, kiwała mu główką i dawała mu znaki paluszkami.
— Bądź zdrowa, dzieweczko! — zawołał z uśmiechem, a Ajaks w głębi domu odszczeknął mu w odpowiedzi.
Zarzucił broń na ramię i ruszył w drogę. Dostanie cokolwiek pożywienia, choćby z pod ziemi miał je dobyć! Ta nadzieja wróciła mu energię i siły. Szedł szparkim krokiem po znanej drożynie. Nad łąkami unosił się lekki wietrzyk i kołysał tumanami a choć nie mógł ich rozproszyć, niósł ulgę i świeżość zmęczonym płucom. Mgła widocznie rzedniała, opadała, wsiąkała w ziemię. Na wschodzie coś ciemnego, bezkształtnego wysunęło się z za gór.
— Ach, żeby to był, deszcz! Za dwa tygodnie mielibyśmy żniwo... Nie pójdę do księcia... daleko!
Wszedł do pierwszej z brzegu jurty. Nie było w niej nikogo, ale cielęta na podwórzu, naczynia, leżące na lawie i na stole i obraz święty pod pułapem, były dowodem, że mieszkańcy nie wynieśli się z chaty. Zaczął więc szukać i znalazł w oborze babę, śpiącą na ziemi. Zbudził ją i wywołał do jurty.
— I ktoś ty, i czego potrzebujesz? — spytała, odgarniając z twarzy kosmyki siwych włosów. Była naga i nie wstydziła się swojej nagości. Brudne, cuchnące jakieś strzępy miała na szyi i ramionach prędzej jako upiększenie, niż odzież. Ciemna, pomarszczona skóra wisiała na niej, nogi były cienkie, w pałąk zgięte i drżące, ręce chude z zakrzywionymi, krogulczymi palcami, trzęsły się także.
Aleksander cofnął się: jeszcze nigdy takiej nędzy nie widział.
Patrzyła nań wyblakłemi, zaropiałemi oczyma i powtarzała bezmyślnie:
— Nic nie mam... nic nie wiem... Jestem głupia, jestem stara!...
— Gdzie ludzie?...
— Wykoczowali... na wyspy. Wszyscy na wyspach... siano... Została stara... Została niedołęga!... — Pokazała ręką, jak koszą i grabią.
— Mleko masz? sprzedaj!
— Wszyscy poszli... pracują... siano... A ja nic nie wiem... Jestem głupia... Byłam gospodynią...
— Cóż jesz sama? Podziel się... Ja ci zapłacę... czy znasz mię? Jestem Liksandra z zachodu...
— Wszyscy poszli... siano.. pracuj... Nic nie wiem, nic nie mam... — powtarzała coraz niewyraźniej, trzęsąc rękami i głową.
— Czy został kto z sąsiadów?
— Nic nie wiem... nic nie mam... dużo lat... pracuj... siano...
Aleksander wyszedł, trzasnąwszy drzwiami.
W sąsiedniej jurcie też na pewno byli ludzie, ale... znikli. Na stole stała niedopita filiżanka ciepłej herbaty, leżały okruszyny drobnej ryby i drewniany rożen, na którym była pieczona.
Wołał długo, ale nikt się nie pokazał. Musiały być same młode kobiety i bały się wyjść do niego.
Udał się do następnej jurty: ta była także pusta. Widocznie wszyscy wyszli do sianożęcia. A więc wyłamie zamek pierwszej lepszej spiżarni, weźmie co mu potrzeba i zostawi za to pieniądze. Nie może przecież umrzeć z głodu. Była to jednak ostateczność, której wolałby uniknąć. Skierował się więc ku Toj, której rodzinę lepiej znał i na szczęście zastał w domu.
Wejściem swojem zrobił widocznie wrażenie. Wszyscy podnieśli się z miejsc, a chłopak wyrostek wyskoczył na dwór i krzyknął na kogoś. Stary gospodarz siedział przed ogniem.
— Kapsie!... Powiedz, cudzoziemcze, co słychać? Po co przyszedłeś?
Aleksander nieproszony siadł na ławie. W głowie czuł zamęt, w całem ciele osłabienie.
