Benito Juarez/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol May
Tytuł Benito Juarez
Pochodzenie cykl Ród Rodriganda
Data wydania 1926
Wydawnictwo Spółka Wydawnicza Orient R. D. Z. East
Drukarz Zakł. Druk. „Bristol”
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


KAROL MAY
=============================================================


BENITO JUAREZ

cykl

RÓD RODRIGANDA

POWIEŚĆ


EAST - Spółka Wydawnicza "Orient" R.D.Z. logo.jpg



EAST
Nakładem Sp. Wyd. „ORIENT“ R. D. Z. 1926
WARSZAWA




Składano i tłoczono w Zakł. Druk.
BRISTOL
Warszawa, Elektoralna 31.

Copyright 1926 by „ORIENT“ Warsaw
Printed in Poland





I
DEKRET

Zanim posuniemy się dalej wślad za biegiem zdarzeń, musimy wrócić do października roku 1865, wypadki bowiem z tego czasu posiadają ścisły związek z wypadkami, które pragniemy opowiedzieć.
Minąwszy bramę Palacio imperiale w stolicy Meksyku, wchodzimy po schodach do pokoju recepcyjnego, w którym zwykle cesarz Maksymiljan konferował z wysokimi dygnitarzami.
Maksymiljan, oparty plecami o stół, spogląda na wielki arkusz papieru, który trzyma w ręku. Oczy mu błyszczą, policzki zaczerwienione zdradzają wzburzenie.
Stoi przed nim jeden z ministrów, śledzi wzrokiem każdy ruch władcy. Niedaleko okna, w fotelu, piękna, pełna cnót cesarzowa. Posiada więcej energji od swego męża. Maksymiljan, to natura miękka, marzycielska, refleksyjna. Ona zaś myśli o rzeczach realnych, dąży do blasku i zaszczytów.
Minister przestał przed chwilą mówić, cesarz odpowiada:
— Żąda pan natychmiastowej decyzji?
— Najjaśniejszy Panie, proszę o to.
— Jestem zdecydowany...
— Odrzucić? — rzekła szybko cesarzowa.
Maksymiljan zapytał z uśmiechem:
— Zdecydowałaś już najdroższa?
— Tak jest.
— Czy mogę wiedzieć, jaka jest twa decyzja?
— Przedstawione nam argumenty w tak ważnej sprawie rozwiewają wszelką wątpliwość. Zgadzam się w zupełności.
Maksymiljan zwrócił się do ministra i, skinąwszy głową, rzekł:
— Jak pan słyszy, wyprzedzono mnie. Oświadczam więc, że nietylko gotów jestem do podpisania dekretu, lecz napiszę go własnoręcznie i dam do asygnacji ministrom.
— Dziękuję, Najjaśniejszy panie, — rzekł minister, składając głęboki ukłon. — Zadaniem mego zawodu i życia jest oddawanie wszystkich sił krajowi i cesarzowi. Jestem przekonany, że krok ten pozwoli nam przezwyciężyć wszystko, co dotychczas stanowiło przeszkodę. Ten krok jest koniecznością.
— Ma pan rację, drogi panie, zajmę się...
Wszedł dyżurujący oficer i zameldował:
— Generał Mejia.
— Niechaj wejdzie!
Dziwna rzecz, że cesarzowa wstała natychmiast i wyszła. Pożegnawszy Maksymiljana, minister we drzwiach spotkał się ze sławnym generałem. Przywitali się chłodnymi ukłonami, nie patrząc wcale na siebie.
— Witam pana, generale! — rzekł Maksymiljan. — Przychodzi pan w szczęśliwą godzinę.
Poważny Indjanin uśmiechnął się serdecznie i szczerze na widok zadowolonej twarzy władcy i rzekł:
— Jestem szczęśliwy, że słyszę te słowa, Najjaśniejszy Panie. Oby Bóg dał wam i krajowi więcej takich godzin!
— Wierzę, że od dziś tak będzie.
— Czy wolno zapytać, na jakiej podstawie?
— Tak; mam zamiar wydać ważny dekret. Niech pan czyta.
Maksymiljan podał generałowi projekt dekretu i oddalił się do okna, aby mu nie przeszkadzać.
W miarę czytania, brwi generała ściągały się groźnie, w oczach wschodził błysk gniewu i usta drgały coraz gwałtowniej. Po chwili usłyszał Maksymiljan szelest papieru. Odwróciwszy się, zobaczył generała w najwyższym gniewie. Mejia stał w środku pokoju, trzymając w zaciśniętej pięści dekret cesarza.
— Najjaśniejszy Panie, kto jest autorem tej — nędznej ramoty?
Rozgoryczony generał zapomniał o formach dworskich.
Dobrotliwego cesarza dotknęło to boleśnie. Rzekł poważnie:
— Ależ, generale!
— Najjaśniejszy Panie! — odparł Mejia, składając głęboki ukłon.
— Gdzie jest mój projekt?
— Tu, Najjaśniejszy Panie.
Po tych słowach generał wygładził papier, o ile to było możliwe, i podał cesarzowi.
— W jakimże stanie pan go zwraca? Czy moje papiery są odznakami kotyljonowemi?
Maksymiljan rozgniewał się nie na żarty. Mejia odparł:
— Najjaśniejszy Panie, pokornie proszę o przebaczenie. Popełniłem to przestępstwo tylko ze względu na wasze dobro.
— Nie należało przesadzać.
Twarz Mejii nabrała dziwnego wyrazu. Maksymiljan znał dobrze ten wyraz, który był dowodem, że w sercu generała rozpętał się wulkan.
— Jeżeli Najjaśniejszy Pan nie może mi przebaczyć, w takim razie wymierzę sobie sam największą karę — rzekł Mejia. — Czy wolno mi odejść?
Podszedł do drzwi, nie czekając na odpowiedź.
— Stać!
Na ten okrzyk cesarza, generał zatrzymał się.
— Czytał pan dekret do końca?
— Tak jest, Najjaśniejszy Panie.
— Nazwał go pan nędzną ramotą. Dlaczegóż się panu nie podoba?
— Czy mogę mówić szczerze, Najjaśniejszy Panie?
— Proszę o to.
— Gdyby najzacieklejsi wrogowie cesarstwa, pragnący jego zguby, wydali w waszem, Najjaśniejszy Panie, imieniu manifest, nie wybraliby innych słów, niż te, które przeczytałem w dekrecie.
— Dziwny pogląd.
— To pogląd słuszny, Najjaśniejszy Panie.
— Moi poddani muszą się wreszcie przekonać, że jestem cesarzem.
— Nie przekonają się.
— Generale, to brzmi jak obraza.
— Rozkazano mi mówić prawdę. Meksykanie będą uważali każdy dekret za dzieło Francuzów.
— Cóż z tego? Mimo to przeprowadzę mój plan.
— Najjaśniejszy Panie, zabijcie mnie, lecz nie ogłaszajcie tego dekretu! Znam mój naród, znam Meksyk, zdaję sobie sprawę, jakie skutki pociągnie za sobą ogłoszenie dekretu. Wywoła w całym kraju oburzenie.
— Generale! — zawołał cesarz, obrzucając Mejię gniewnym wzrokiem.
— Najjaśniejszy Panie!
Maksymiljan pamiętał jednak, co zawdzięcza Mejii. Uspokoił się więc i rzekł:
— Niech mi pan pozwoli na obronę dekretu.
— Najjaśniejszy Panie, jeżeli dekret wymaga obrony, w takim razie...
— Chce mnie pan naprawdę rozgniewać?
— Ależ nie; już milczę.
— Niech więc pan słucha.
Cesarz zaczął się usprawiedliwiać:
— Jak panu wiadomo, wszystkie większe miasta i porty w kraju są w naszej mocy.
— W mocy Francuzów, Najjaśniejszy Panie.
— To przecież wszystko jedno! Francuzi są naszymi sprzymierzeńcami.
— Przeczuwam, że opuszczą kraj, i mam wrażenie, że miasta i porty pozostawią nie nam, a republikanom.
— Jak zwykle patrzy pan przez czarne szkiełka. Jesteśmy panami kraju. Juarez uciekł do El Paso; powiadają nawet, że zupełnie opuścił Meksyk. Nadszedł więc czas, aby ogłosić nasze stanowisko.
— Zgoda. Cóżto za stanowisko, Najjaśniejszy Panie?
— Uspakające, a zarazem niszczące. Mimo, że kraj jest w mojej mocy, krety mają odwagę ryć pod ziemią. Należy do nich Pantera Południa, Cortejo i jeszcze kilku przywódców. Oświadczam w dekrecie, że każdego republikanina będę od dziś karać, jak zwykłego bandytę, rozbójnika i przestępcę. Od dziś republikanie wyjęci są z pod prawa. Ogłaszam, że każdy republikański oddział uważać będę za szajkę zbrodniarzy, każdy schwytany uczestnik tej bandy będzie w przeciągu dwudziestu czterech godzin rozstrzelany.
Mejia odparł:
— Bandyci? Rozbójnicy? Rozstrzelanie? Ponawiam moją prośbę, Najjaśniejszy Panie. Chętnie złożę głowę na pieńku, lecz wy, Najjaśniejszy Panie, wstrzymajcie swój dekret!
— Nie chcę pańskiej głowy, jak nie chcę wstrzymania dekretu. Doświadczeni mężowie stanu radzili nad wszystkimi jego szczegółami.
— Ci doświadczeni mężowie nie znają Meksyku. Przewidzieli wszystko, prócz jednego, o czem, niestety, mówić mi nie wolno, a co chciałbym powiedzieć jak najgłośniej.
— Dlaczegóż nie wolno?
— Boję się niełaski mego cesarza.
— Niech pan mówi bez lęku, generale.
— Więc dobrze! Oświadczam, że ogłoszenie tego manifestu będzie dla was, Najjaśniejszy Panie, wydaniem na siebie samego wyroku śmierci.
Krew spłynęła z policzków cesarza. Generał miał wrażenie, że się gwałtownie przestraszył. Ochłonąwszy nieco, Maksymiljan rzekł po chwili:
— Wyrok śmierci? Jak łatwo mówi pan o rzeczach niemożliwych, a równocześnie potwornych!
— Tak jest, Najjaśniejszy Panie. Mam nadzieję, że Najjaśniejszy Pan przyzna, iż prawdziwy Meksykanin jest prawym właścicielem swej ziemi,...
— Przyznaję — rzekł cesarz.
— ...musi więc mieć prawo — ciągnął generał — bronienia tej ziemi przed obcą, niesprawiedliwą okupacją.
— Okupacją? Niesprawiedliwą? Mam wrażenie, że to słowa zbyt mocne.
— Mówię teraz językiem republikanina. Niech Najjaśniejszy Pan spróbuje wejrzeć w sytuację tych ludzi! Powiadają: — Kraj należy do nas, czegóż więc chcą Francuzi? Chcą pieniędzy, bogactw naszej ziemi; chcą nam zabrać żony i córki. Są więc rozbójnikami. — Cóż dają wzamian? Cesarza! — Pocóż nam cesarz, nie potrzebujemy go, mamy prezydenta. — Napoleon boi się swego ludu, musi więc zaprzątnąć czemś umysły malkotentów. Postanowił nakarmić fantazję poddanych wielkiem widowiskiem wojennem. Aranżuje wojnę w Meksyku za pośrednictwem cesarza Maksymiljana. Pochlebia to Francuzom, dodaje sławie nowego blasku. Dla fantazji Napoleona Meksyk ocieka krwią, cierpi męki, niszczeje.
— No, tak źle nie jest! — odparł cesarz.
— Owszem. Meksykanin musi być republikaninem, musi bronić kraju i domostwa przed obcym najeźdźcą. Czy dlatego jest bandytą, którego należy rozstrzelać w przeciągu dwudziestu czterech godzin?
— Każdy Meksykanin powinien poddać się nowym warunkom.
— Czy wynika z tego jednak, że należy traktować przeciwnika jak bandytę?
— Oczywiście, że tak, jeżeli inni poniechali oporu.
— Dobrze, przypuśćmy, że i to jest słuszne. Któż jednak może przewidzieć, że pokonany nie podniesie się z upadku i nie zostanie zwycięzcą?
— Możliwość taka oczywiście istnieje.
— A więc w takim razie będzie poprzedniego zwycięzcę uważał za bandytę.
— Obawa o to nie istnieje w Meksyku.
— Dałby Bóg, aby się Najjaśniejszy Pan nie mylił. Mam jednak wrażenie, że właśnie w Meksyku obawa ta istnieje. Lud meksykański jest wulkanem, a Juarez...
— Nieszkodliwy.
— Chociaż zaszył się w najodleglejszy zakątek kraju, Juarez posiada jeszcze przemożny wpływ.
— Ułaskawię go.
— Będzie szydził z ułaskawienia. Oświadczy, że to on, jako prezydent kraju, ma prawo ułaskawić niejakiego Maksymiljana Habsburga.
— Wezwę go do siebie.
— Nie przyjdzie.
— Czy nie przyjdzie również w tym wypadku, jeżeli go zamianuję prezydentem najwyższego trybunału?
— Był nim niegdyś. Teraz jest prezydentem kraju.
— Generale! Teraz obraża mnie pan naprawdę.
— Już milczę. Niech mi tylko Najjaśniejszy Pan pozwoli jeszcze zapytać, czy dekret będzie podpisany?
— Tak, jutro.
— Najjaśniejszy Panie, błagam, nie czyńcie tego!
— To rzecz postanowiona. Tak się stanie, generale.
Mejia ukląkł przed cesarzem.
— Najjaśniejszy Panie! Z chwilą podpisania, pod murami twierdzy, w miejscu, w którem się klęczy z przepaską na oczach, będzie na was czekać grób. Nie opuszczę was, Najjaśniejszy Panie; dzień waszej śmierci będzie i moim dniem ostatnim. Błagam nie ze względu na siebie, ani na nikogo innego, tylko ze względu na was, mój cesarzu. Nie czyńcie tego!
— Niech pan wstanie, generale! — odparł Maksymiljan rozgniewany.
— Nie wstanę, dopóki...
— Rozkazuję, by pan wstał! To jakieś fantazje!
Cesarz mówił tonem chłodnym, niemal ironicznym. Dzielny, bohaterski generał nie znosił tego tonu. Wstał więc z klęczek, popatrzył litościwym wzrokiem na cesarza i zawołał:
— A więc nie mogę mieć żadnej nadziei?
— Żadnej. Nawet cesarzowa jest tego samego zdania, co ja.
Mejia zbladł i odparł:
— Pozostaje mi więc tylko milczenie. Aby jednak godzina ta i słowa moje nie zostały zapomniane, przypieczętuję je żelazem.
Wyciągnął sztylet i rzucił w kierunku ściany z taką siłą, że broń wbiła się aż po rękojeść. Potem skłonił się cesarzowi i wyszedł.
Maksymiljan popatrzył na miejsce, w którem utkwił sztylet i rzekł:
— Czy to zły znak? Może się mylę?
Nie miał jednak czasu zastanowić się nad położeniem, bo niebawem właśnie umocnił go w decyzji generał Miramon, w którym cnoty obywatelskie bynajmniej nie obrały sobie siedliska.
Dekret został ogłoszony. Maksymiljan podpisał go własnoręcznie, sam wydając na siebie wyrok śmierci.
Wiadomo powszechnie, że Basaine żądał bardzo energicznie ścisłego trzymania się litery dekretu. Rozstrzelano więc setki republikan, nie darowano wysokim generałom. Generałowie Salazar i Arteaga, nieustraszeni męczennicy za niepodległość kraju, zostali straceni.
Nemezis, działająca zwykle bardzo wolno, zemściła się tym razem niezwykle szybko...