— Nakarmij stary, jestem bardzo głodny! — Mój Boże, taki pan! taki łowiec! Dawno nie jadłeś? Toj, podaj sąsiadowi misę mleka... Niech pije! Zbrakło i nam pokarmu: przerwał się połów na rzece, a na jezioro chodzić nie można — sianożęcie! Czasu nie starczy... Ale zawsze bydło mamy... Wielka to pomoc bydło... Głodujemy, ale nie umieramy!
— Sprzedacie mi, spodziewam się, trochę mleka i masła.
— Sprzedać?...
Stary zamyślił się.
— Dlaczego nie sprzedać?... Możnaby sprzedać, ale... niema! Zakazano sprzedawać. Gromada kazała odsyłać cię ze wszystkiem do księcia... Idź do niego; po co masz kupować? on ci darmo da. Nie możemy nie słuchać. Za byka wtedy co ja miałem, aj! aj! Nie uwierzyli, że przemocą wziąłeś.
— Nie uwierzyli, a w skardze napisali. A ty pozwoliłeś!
Stary się zmieszał.
— Cóż miałem robić? Pisarz skargę pisał. Cóż ja mogłem zrobić? Alboż wiedziałem, co napisał? Jestem, jak wiesz, niepiśmienny.
— Dobrze, dobrze! Mniejsza z tem. Lecz nie odejdę stąd bez jadła!
— Cóż, siedź! Izba duża, kąta nie ubędzie. Siedź, a tylko ja słuchać muszę... Idź do księcia. Ja nic nie poradzę, jak inni, tak i ja... podwładny jestem...
Mrugnął znacząco i głową wskazai na wychodzącego robotnika.
— Do księcia daleko. Nie mam gdzie córki zostawić. Żabie oko wyprowadził się.
— I to prawda... Ale sprzedać nie możemy...
— Więc pożycz lub podaruj trochę...
Jakut zamyślił się.
— Nie... niema!... Poradzę ci: jutro córkę przynieś do nas, a sam idź do księcia. Będziesz miał wszystko... Tak myślę!
Aleksander brwi zmarszczył i zdawał się rozważać.
— Zgoda! — rzekł, westchnął i podniósł się. Był może z dziesięć kroków za wrotami, gdy z za węgła wyskoczyła Toj z wiaderkiem.
— Bierz, Liksandra, bierz, tylko nie gadaj! Wiaderko zwróć, nie połam...
Nim spostrzegł, co było w naczyniu, dziewczyna uciekła. Przyniosła mu trochę kwaśnego mleka — „sorat“ i kawałek żółtego masła.
Przed chwilą czuł wielkie rozżalenie, teraz mu coś w duszy pękło i oczy napełniły się łzami. Chciał oddać datek, chciał go powiesić na słupie u wrót, ale się rozmyślił i zabrał.
— Dobra dziewczyna!...
W nadziei upolowania kaczki, którą Zosi obiecał wybrał się z powrotem inną drogą, do okoła jeziora, okrągłego jak talerz. Obszerne, czarne zwierciadło wody stało puste i nieruchome w zielonej oprawie szuwarów. Coś tam pluskało się w sitowiu, lecz milkło, skoro Aleksander się przybliżał. Próbował straszyć tyczką, ale chowało się jeszcze głębiej. Czas upływał na daremnych wysiłkach. Wreszcie kilka jakichś głupszych widocznie kacząt wysunęło się na gładką wodę, ale na widok głowy Aleksandra, wznoszącej się nad trawami, dały napowrót nurka w gęstwinę. Pozostało jedno tylko pisklę, które tak bardzo kwiliło i tak było małe, że Aleksander pożałował naboju. Tymczasem starka wypłynęła na kraj sitowia i ostrożnie głosem i ruchem starała się pisklę przywabić. Podpełznął nieznacznie ku niej, wlazł na pień powalonego drzewa, przygotował broń i chrząknął. — Cisza, poczem dał się słyszeć słaby plusk, trwożne, cichutkie kwakanie i stara kaczka wypłynęła cokolwiek dalej na wody; zatrzymała się i, wyciągnąwszy szyję, zaczęła uważnie to jednem okiem, to drugiem oglądać brzeg. W tej chwili rozległ się strzał i ptak z przeraźliwym krzykiem nizko poleciał nad wodą. Aleksander powtórnie strzelił w lot. Kaczka spadła, ale nie przewróciła się: pływała, kwacząc żałośnie, bijąc złamanem skrzydłem i oglądając się na dzieci. Te śpiesznie płynęły do niej zbite w gromadkę, po szyję pogrążone w wodzie. Aleksander nabił broń i jeszcze raz wystrzelił. Tym razem wywróciła się i rozpostarła skrzydła.