∗             ∗

Przez równinę, ciągnącą się między San José de Parral a Chihuahua, pędził oddział jeźdźców. Były to dwa szwadrony szwoleżerów francuskich. Oddział odbył widocznie długą podróż; konie były zmęczone, jeźdźcy zgarbieni, wyczerpani.
Gdy się jednak woddali ukazały kontury Chihuahua, wyprostowali się na siodłach, zwierzęta zaczęły rżeć, prychać i rwały z kopyta.
Na czele oddziału jechał oficer średniego wieku, z twarzą pooraną bliznami. Nosił oznaki pułkownika. Dotarłszy do pierwszej ulicy miasta, zatrzymał konie, aby wypytać się o główną kwaterę. Wysławszy naprzód gońca, wkroczył do miasta przy dźwiękach orkiestry, grającej skocznego marsza. W niektórych oknach zjawiły się głowy kobiece, znikły jednak prędko, zobaczywszy, że to Francuzi przybyli.
Obydwa szwadrony zajechały przed główną kwaterę. Mieściła się w tym samym gmachu, z którego uciekł niegdyś Czarny Gerard. Na spotkanie wyszedł pan komendant. Miał na sobie również oznaki pułkownika, był jednak starszy od przybyłego kolegi.
Oddziały sprezentowały broń, przed komendantem stanął ich dowódca i zameldował:
Camarade, mam zaszczyt przedstawić się, pułkownik Laramel. Jadę do Villa del Fuerte. Wiozę depesze z głównej komendy.
— Witam pana. Zostanie pan tutaj chyba przez kilka dni?
— Jeżeli pan pozwoli, zostanę dwa, trzy dni. A gdzie będę mógł ulokować swych ludzi?
— To drobiazg. W mieście stoi tylko jeden szwadron. Reszta mieszkań, zupełnie wolna, czeka na pańskie dyspozycje.
— Świetnie. Czy wolno mi przedstawić moich oficerów?
— Proszę bardzo.
Żołnierze pozsiadali z koni i udali się do wyznaczonych kwater.
Komendant zaprosił oficerów na szklankę wina. Siedzieli teraz wszyscy w tej samej sali, z której uciekł Gerard.
Pułkownik Laramel zapytał:
— Panie kolego, dlaczego w mieście jest tak mało wojska? Przecież to jeden z najniebezpieczniejszych posterunków w kraju.
— Ma pan rację, muszę jednak słuchać rozkazów, choć nie zawsze bywają miłe.
— Miał pan jakieś przykrości?
— Właściwie nie. Dyscyplinę wśród ludzi utrzymuję bez trudności, ale jest tu pewien szpieg, który musi być w porozumieniu z samym djabłem; to niezwykle śmiały i chytry człowiek. Staraliśmy się go schwytać, niestety jednak, nie udało się żadną miarą. Jest wszędzie i nigdzie, wie o wszystkiem; mam wrażenie, że to człowiek wszechwiedzący i wszechobecny.
Pułkownik Laramel potrząsnął głową i rzekł:
— To brzmi bardzo nieprawdopodobnie, cammarade. Człowiek jest tylko człowiekiem, choćby natura wyposażyła go we wszelkie zalety. Schwytanie szpiega nie jest, mojem zdaniem, niemożliwością.
— Ma pan rację, ale nie zna pan Czarnego Gerarda.
— A więc to Czarny Gerard? Macie w takim razie tęgiego przeciwnika. Słyszałem o nim wiele, imię to wymieniano nawet często w kwaterze głównej. A więc grasuje teraz w okolicach Chihuahua?
— I to od dłuższego czasu. Wiemy dokładnie, że bywa tu w mieście u swych zaufanych.
— Skądże panu o tem wiadomo?
— Z ust jego własnych.
— Z jego ust? — zapytał pułkownik zdumiony. — To dziwne. Jakże to stać się mogło?
— Był tutaj, w tym pokoju, jako nasz jeniec.
— A więc schwytaliście go! Za głowę jego wyznaczono nagrodę.
— Tak jest. Nawet bardzo znaczną.
— W takim razie zasłużyliście na nią.
Komendant odparł z zakłopotaniem:
— Omal, że nie zasłużyłem.
— Omal? Mówiliście przecież, że był waszym jeńcem?
— Owszem, wzięliśmy go do niewoli, związali; przesłuchałem go w tym pokoju w obecności wielu oficerów i pań. Zachowywał się bardzo opornie. Nagle uwolnił się z więzów. Powalił mnie na ziemię w obecności wszystkich zebranych i wyskoczył przez okno.
— Do pioruna! Zbiegł?
— Niestety. Ci myśliwi prerji to istne djabły. Sami targają niebezpieczeństwo za uszy, zazierają śmierci w ślepia — djabeł im nie podoła. Wysłałem pod Guadelupę spory oddział ludzi; oto przyczyna, dla której tak łatwo było rozkwaterować pański oddział. A chociaż wybrałem co najsprawniejszego żołnierza i przydzieliłem dzielnych oficerów, zdaję sobie sprawę, że zdobycie fortu będzie kosztowało dużo ofiar.
— Czy Guadelupa jest tak mocno obwarowana?
— Wcale nie. Ale Czarny Gerard wybadał, czego chcemy; gotów na czele jakiegoś oddziału Apaczów napaść na naszych żołnierzy znienacka. Gdyby nie sennorita Emilja, musielibyśmy oddawna opuścić Chihuahua.
— Co to za sennorita Emilja?
— Nie zna pan naszego najlepszego, najchytrzejszego szpiega?
— Nie.
— W takim razie nie zna pan również najpiękniejszej kobiety Meksyku.
— Do licha! Monsieur, powiadacie, że to najpiękniejsza kobieta Meksyku? Będę ją mógł zobaczyć, kolego?
Pułkownik Laramel był jednym z najbezwzględniejszych i najbardziej okrutnych oficerów armji francuskiej. Ani on, ani nikt z jego oddziału nie miał dla wroga litości. Zamordował wielu Meksykan, którzy wpadli w jego ręce. Był niesłychanie odważny, nie liczył się zupełnie z życiem ludzkiem; dlatego też wysłano go do Villa del Fuerte, gdzie miał wprowadzić w życie dekret Maksymiljana. A będąc osławionym kobieciarzem, zdziwił się mile na wieść, że w miasteczku mieszka kobieta, uważana za najpiękniejszą w Meksyku.
— To zależy wyłącznie od pana, camarade, — odparł komendant. — Miałem zamiar wydać dziś wieczorem przyjęcie z okazji przybycia panów. Zaproszę szereg osób, między innemi sennoritę Emilję.
— Dziękuję panu. Chciałbym, wróciwszy do ojczyzny, pochwalić się, że widziałem najpiękniejszą Meksykankę. Na imię jej Emilja? Skądże pochodzi?
— Zdaje się, że z Francji.
— Byłaby to dziwna historja.
— Bezwątpienia. Osnuta jakąś mgłą tajemniczą, nie stara się wcale jej rozwiać. Może robi to rozmyślnie, aby spotęgować zainteresowanie swą osobą. Jedni twierdzą, że jest Meksykanką, inni zapewniają, że to Włoszka, Hiszpanka lub Francuzka.
— A jakiego pan jest zdania?
— Mam wrażenie, że to Francuzka, włada bowiem naszym językiem jak rodowita Paryżanka, a zresztą prowadzi nasze sprawy z prawdziwą gorliwością.
— Jak na Meksykankę, byłoby to istotnie dziwne. Wszystkie te panie sympatyzują z republikanami.
— Ona — przeciwnie. Chociaż nie lubię darzyć kobiet zbyt wielkiem zaufaniem, muszę stwierdzić, że można na nią liczyć, jak na cztery tuzy. Nieraz tego dowiodła.
— Trzeba przyznać, że kobieta szpieg, ładna i sprytna, może być znacznie bardziej pożyteczna od szpiega mężczyzny. Wracając jednak do Czarnego Gerarda, niech mi pan pozwoli zapytać, czy wydane zostały odpowiednie zarządzenia?
— Zrobiłem, co mogłem. Cały szereg mieszkańców miasta, sprzyjających republice, jest w moich rękach.
— W charakterze zakładników?
— Tak jest. Zarządzenia moje wywołały burzę.
— Dzielny żołnierz nic sobie z tego robić nie powinien. Cóż z nimi chcecie począć?
— Najlepiej byłoby ściąć tym zdrajcom głowy.
— Dlaczegóż pan tego nie czyni?
— Z dwóch przyczyn. Rozstrzelanie około czterdziestu mieszkańców wywołałoby niezwykłe wzburzenie, może nawet bunt, do opanowania którego jestem w tej chwili za słaby. Jak panu wiadomo, mam tutaj obecnie niewielką ilość wojska.
— Służę panu swoimi ludźmi.
— To pomoc chwilowa. Przecież pan rusza dalej?
— Pełnomocnictwa moje idą tak daleko, że wolno mi pozostać tutaj, dopóki pokój nie zostanie przywrócony, a pańscy ludzie nie wrócą z Guadelupy.
— Witam z radością tę pomoc. Ale nie wymieniłem jeszcze drugiej przyczyny, która mnie wstrzymuje od przedsiębrania zbyt gwałtownych kroków. Jest nią niepewność, czy mam prawo skazywać tylu ludzi na śmierć; boję się odpowiedzialności.
— Co do tego może pan być zupełnie spokojny. Ma pan nietylko prawo, lecz bezwzględny obowiązek stracenia na miejscu wszystkich republikanów. W dekrecie z dnia trzeciego października roku ubiegłego cesarz Maksymiljan rozkazuje wyraźnie uważać każdego republikanina, od generała aż do żebraka, za bandytę i rozstrzeliwać na miejscu.
— Znam ten rozkaz, byłem jednak przekonany, że nie należy go stosować ze zbytnią gorliwością. Sądziłem, iż wydano go raczej poto, aby przeciwników zastraszyć.
— Myli się pan, cher camarade. Główna komenda poleciła mi wręczyć panu odnośne rozkazy. Usuną wątpliwości pańskie. Oto są!
Po tych słowach pułkownik wyciągnął z kieszeni munduru wielką, kilkakrotnie opieczętowaną kopertę i wręczył ją komendantowi.
— Sprawa jest dla mnie niezmiernie ważna, niech pan więc wybaczy, iż odczytam pismo w jego obecności, — rzekł komendant.
— Ależ proszę bardzo, kolego.
Komendant rozerwał kopertę i czytał z powagą i przejęciem. Skończywszy, rzekł:
— Teraz już niema mowy o żadnych wątpliwościach. Doznaję uczucia ulgi.
— Cóż więc pan uczyni?
— Spełnię obowiązek — odparł krótko zapytany. — Każę rozstrzelać zakładników.
— Kiedy?
— Czy mogę liczyć na pana z pewnością?
— Ależ tak. Zostanę tutaj, dopóki będę potrzebny.
— Więc radzi pan egzekucji dokonać jak najśpieszniej?
— Tak jest. Zapewne słyszał pan już o mnie; nie zlitowałem się dotychczas nad żadnym Meksykaninem. Nie czuję do Meksykan nienawiści, lecz pogardzam nimi. Nie są warci własnego państwa. — Okaże mi pan wielką przysługę, jeżeli będę mógł być świadkiem egzekucji tych ludzi.
— Ależ oczywiście.
— Kiedyż to nastąpi? Chyba już jutro?
— Trzeba przecież naprzód zwołać sąd i wydać wyrok.
— To niepotrzebne, kolego. Ta banda nie zasługuje na tyle ceremonij i kłopotów.
— Ma pan rację, a zresztą pełnomocnictwa, które mi pan przywiózł, wyraźnie mówią, iż mogę postępować według swego uznania. Bandytów należy rozstrzeliwać bez sądów.
— A więc jutro.
— Nie. Trzeba im pozostawić nieco czasu, aby się mogli pojednać z Bogiem. Kraj jest niezwykle religijny, wiadomość, że ludzie ci umarli bez sakramentów, bardziej rozjątrzyłaby ludność od egzekucji samej.
— Dobrze. Sądzę, że jeden dzień wystarczy. A więc pojutrze.
— Tak, pojutrze i to wczesnym rankiem; jeżeli będzie można, przed nastaniem dnia.
— Ze względu na świadków egzekucji?
— Tak jest. Egzekucja powinna się odbyć w zupełnej tajemnicy. Nikt nie powinien wiedzieć, kiedy nastąpi stracenie, z wyjątkiem spowiednika i jeszcze kilku osób. Fakt dokonany zaskoczy ludność; zrozumieją, że spóźniony opór do niczego nie doprowadzi. — —
Podczas, gdy oddział pułkownika Laramela wkroczył do miasta od południa, od północy zbliżał się do Chihuahua jakiś jeździec. Jechał na mizernym koniu, broń miał niepokaźną. Lubo, niepozorny i szczupły, nie wyglądał na wybitnego rycerza prerji, z pierwszego rzutu oka można było poznać, że to strzelec.
Nie jechał żadną wytkniętą drogą, zataczał łuk wokoło miasta. Badawcze spojrzenia, rzucane wokoło, wskazywały, że chce zbadać położenie Chihuahua, a nie zamierza dostać się do miasta.
Był to mały André, wysłany przez Juareza na zwiady.
Osadził konia, zaczął patrzeć w kierunku wieży katedralnej. Kiwając głową, mruknął:
— Przekleństwo! Włóczę się tu od kilku dni; chcę zasięgnąć języka w sprawach, które interesują Juareza, a nie mogę nikogo spotkać. Chyba Francuzi zabronili mieszkańcom wychodzić za miasto. To prawdziwy stan oblężenia.
Wiercąc się w siodle, ciągnął dalej:
— Juarez ma dziś przybyć pod miasto. Cóż mu powiem? Nie wiem nic. Jestem straszliwie skompromitowany. A może wjechać do miasta? Nie. To byłoby niebezpieczne. Gdyby ci messieurs wzięli mnie za szpiega, przyszłaby kreska na Andrzeja Straubenbergera.
Koń potrząsnął głową i zarżał.
— Co takiego? — rzekł strzelec. — Jesteś innego zdania? Hm, może masz rację. Wałęsając się nadal pod miastem, nie dowiem się niczego, muszę więc zajrzeć do środka. Zresztą, — rzekł z pewną dumą — jestem przecież małym André i mam broń przy sobie. Chciałbym pogadać z tą sennoritą Emilją. No, zobaczymy.
Zdecydowawszy się wjechać do miasta, nawrócił konia w kierunku Chihuahua.
W porównaniu z tem, co uczynił kiedyś Czarny Gerard, krok małego Andrś nie był zuchwalstwem. Francuzi znali Gerarda jako swego wroga, Basaine prze[zna]czył za jego głowę nagrodę w wysokości pięciu tysięcy franków. To też Gerard wszedł do miasta, korzystając z osłony nocy i mgły.