— Wiwat! Będzie obiad, jakiego Zosia już dawno nie miała!
Czapkę zdjął, na czapce broń kurkami położył i zaczął pośpiesznie się rozbierać. Teraz dostrzegł dopiero zaszłe w dolinie zmiany.
Znikła mgła, ale niebo choć czyste, miało brzydki stalowy połysk. Po nim od wschodu toczyły się kłębuszki kędzierzawych, czarnych jak smoła obłoczków. W pogoni za nimi leciały palące podmuchy wiatru. Z za gór, miedzianą piersią opierając się o ich szczyty, podnosiła się potworna czarno-ruda chmura. Dokoła niej uwijały się stada strzępiastych obłoków, a ona wyciągała kosmate łapy, jak gdyby chciała wszystkie je zagarnąć i w siebie wchłonąć. Leciała ku słońcu! Na cały widnokrąg rozpuściła skrzydła, a za nią cień siny biegł po ziemi, przykrywał góry, lasy, łąki i wody. Ogarnęła już pół nieba i pół ziemi, i spotkała się nakoniec z promieniami zachodzącego słońca. Na rozczochranej jej grzywie błysnęła szeroka tęczowa przepaska, wybiegające z pod niej sploty wiatr szarpał i rozdymał, aż deszcz spadł zasłoną na zasępione oblicze burzy i stopił w jedno cień ziemi i nieba. Niby gniewu spojrzenia przelatywały po niej błyskawice; grzmot przybliżał się, rósł, potężniał.
Umilkło ptactwo, woda jeziora jakby zmartwiała, szuwary stały osłupiałe, z głębin lasu płynęły upalne wonie. — Nawałnica przybliżała się, pomrukując groźnie. Przed nią uciekał orzeł z rozpiętymi skrzydłami. Długo migotał w słońcu jak złoty, а był tak wysoko, że wydawał się drobny, niby motyl. Wreszcie ogarnęła go fioletowa opona burzy i zniknął. Wicher zerwał się i uderzył o ziemię.
W tej samej chwili Aleksander wracał z kaczką do brzegu. Nagle podniosła się fala, pianą bryznęła mu w twarz i przeskoczyła przez głowę. Musiał jak pies wziąć zdobycz swoją w zęby, gdyż obie ręce stały mu się teraz potrzebne. Płynął z trudnością, fale uderzały o niego, długie ślizkie wodorośle obwijały mu członki niby macki zbudzonych ze snu polipów. Ostatnia fala z taką siłą rzuciła go na trzciny, że poranił sobie dłonie i kaczki o mało nie zgubił. Dzwoniąc zębami, ubierał się pod strugami ulewy i z przerażeniem myślał o Zosi.
A tymczasem uragan ryczał, wył, tarzał się po dolinie. Grom huczał, przelatywały błyskawice, las bałwanił się, jak woda. Aleksander z trudnością odnalazł wiaderko, które schował był w krzakach i zmoczony do nitki, pędem puścił się ku domowi. Nie mógł jednak biedz szybko: tamowały mu drogę potoki, spływające z pochyłości, kamienie, lecące pod nogi, gałęzie; oczy zalane wodą, oślepione błyskawicami nie widziały ścieżki przed sobą — zdawała się bez końca; serce biło w piersi, jak młotem.
Minął wreszcie gaj, co mu widok na sadybę zasłaniał i w świetle błyskawicy zobaczył swoją jurtę przez mglistą deszczu zasłonę. Odetchnął swobodniej: piorun jej nie zapalił, stoi. Zwolnił kroku, ale gdy był już blizko, gdy minął węgieł domu, stanął jak wryty. Szyba z okna była wyjęta, deszcz i wicher wpadały do wnętrza, na stole stała zapalona łojowa świeca. Ajaks siedział na ziemi i żałośnie spoglądał w okno; ujrzawszy pana, wstrząsnął uszami i zaskomlał radośnie.
Drżącymi rękami Aleksander oderwał zamek ode drzwi.
Zosi nie było w izbie.