Ale mały André znany był Francuzom co najwyżej z imienia i to jedynie jako strzelec północy. Gdyby nawet padło podejrzenie, że jest szpiegiem prezydenta Juareza, nie znaleźliby na to dowodów. Życiu więc jego nie groziło niebezpieczeństwo. —
U wejścia do pierwszej ulicy, przy którem stał dawniej posterunek, nie było warty; komendant kazał ją odwołać z tego odcinka, tak bezpiecznie czuł się w murach Chihuahua. André wjechał więc do miasta bez przeszkody.
Przybywszy na następną ulicę, skręcił wbok. W małym, cichym zaułku ujrzał szeroko otwartą bramę niewielkiej venty. Wjechał tedy i zsiadł z konia. Zauważył wysoki, obszerny budynek, wznoszący się naprzeciwko oberży. Na balkonie siedziała jakaś pani, osłonięta przed upałem i promieniami słońca welonem. Gdyby mógł ujrzeć twarz jej z pod zasłony, zauważyłby, że patrzy na niego z pewnem napięciem. Gdy znikł wraz z koniem za bramą, weszła do pokoju i zadzwoniła. Po chwili zjawiła się służąca.
— Chcę pomówić z gospodarzem venty, lecz tak, aby o tem nikt nie wiedział.
Po chwili do stojącej naprzeciwko venty udał się stary, siwy Meksykanin.
Spotkał gospodarza w podwórzu.
— Kogo szukacie, sennor?
— Was — odparł stary. — Sennorita prosi, abyście do niej przyszli.
— Urządza z pewnością przyjęcie i chce zamówić u mnie kolację?
— Nie. Kazała powiedzieć, że chce z wami pomówić, nie zwracając niczyjej uwagi.
Gospodarz zbliżył się do starca i zapytał szeptem:
— Są jakieś wieści od Juareza?
— Nic nie wiem.
— Może ja się dowiem. Powiedzcie sennoricie, że przyjdę.
Stary skinął głową i oddalił się. Gospodarz wszedł do venty, w której siedział tylko André.
— Dzieńdobry, sennor, — rzekł.
André obrzucił go szybkiem, badawczem spojrzeniem i odparł łamaną hiszpańszczyzną:
— Dzieńdobry, sennor. Co macie do picia?
— Wszystko, czego zażądacie.
— Doskonale. Macie piwo?
— Nie.
— Wino?
— Nie.
— Kawę?
— Nie.
— Czekoladę?
— Nie. Z rana miałem czekoladę, ale już wszystko goście wypili.
— Może mi dacie lemoniady?
— Niestety, nie mam cukru.
— A może julepu?
— Niestety, również nie mogę nim służyć. Flaszka złamała się, muszę kupić inną.
— Do licha! Zapewnialiście przed chwilą, że mogę dostać wszystko, czego tylko dusza zapragnie. Tymczasem nic nie macie.
— To wasza własna wina, sennor. Dlaczego dusza wasza pragnie rzeczy, których dać nie mogę?
André roześmiał się i rzekł:
— Powiedzcie mi, czego mogę dostać.
— Mam właściwie wszystko, tylko pewne rzeczy wyszły. Mogę służyć szklanką pulque.
— Dobrze. Lepszy rydz, niż... i tak dalej.
Gospodarz napełnił szklankę z wielkiego dzbana.
Ledwie André przyłożył szklanę do ust, wykrzywił twarz straszliwie, jakgdyby połknął ogień, i zawołał:
— Djabelski trunek!
— Chcecie może powiedzieć, że wam nie smakuje? — zapytał gospodarz.
André był ostrożny, więc rzekł:
— Doskonały napój, ale dla Meksykan.
— A dla was?
— Nie jestem przyzwyczajony do trunków tego rodzaju.
— Nie jesteście Meksykaninem?
— Nie. Nie poznaliście tego po wymowie?
— Owszem, można się jednak mylić. Czy wolno was zapytać, kim jesteście?
— Jestem strzelcem.
— Domyślałem się tego. Ale jakim? Polujecie na bawoły, na węże?
— Zapomniałem na chwilę, że w tym pięknym kraju myślistwo traktują po meksykańsku. U nas strzelec strzela do wszystkiego, co mu się nawinie pod rękę.
— Jest pan człowiekiem północy?
— Tak.
— Jankesem?
— Nie.
— Pochodzi pan z Kanady?
— Także nie.
— Kimże jesteście, jeżeli przybywacie z północy?
— Czyż tylko Jankesi i Kanadyjczycy włóczą się po skałach? Jestem Europejczykiem, Niemcem.
— Niemcem? A więc jest pan stronnikiem naszego poczciwego cesarza Maksymiljana?
Mały strzelec spojrzał ostro na chudą twarz Meksykanina i rzekł:
— Nie bawcie się moim kosztem! Wiem doskonale, że między sobą zupełnie inaczej nazywacie tego poczciwego cesarza Maximiliano.
O Dios! Nie wierzcie temu! Myśmy tutaj wszyscy przychylnie usposobieni dla cesarza.
— A więc i dla Francuzów?
— No tak, mniej więcej, im bowiem zawdzięczamy, że mamy dobrego monarchę.
— Cieszy mnie to bardzo, sennor; spodziewam się, że będziecie się starali odwdzięczyć Francuzom za to dobrodziejstwo.
— Oczywiście! Jesteśmy im wdzięczni z całego serca.
— Wiecie, jak okazać swą wdzięczność? Przygotujcie kilkadziesiąt beczek tej pulque, jaką mi podaliście, i ofiarujcie Francuzom. Zrozumiano?
— Zrozumiałem, ale to się nie uda; oni piją tylko wino.
— A wino dostają?
— Owszem. Jeżeli go nie dajemy, zabierają sami.
— To znaczy, że biorą gwałtem?
— Tego nie powiedziałem. Trzeba odważać słowa.
— Ach, tak? Więc cesarz Maksymiljan jest taki dobry, taki łaskawy, że was zmusza do liczenia się z każdem śmielszem słowem?
— Na miłość Boską, sennor, ciszej! — rzekł błagalnie gospodarz.
— Trzeba również mówić cicho?
— Drogi panie, nie mam zwyczaju naśladować huku armat.
— Właśnie potrzeba mi ludzi tego rodzaju. A więc nie jesteście sennor przyjacielem Francuzów?
Hm, wkraczamy na niebezpieczne tory. Nie można zaprzeczyć, że zdarzają się wśród Francuzów bardzo uczciwi ludzie, dla których usposobiony jestem jak najlepiej. Resztę jednak niech porwą djabli. Czy nie mam racji? Pomyślcie tylko o tych tysiącach, które zginęły, o dzielnych mężach, którzy gniją w więzieniach. — Dopiero przed kilku dniami tutejszy komendant wziął około czterdziestu zakładników i zamknął ich pod kluczem.
— Z jakiego powodu?
— Ponieważ jeden z członków stowarzyszenia prywatnego, do którego należą, oświadczył publicznie, z całą nieostrożnością, że potrafilibyśmy rządzić się sami i że byłoby znacznie lepiej pracować dla pożytku własnego, zamiast dla innych.
— Cóż się stanie z tymi zakładnikami?
— Nie wiem; wszyscy czekamy z wielkiem napięciem. Mieszkańcy miasta nie sądzą, by tak miało trwać nadal. Całą nadzieję pokładają w... w...
Tu gospodarz ugryzł się w język.
— W czemże, w kimże ta nadzieja?
— W Juarezie.
Gospodarz wyrzekł to słowo szeptem; strzelec ledwie je dosłyszał.
— W Juarezie? — zapytał zgłupia frant. — Dlaczego właśnie w nim?
— To przecież nasz prezydent. Wybraliśmy go; było nam dobrze pod jego rządami.
— Uciekł przecież.
— Uciekł, aby całego kraju nie topić w morzu krwi.
— Naprawdę? Czyż nie przeleje morza krwi, gdy wróci?
— Owszem. Ale najeźdźcy nie znają kraju. Zawładniemy nim prędzej, aniżeli wróg go zawojował. Gdy Francuzi tu przyszli, nie mieliśmy wojska, ani żadnej pomocy. Obecnie położenie jest inne. Pomagają nam Stany Zjednoczone; z poszczególnych krajów Europy rozlegają się za nami głosy, z któremi Napoleon musi się liczyć. Nie chcąc przelewać napróżno krwi, Juarez czeka na odpowiednią chwilę. Gdy ruszy, będzie to niezbitym dowodem, że chwila ta nadeszła.
— Gdzież obecnie przebywa?
— Podobno w Paso del Norte.
— Czy nie chodzą wieści, że zupełnie kraj opuścił?
— Owszem, ludzie mówią o tem, lecz nie wierzymy. Jesteśmy pewni, że nas w żadnym wypadku nie opuści. Jeżeli go niema w Paso del Norte, w takim razie znajduje się gdzieś, gdzie obecność jego jest dla naszego dobra konieczna. Zresztą, na jakiś czas załoga pozwoliła nam odetchnąć. Kilkuset wyruszyło w pole. Dokąd, niewiadomo.
— Ilu jeszcze pozostało?
— Jedna kompanja.
— Do licha! Gdyby o tem Juarez wiedział! — zawołał mały strzelec ucieszony.
— Ciszej, sennor, ciszej! Sambym mu zakomunikował tę wiadomość, gdybym wiedział, gdzie przebywa. Takich jak ja, są tu setki.
— Może dowie się o tem bez was.
Słowa te zostały wypowiedziane tak poważnie i z namysłem, że uderzyły gospodarza. Ująwszy rękę strzelca, schylił się nad nim i rzekł:
— Sennor, wiecie dokładnie, gdzie Juarez się znajduje, nieprawdaż? Wysłał was na zwiady do Chihuahua?
— Nie zaprzątajcie sobie głowy; moglibyście łatwo spudłować.
— Zdaje mi się, że nie spudłowałem. Wyglądacie na człowieka, godnego zaufania.
Pah! Juarez potrzebuje zupełnie innych ludzi. Jego sprawy nie interesują mnie wcale a wcale.
— Przykro mi, że mi nie ufacie. Powiedzcie jednak, jak długo zamierzacie pozostać w Chihuahua?
— Prawdopodobnie do dzisiejszego wieczora.
— Nie przenocujecie tutaj?
— Nie. Kupię tylko nieco amunicji i ruszam w dalszą drogę.
— A więc istotnie się pomyliłem. Zamierzałem już dać wam tajemny, ukryty pokoik, w którym moglibyście się dowiedzieć wszystkiego, co wam jest potrzebne. Tymczasem sprawa przybiera inny obrót.
— Dziękuję wam, master; nie jestem szpiegiem, gdybym nim był, chętnie przyjąłbym waszą propozycję.
Hm, hm, człowiek się myli czasami. Czy nie chcielibyście wypić jeszcze szklaneczki pulque?
— Nie. Nie skończyłem jeszcze pierwszej.
— Pytałem tylko z grzeczności. I tak nie mógłbym was obsłużyć, ponieważ muszę wyjść.
— Idźcie w Imię Boga. Mogę was zapewnić, że do czasu waszego powrotu nie opróżnię tej szklanki, choćbyście wrócili dopiero na Sądny Dzień. Pogorzelec panicznie boi się ognia.
Gospodarz wyszedł; oglądając się na wszystkie strony, przebiegł przez ulicę i wszedł do bramy wielkiego domu. Oczekiwał go stary dozorca.
— Idźcie na górę, sennor! Służąca czeka w przedpokoju.
Na górze służąca zaprowadziła oberżystę do tego samego pokoju, w którym niegdyś Czarny Gerard rozmawiał z piękną sojuszniczką Juareza — Emilją.
— Wybacz, sennor, że cię niepokoiłam, — powitała Emilja gospodarza.
— Ależ, sennorita, jestem zawsze do pani usług.
— Niedawno przybył do pana jakiś nowy gość. Czy to Meksykanin?
— Nie, sennorita. To strzelec z północy.
— A więc Jankes!
— Nie, Niemiec.
— Wymienił swoje imię?
— Nie. Nie pytałem nawet o nie.
— Jak długo zabawi?
— Tylko do wieczora.
— W takim razie pomyliłam się.
Gospodarz łypnął porozumiewawczo oczami i rzekł:
— Sądzi pani, sennorita, że jest to jeden z naszych?
— Byłam tego zdania.
— Bardzo się pani myli. Badałem go dokładnie i szczegółowo, lecz napróżno. Człowiek ten jest albo milczący, albo dla nas obojętny.
— Mimo to chciałabym się upewnić. Zapytajcie go czy jest małym André?
— Mały André? Nie zapomnę tego imienia. Kimże jest ten człowiek?
— To goniec Juareza.
— Że człowiek ten jest mały, to fakt.
— Parę innych szczegółów również zgadza się z opisem jego osoby. Widziałam go przypadkowo, gdy przybył, dlatego posłałam po was. Jeżeli to on, natychmiast przyślijcie go do mnie.
— Jestem do usług. Adios, sennorita!
Gospodarz wyszedł. Na ulicy zauważył sporą gromadę żołnierzy francuskich. Rozchodzili się po kwaterach. W kierunku gospody szedł jakiś podoficer, który podczas pobytu w Meksyku nauczył się nieco po hiszpańsku.
— Czy to venta sennora Montario? — zapytał.
— Owszem, jestem gospodarzem.
— Kwaterunek!
— Na jak długo?
— Któż to może wiedzieć?
— Ilu ludzi?
— Wystarczy na podbicie całej prowincji. Dowódcą jest pułkownik Laramel.
Gospodarz ściągnął brwi i rzekł:
— Znam go. Słyszałem, że to — odważny człowiek.
— Odważny? Każdy Francuz jest zuchem. Wskażcie mi kwaterę, sennor.
— Wejdźcie do izby gościnnej.
— Nie znajdziecie dla mnie osobnego pokoju?
— Owszem, owszem, znajdzie się; zaczekajcie jednak chwilowo w świetlicy.
Dzwoniąc ostrogami, wszedł Francuz butnie do gospody. Obejrzawszy pokój, pogardliwym wzrokiem obrzucił małego strzelca. Gdy się usadowił wyniośle na krzesełku, gospodarz postawił przed nim szklankę pulque. Podoficer skosztował, wypluł i cisnął szklanką o ziemię.
Fi donc! — zawołał. — Cóżto za napój? Wina!
— Nie mam wina — odparł gospodarz.
— Przynieście! — rozkazał Francuz.
— Przyniosę, ale musicie mi przedtem odpowiedzieć na jedno pytanie: czy wino to pić będziecie jako kwaterujący, czy też jako gość?
— Do kroćset! Uważacie, że mam płacić za wino?
— Jestem tego zdania.
— Nie wiecie, że mi się należy utrzymanie?
— Owszem. Lecz wiem równie dobrze, że wino do utrzymania nie należy.
— Żądam wina!
— Dostarczę, skoro zapłacicie. Dziś wino u nas drogie.
— Bordo i moselskie kosztują grosze.
— Flaszka bordo — piętnaście pesetów, czyli siedemdziesiąt pięć franków, moselskiego zaś wcale niema.
— Wskażcie mi pokój! Nie chciałbym być w waszej skórze, jeżeli nie otrzymam wina.