— Zosiu!... Zosiu!... — wołał, przeglądając wszystkie kąty.
Wyskoczył na deszcz i pobiegł drogą prowadzącą do jurty Żabiego Oka.
— Zosiu! Zosieczko!... — powtarzał z jękiem prawie, Ajaks biegł za nim, skakał i lizał mu ręce.
Obszukał wszystkie skrytki w opuszczonej siedzibie, obmacał ściany, dziury, kąty; zapalił łuczywo, wołał, hukał. Wszystko daremnie.
— Boże mój. Boże!...
Nie wierzył sobie, nie wierzył temu, co się stało. Prawie obłąkany wypadł znowu na ulewę.
— Zosiu!... Zosieczko!... — wołał ochrypłym już głosem, lecz krzyk jego ginął w ogólnym zamęcie. Usłyszał go tylko Ajaks i stanął przed panem z podniesionym do góry łbem. Aleksander spojrzał na niego i nagle błysnęła mu myśl.
— Ajaks szukaj... szukaj Ajaks! Pójdź, szukaj...
Pies machał ogonem, zdawał się wyrażać gotowość, szczeknął nawet, ale się nie ruszył... Nie wiedział, o co chodzi.
Aleksander pospiesznie wrócił do domu, odszukał koszulkę Zosi i dał psu powąchać.
— Ajaks pyf!... na masz!... szukaj!... — koszulkę przytykał mu do pyska i ręką ukazywał w ciemność. Sam biegł naprzód i psa przyzywał. Ten zupełnie stracił głowę, rzucał się jak szalony, ale wciąż do pana powracał.
— Ajaks, szukaj... poczciwy... kochany psina... — jęczał, przytulając rozpaloną twarz do mokrego cielska zwierzęcia.
Pies podskoczył z radosnym skowytem i liznął go w twarz, potem rzucił się na ziemię i podniósł wszystkie łapy w górę. Dawno już pan go tak nie pieścił, takich łaskawych słów nie mówił. Aleksander schwycił się za głowę.
— Nie... nie! — powtarzał z rozpaczą, czując, że nogi gną się pod nim. Siadł na pniu ściętego drzewa i zakrył oczy ręką, by choć na chwilę oderwać się od otaczającego go łoskotu burzy i zebrać myśli. Siekła go zimna ulewa, blask błyskawic przez zamknięte powieki do mózgu wnikał, szum burzy unosił gdzieś niezmiernie daleko.
— Nie... nie!... Trzeba pomyśleć..., jakie zna drogi. Może poszła do łachy... Może tam, gdzie już ją raz znalazłem... Może zobaczę gdzie ślady... Powoli... spokojnie... Muszę być spokojny!...
Powstał i zaczął iść nachylony, z oczyma wlepionemi w ziemię, starając się przebić wzrokiem ciemności, rozświecane chwilowymi błyskawicami. Z niecierpliwością wyczekiwał każdej, zdawało mu się, że wieki upływają między pojawieniem się jednej, a drugiej, a tymczasem one były tak częste, jak uderzenia krzyżujących się mieczy. Ajaks też nos spuścił ku ziemi, biegł i drogę obwąchiwał. W jednem miejscu dłużej się zatrzymał. Wielka błyskawica oświeciła kałużę wody i tuż obok czochratej kępy coś drobnego, białego na ziemi; lecz znikła nim oczy jego to coś rozpoznać mogły. Więc nie ruszał się i ze wzrokiem wlepionym w to miejsce czekał następnej. Z błyskiem rzucił się i podniósł... lalkę Zosi. Teraz ukląkł i jeszcze niżej się nachylił i czekał blasku... Miał nadzieję zobaczyć ślad...
Palcami szukał ostrożnie, czy nie namаса zagłębień w błocie. Zdawało mu się dotykać czegoś, co mogło być śladem, ale tak rozmytym, że trudno było rozpoznać.
— Zosiu!... Zosiu!... Ajaks!...
Psa nie było. Wezwany, wyskoczył naprzód, lecz nie przybiegł. W świetle błyskawicy zobaczył go Aleksander, stojącego w pewnej odległości, machał ogonem i patrzał na niego.
— Szukaj... szukaj, Ajaks! — zawołał.
Słyszał, jak pies rzucił się w zarośla i coś jakby jęk doleciało go stamtąd. Tłumiąc oddoch, posuwał się, słuchał i nawoływał.
— Zosiu!... Ajaks, szukaj!...
Ajaks znów podbiegł do niego, potem odskoczył, stanął nad czemś dużem i ciemnem i szczeknął.
Tak, to było jego dziecko! Leżała w błocie, rękami obejmowała sobie główkę, a twarzyczkę wtuliła w kępę; drżała i jęczała cichutko. Porwał ją na ręce radośnie, przycisnął do piersi i pędem zawrócił ku domowi.
Rozebrał dziecko w mgnieniu oka, położył na suchą pościel i rozniecił suty ogień. Potem rzucił przemokłe i zabłocone ubranie i wytarł się ręcznikiem do sucha. Ożywcze ciepło rozlało się po jego zmęczonych i skostniałych członkach. Postawił czajnik na ogniu. Zosia jęczała wciąż i miała oczy zamknięte.
— Zosieńko... dziewczynko moja!... Otwórz oczki... spojrzyj!... To ja, twój ojciec...
Powieki dziecka drgnęły, ale nie otworzyły się; podniosła rączkę i położyła ją na jego twarzy. W takiej postawie ucichła powoli i usnęła. We śnie dostała gorączki i nawet bredzić zaczęła. Aleksander wlał jej w usta roztworu chiny, której proszek chował, jak skarby największe. Sam, by się pokrzepić wypił wzorem krajowców spodek ciepłego topionego masła i zjadł kwaśnego mleka. Nad ranem zdrzemnął się przy dziecku.
Obudził go krzyk.
— Ojczulku, ja się boję!... Niedźwiedzie chodzą wokoło... ryczą... Nigdy nie będę... Nie bij mię, ojczulku!...
Siedziała na pościeli i wyciągała do niego rączki. Gęste złote włoski rozsypały się dokoła jej główki, twarzyczka pałała, w błękitnych oczach matowiał się przestrach. Była żywym obrazem matki i przypomniała mu tę chwilę, kiedy Julię zobaczył w jurcie jakuckiej, witającą go z wyciągniętemi ramionami.
Zaczął ją pieścić, kołysać na ręku, aż utulił i znowu usnęła. — Sam jednak nie mógł już spać. Wyszedł przed dom, by się orzeźwić, pomyśleć.
Dolina wstała po burzy czysta, odświeżona, radośna. Niebiosa miały błękit skąpanego w wodzie bławatka; nigdzie ni kurzu, ni tumanów nie było śladu. Znikły żółte plamy spalenizny, kwiaty podniosły główki i barwne, jaskrawe, jak gwiazdy zabłysły wśród traw. Zioła obmyte, wilgocią napojone, rozkosznie rozwijały kędzierzawe swe liście. Lasy oblane wschodzącem słońcem, rzucały cień chłodny, złotemi przenizany strzałami. W głębi odzywała się kukułka, świergotały ptaki. Poranek był piękny, iż myślećby można, że to wiosna zjawiła się powtórnie.
Aleksander z rozkoszą wdychał powietrze, jak kryształ czyste i patrzał — wpatrywał się w bory, jak gdyby chciał oczy widokiem ich nasycić. Postanowił odejść stąd. W jednej chwili rozważył i zdecydował. — Niech z nim robią, co chcą. Musi ratować dziecko! Jeśli go ukarzą za samowolę i wyślą gdzie dalej, to gorzej pewnie nie będzie. Postara się na nowem miejscu starych nie popełnić błędów, stworzyć sobie inne, bardziej ludzkie stosunki. Ze wszystkiem się pogodzi, wszystko przeczeka... Ta placówka stracona. Zwyciężyli go; czuje, że się lękać zaczyna, czuje się słabym i winnym. Lepiej odejść, niż poprawiać omyłki... Więc odejdzie, jak można najprędzej. Ale jak? Nie chciał iść do księcia i żądać, by go odwieźli. Nie dlatego, żeby mu wstyd było, bo było mu obecnie wszystko jedno; nie dlatego, żeby wątpił, iż Jakuci odwieźć go zechcą, ale że do księcia było 15 wiorst, że mógł go nie zastać, koni nie dostać, a nie chciał, już czekać ani dnia, ani godziny. Pójdzie więc prosto piechotą, a dziecko na plecach zaniesie. Noszą przecież cyganki nie wiele mniejsze dzieci, a Węgrzy całe paki towarów. Dziecko nie mogło ważyć więcej nad funtów pięćdziesiąt. Cóż to znaczy dla niego! i co znaczy siedmdziesiąt wiorst lasu w takiej potrzebie!
Zabrał się niezwłocznie do pakowania w kufry rzeczy, które zostać miały; wiązał je sznurami i opieczętowywał. Gmina odstawi je do zarządu Ułusa, a potem pójdą dalej jego śladem. On tu nie wróci... Niech co chce będzie, nie wróci...
Broń wyczyścił, nasypał pełen róg prochu, odlał kilka kul i nabił jedną lufę śrutem, a drugą — kulą na wypadek niedźwiedzia. Nóż obejrzał, naostrzył, odzież poprawił, do obuwia przyszył nowe podeszwy i rzemyki; zapiął się, pas podciągnął, fałdy wyrównał, aby wszystko leżało gładko, nic nie wisiało, nie zawadzało, nie czepiało się. Kaczkę, wczoraj zabitą, ugotował i połowę zjadł, połowę włożył do tłomoczka. Zosię nieprzytomną i rozpaloną, jak węgiel, zmusił wypić trochę rosołu, potem ją ubrał we wszystko czyste i suche, posadził na pled i jego końce zarzucił sobie na plecy. Do pasa przyczepił z jednego boku kociołek, z drugiego — kobiałkę z kory brzozowej, szczelnie zamkniętą, w której znajdowały się resztki masła i kwaśnego mleka. Broń powiesił na ramię, kij wziął do ręki i świsnął na psa.
Na zakręcie stanął i obejrzał się na swoją sadybę. Nie czuł żalu. Spojrzenie jego obojętnie przesunęło się nad błękitną przepaścią Ałdanu, objęło potężne modrzewie gaju, ubogą jurtę, obsypaną ziemią i trawą porosłą, której okna, jako przezorny gospodarz, zabił deskami. Przez tyle lat oglądał co rano wzgórek sosnowy i łąki naprzeciw i srebrne jezioro... i nie wzruszało go, że nie zobaczy ich już nigdy. Ale pomyślał o Jakóbie, który w tym głuchym kącie miał pozostać zupełnie samotnym. Jakże mu będzie przykro, gdy się dowie, że odszedł może na zawsze... bez pożegnania, bez uścisku!... I wzrok jego w przelocie spoczął na polu jęczmienia. Gęste, bujne kłosy pokotem legły po burzy, lecz już w niektórych miejscach próbowały podnieść i wyprostować zgięte, w pałąk łodygi. Ciepły, łagodny wietrzyk głaskał je i dźwigał, szeleszcząc długimi ich wąsami. — W duszy Aleksandra zadrgało bólem uczucie. Tu on znał każde źdźbło, każdy kłos, sam pełł je i pielęgnował, każdą niemal grudkę ziemi własnemi przecierał rękami; na każdym wbitym kołku zostawił cokolwiek własnej duszy i ciała! Odejdzie, a piołuny znowu pole zarosną, płot Żabie Oko zabierze i na kominie spali. Nic po nim nie zostanie... prócz legendy, że był tu ongi obcy szatan, co ziemię chciał zabrać Jakutom, nie spał po nocach, błądził i straszył, a miał córkę złoto-włosą i złego, czarnego psa.
Machnął ręką i ruszył naprzód szerokim, żołnierskim krokiem, chyląc się mocno pod ciężarem swoim na plecach.
Nawałnica wygładziła ścieżynę. Pierwsze dziesięć wiorst przeszedł swobodnie, ale im dalej zapuszczał się w las, rósł upał i droga stawała się coraz gorszą. Uszedł jeszcze trzy wiorsty i poczuł, jak strasznie wyczerpują się jego siły.
Dziecko nie wracało do przytomności, rozpalone jej ciałko piekło go w plecy, jak zarzewie; końce pledu wrzynały mu się w odparzone ramiona. Wszystkie drobiazgi, tak lekkie przy wyjściu, nabrały ciężkości ołowiu, zaczęły przeszkadzać i odzież w dół ciągnąć. Gdzie mógł oprzeć się, stawał i odpoczywał choć chwilkę, ale myśl o powrocie ani przychodziła mu do głowy. — Uszedłszy trzecią część drogi, zatrzymał się dłużej, rozniecił ogień, posilił się i zrobił herbaty.
Dalsza droga prowadziła między górami. Drożyna biegła po spadzistości. Wysoki, gęsty las wznosił się z obu stron, a tam — na dole, w głębi błyskała woda między wierzchołkami drzew i falami zieleni. Słońce zachodziło w parowie. Chciał na noc zatrzymać się nad brzegiem wody. Szedł raźno, mniej czując rany i odparzenia na nogach.
Stanąwszy nad rzeczką, nałamał przedewszystkiem modrzewiowych gałązek i urządził Zosi posłanie, poczem rozpalił ogień i postawił Ajaksa na straży przy dziecku, a sam poszedł w zarośla, gdzie widział przed chwilą kuropatwy. Wkrótce powrócił z jedną i miał smaczną wieczerzę. Dziecko nic jeść nie chciało. Noc przesiedział oparty o drzewo, zdjął tylko obuwie, aby ochłodzić stopy, broń położył przy sobie, a śpiącą dziewczynkę trzymał na ręku, bojąc się ją położyć na wilgotnej ziemi. Ajaks cisnął się także do niego, wystraszony niezwykłością otoczenia. Kilka razy wydało mu się, że słyszy wycie, głosy jakieś w zaroślach i podejrzany plusk i trzask nad rzeką. Kładł wówczas dziecko na trawę, dorzucał świeżych gałęzi na ogień i z odwiedzionymi kurkami, a mocno bijącem sercem słuchał i wpatrywał się w ciemności.
O wschodzie słońca ruszył dalej. Upał był straszny, on czuł się tak wyczerpany, że chwilami myślał, iż nie dojdzie. Najcięższym jednak do przebycia okazał się kawałek drogi od pierwszych płotów do pierwszej sadyby.
Szedł, zacisnąwszy zęby, spuściwszy oczy, aby nie widzieć kołków i żerdzi — drażniących dowodów błizkości ludzi, których wciąż jeszcze nie było.
— Cudzoziemiec! A jaki zmęczony!... Coś niesie... Dziecko! — zawołała stara Jakutka, gdy chwiejnym krokiem wszedł do jurty i zdjął z pleców pled z Zosią.
— Co się stało?... Piechotą, mój Boże!... Odpowiedz!... Czy nieszczęście jakie? — pytała.
Znali go tutaj; nieraz dawniej, przejeżdżając, konia u nich karmił.
Nie odpowiadał, nie mógł mówić: wzruszenie ściskało mu krtań. Napoili go zimną śmietanką, posadzili na ławie. Powiedział im, że śpieszy z chorem dzieckiem do zarządu Ułusa, skąd ruszy dalej do miasta, że przyszedł piechotą dla uniknięcia straty czasu.
Gospodarz kiwał głową zdziwiony. Do Ułusa zostało jeszcze pięć wiorst, więc Jakut za pół rubla zgodził się odwieźć go natychmiast i zaprzągł swego byka do skrzypiącego drewnianego wozu.
Tu już zaczynała się kultura.
— Pan sam przyjechał? Skąd-że się pan dowiedział? — przyjął go ze zdziwieniem pisarz Ułusa. Myśmy przecie nie posłali jeszcze księciu papieru... Okazyi nie było...
— Jakiego papieru?
— То pan nie wie?... Wielka łaska... pozwól pan powinszować sobie... Wracasz do kraju!...
Wargi i ręce Aleksandra poczęły drżeć, jak liść osikowy.
— Pokażcie papier.
— Owszem, chętnie... Oto on... A ja myślałem, że się pan dowiedział, że towarzysze z miasta napisali! Dawno należało wysłać, mówiłem wójtowi, ale... sianożęcie, nikt nie jechał!... A cóż gospodarstwo?
Aleksander głowę pochylił, czytał, a gorzkie, palące łzy padały na papier.

Świack 1 maja 1896 r.


Przypisy

  1. Nosleg — jednostka jakuckiego samorządu, odpowiadająca gminie włościańskiej. Jakuckie osady nie tworzą wsi, ale oddzielne kolonie, rozrzucone częstokroć na olbrzymiej przestrzeni. Są gminy rozległości naszych powiatów, nawet guberni.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Wacław Sieroszewski.