— Macie pokój na piętrze. Służący jest właśnie na górze; powiedzcie mu, aby go wam wskazał. Gdy strawa będzie gotowa, zawołam was, a jeżeli naprawdę chcecie wina, musicie zapłacić siedemdziesiąt pięć franków.
— To się znajdzie.
Po tych słowach spragniony wina podoficer zniknął za drzwiami. Twarz gospodarza wykrzywił grymas.
— Z tym sprawa załatwiona.
— Jeszcze nie — zauważył André. — Jestem przekonany, że nastąpi epilog.
— Będę go oczekiwał z całym spokojem. Powiedzcie jednak, jak się nazywacie?
— Andreas Straubenberger.
— An — dr — eas Strrrr — rau... Niech djabli porwą te niemieckie nazwiska! Kto to potrafi wymówić? Prościej byłoby wymówić André.
— André? Nazywają mnie tak czasami. André i Andrzej to równoznaczne imiona.
— Może jesteście małym André?
Mały strzelec zdumiał się i zapytał:
— Do licha, skądże wiecie, jak się nazywam?
— A więc jesteście naprawdę małym André? W takim razie skłamaliście, gdym was pytał, czy jesteście zwolennikiem Juareza.
— Co też wam strzeliło do głowy! Ani mnie ziębi, ani grzeje sprawa Juareza.
— Możecie mówić ze mną otwarcie. Jestem gorącym patrjotą; kocham Juareza. Mieliście tego dowód przed chwilą; widzieliście przecież, jak traktowałem tego Francuza, nie bacząc na niebezpieczeństwo. Dam wam jeszcze lepszy dowód. Czy słyszeliście kiedy o sennoricie Emilji?
— Sennorita Emilja? Dużo jest kobiet tego imienia. Więc cóż z tą sennoritą Emilją?
— Powiedzcie naprzód, czy ją znacie?
— Słyszałem o niej.
— Nie widzieliście jej nigdy? W takim razie zobaczycie ją zaraz, sennor André.
— Ciekaw jestem, gdzie.
— W jej mieszkaniu; prosi, abyście do niej przybyli.
— Kiedy przejeżdżałem ulicą, jakaś pani stała na balkonie. Czy ta sennorita Emilja mieszka w wielkim domu naprzeciw? Skądże mnie zna?
— Nie wiem. Zróbcie mi tę łaskę i pójdźcie do niej.
— Gdzież mieszka?
— W sieni spotkacie dozorcę który was poinformuje. Może zostawicie strzelbę i broń?
— Ani mi to w głowie. Westman nie rozstaje się z bronią.
Mały zarzucił strzelbę na ramię i wyszedł.
W domu naprzeciw dozorca skierował go na górę.
Otworzyła André’owi służąca i zaprowadziła go do tego samego pokoju, w którym przed chwilą gospodarz rozmawiał z Emilją.
Ujrzawszy ją, André zawołał:
— Do kroćset! Jest pani naprawdę djablo piękna!
— Naprawdę? — zapytała z uśmiechem.
— Tak — odparł. — Tak pięknej kobiety jeszcze nigdy w życiu nie widziałem. Przysięgam na Boga.
— Schlebia mi pochwała znakomitego myśliwca. Przysłał pana gospodarz venty?
— Tak. Skądże mnie pani zna, sennorita?
— Zaraz się pan dowie. Proszę jednak naprzód usiąść.
— Słucham.
Chciał usiąść na krześle, stojącem obok drzwi, lecz Emilja zawołała:
— Nie, nie tam! Niech pan usiądzie obok mnie na kanapie.
— Jakże mogę w skórzanych spodniach usiąść na jedwabiach?
— Przekona się pan, że jedwab i skóra mogą żyć w przykładnej zgodzie.
— Zaryzykuję.
Zbliżył się wolno i z wahaniem, położył rękę na tej części spodni, która miała dotykać jedwabiu i usiadł, ledwie dotykając kanapy.
— Ależ nie tak, nie tak! — zawołała, sadowiąc go głęboko w miękkiem siedzeniu.
— Do licha! — zerwał się na równe nogi. — Człowiek zapada się jak w wodzie. Musiałbym się na tej kanapie nauczyć pływać.
— Nie bój się, sennor, nie utoniesz. Ale, gdy już mowa o wodzie i tonięciu, może się pan czegoś napije?
Hm — rzekł z uśmiechem. — Zapewne zechce mnie pani poczęstować dzbanem pulque.
— Skądże przyszedł panu na myśl ten napój?
— Naprzeciw, w gospodzie, stoi jeszcze na moim stole pełna szklanka.
— Nie smakowała panu?
Oj, smakowała! Mam wrażenie, że mieszanina ałunu, aloesu, salmjaku, witrjolu i wody z mydłem miałaby smak podobny.
Śmiejąc się serdecznie z tego porównania, zapytała:
— Pija pan chętnie wino?
— Bardzo chętnie, sennorita. Ale strzelec tak rzadko ma okazję do łyknięcia wina, że zapomina niemal o jego istnieniu.
— W takim razie wypijemy flaszkę...
— Na miłość Boską! — przerwał. — Tylko nie to. Przecież flaszka kosztuje siedemdziesiąt pięć franków.
— Gatunek ten jest drogi, to prawda. Nie zapłaciłam jednak ani grosza. To podarunek.
— Ze względu na mnie nie powinna pani otwierać ani jednej butelki. Nie zasługuję na to.
— Dlaczegóż to? Jako zwolennik Juareza jest pan moim przyjacielem. Dla przyjaciół zaś mam zawsze w domu flaszkę wina.
— W takim razie zgadzam się na rolę przyjaciela.
Zadzwoniła; służący przyniósł flaszkę ognistego tokaju. Napełniła kieliszki; André zaczął powoli smakować.
— No jakże?
— Smakuje o wiele lepiej, aniżeli u nas w Palatynacie.
— Słyszałam, że masz pan zamiar pozostać tylko do wieczora. Czy to prawda?
— Tak jest. Z początku miał zamiast mnie przybyć Czarny Gerard, musiał jednak udać się do Guadelupy, aby objąć dowództwo twierdzy.
— Jakże sprawa fortu? Nic wam niewiadomo?
— Nie mam pojęcia. Jestem jednak przekonany, że Francuzi zostali pobici na głowę. Nie przeczuwali wcale, że fort będzie się bronił; nie liczyli na spotkanie z Juarezem i Apaczami. Ponadto są w forcie ludzie tak dzielni i doświadczeni w rzemiośle wojennem, że każdy z nich poradzi sobie z dziesięcioma żołnierzami.
— To z pewnością biali strzelcy?
Opowiedział Emilji o ostatniem spotkaniu ze Sternauem i jego towarzyszami.
— Jestem przekonany, że pani zobaczy tych ludzi, — kończył. — Juarez powinien tu przybyć jutro, lub najpóźniej pojutrze.
— Ach, tak prędko! Czyście ustalili miejsce spotkania?
— Oczywiście. Mam czekać na niego w miejscu odległem o dwie godziny od rzeczki.
— Bardzo się cieszę, że wkrótce przybywa. Czy słyszał pan, że komendant uwięził pokaźną ilość obywateli jako zakładników?
— Opowiadał mi o tem gospodarz.
— Ludzi tych spotkać może najstraszniejszy los.
— Nie sądzi pani chyba, że stoją w obliczu śmierci? Przecież bez sądu i bez wyroku nie mogą zginąć.
— Kto z najeźdźców pytał w Meksyku o prawo i sprawiedliwość? Jestem przekonana, kochany sennor André...
Przerwała rozpoczęte zdanie, weszła bowiem służąca i podała wytworną kopertę. Po jej odejściu Emilja zaczęła czytać; list brzmiał jak następuje:

Droga sennorita!

Dla uczczenia przybyłych przed chwilą kolegów z pułkownikiem Laramelem na czele, mam zamiar urządzić dziś wspaniałą tertullię. Ponieważ pozwoliłem sobie zaprosić na to przyjęcie najwybitniejsze gwiazdy naszego kobiecego firmamentu, mam nadzieję, że pani, jako słońce tego firmamentu, nie odmówi swego przybycia. Pułkownik Laramel bardzo chciałby panią poznać.
Komendant.

Uśmiechnęła się lekceważąco i zapytała myśliwca:
— Umie pan czytać po francusku?
— Od biedy — odparł André. — Urodziłem się i mieszkałem opodal francuskiej granicy; język francuski nie jest mi więc obcy.
— Czytajcie więc — rzekła, podając strzelcowi kartkę. — Oczywiście, pójdę na tertullię. Przeczuwam, że dowiem się tam czegoś, co prezydentowi przyniesie wielką korzyść.
— Kiedy pani wróci?
— O północy. Wtedy będzie pan mógł opuścić miasto.
— Dobrze, niechaj tak będzie, sennorita.
— Gdyby przedtem zaszło coś ważnego, dam panu znać. W każdym razie czekam na pana około północy. Dowidzenia, sennor.
— Dowidzenia, sennorita.
Ujął rękę Emilji i pocałował ją. —
W vencie zastał gospodarza samego. Starzec przywołał go ruchem ręki i zapytał:
— No cóż? Mówiliście z nią?
Myśliwiec prerji usiadł i skinął głową.
— Przyznajecie więc, że jesteście wysłannikiem prezydenta?
— Tak. Sennorita powiedziała mi, że jesteście pewnym człowiekiem. Juarez przybędzie tu wkrótce. Gdy się z nim żegnałem, ruszał pod Guadelupę, aby odeprzeć i zniszczyć Francuzów, którzy fort zdobyć chcieli.
— A więc przypuszczaliśmy słusznie, że żołnierze, którzy opuścili Chihuahua, udali się pod Guadelupę. Czy się jednak Juarezowi uda ich odeprzeć?
— Nie wątpię. A teraz na pewno jest już w drodze do Chihuahua.
Gospodarz aż podskoczył z radości.
— Przybędzie tutaj? Dzięki Bogu! Nareszcie skończy się nasza niedola. Kiedyż przybędzie?
— Może już jutro.
— Jutro? Sprawiliście mi niesłychaną radość! Nie wiem, jak wam dziękować. Przyniosę flaszkę świątecznego wina.
— Dziękuję. Piłem przed chwilą.
— U sennority? Nie jestem prezydentowi mniej oddany, niż ona, i dlatego przyniosę dwie flaszki. Ale nie możemy pić tutaj. Niestety, zostajecie tylko do wieczora. Gdyby wam czas pozwolił..
— Pozostanę dłużej — przerwał André. — Po północy mam jeszcze konferencję z sennoritą.
— To dobrze. Do tego czasu umieszczę was w takiem miejscu, że nikt nie będzie nawet przeczuwał waszej obecności.
— Lecz mój koń..
— O niego nie zapyta żaden Francuz. Bądźcie łaskawi pójść za mną. Nikt nas w tej chwili nie obserwuje.
Nad stajnią mieścił się mały, ukryty pokoik. Gospodarz przyniósł dwie flaszki świątecznego wina. Gawędzili tak nad szklaneczką, aż zawiadomiono starego, że gospoda powoli napełnia się Francuzami.
— Niestety, muszę teraz odejść — rzekł Meksykanin. — Przykro mi bardzo, że zostawiam was samego.
— Nie troszczcie się o to, sennor, — rzekł trapper z uśmiechem. — Taki człowiek jak ja zawsze znajdzie sobie towarzystwo.
— Nie macie tu przecież nikogo.
— Przeciwnie, mam towarzysza bardzo poczciwego i przyzwoitego.
— Któż to taki?
— Ja sam. Będę się z nim świetnie bawił. Pójdę mianowicie spać. Proszę was jednak, zbudźcie mnie o północy.
— Możecie być spokojni. Nie zaśpię.
Rozstali się.
Zbliżał się zachód słońca. André spojrzał przez okno i mruknął:
— Z dzisiejszym dniem dzieje się to samo, co z tą drugą flaszką wina, — i on, i ona zbliżają się do kresu. Trzeba opróżnić flaszeczkę do dna. Mam wrażenie, że po głowie biega mi tabun koni, zataczając jakieś kręgi; nogi mam coraz bardziej krzywe. Powoli tracę rozum.
Chwiejnym krokiem podszedł do drzwi, zaryglował je, potem zbliżył się do leżącej na środku pokoju wiązki siana, rozciągnął się i po chwili zapadł w sen. Pod wpływem wina, do którego nie był przyzwyczajony, spał doskonale. Zbudziło go pukanie do drzwi.
— Sennor, sennor! — wołał ktoś półgłosem za drzwiami.
Zerwał się na równe nogi. W pokoju było zupełnie ciemno. Zorjentował się w jednej chwili, gdzie jest, i podszedł do drzwi.
— Kto tam?
— To ja. Otwórzcie.
Poznawszy głos gospodarza, otworzył. Meksykanin wszedł, w ręce trzymał małą latarkę.
— Czyście dobrze spali, sennor? — zapytał.
— Wyśmienicie. Która godzina?
— Właśnie minęła północ.
— Goście wyszli?
— Tak jest. Wieczór skończył się gwałtowną bójką, ale to nie szkodzi. Prezydent jest wpobliżu, wkrótce pozbędziemy się tych ananasów. Chodźcie za mną.
— Idę już. Bądźcie jednak łaskawi oczyścić mi ubranie z siana. Rozumiecie dobrze, że gdy się idzie do damy...
— Rozumiem, rozumiem doskonale, sennor.
Oczyścił przyodziewek małego strzelca i wyprowadził go na ulicę.
— Drzwi naprzeciw są otwarte — rzekł szeptem. — Sennorita wróciła przed pięcioma minutami.
— Muszę się więc spieszyć.
— Będę w gospodzie czekać na wasz powrót.
André przemknął się przez ciemną ulicę. Gdy wszedł do sieni, drzwi się za nim zamknęły.
— Kto tam? — zapytał stropiony.
— Przyjaciel — brzmiała odpowiedź. — To ja, dozorca domu. Czekałem na was.
Zapaliwszy świecę, poprowadził trappera do pokoju Emilji. Nosiła jeszcze strój wieczorowy.
— Cieszę się, że pana widzę, — rzekła przyjaźnie. — Cóżeśmy porabiali?
— Spałem.
— Dobrze pan uczynił, bo resztę nocy zużyje pan na co innego.
— Sądzi więc pani, że będę mógł teraz wyruszyć?
— Tak jest. Nietylko może pan, lecz musi.
— Stało się coś, sennorita?
— Coś złego.
Opowiedziała, że pułkownik Laramel przywiózł rozkaz, na którego podstawie następnej nocy, tuż przed świtem, mają zostać rozstrzelani wszyscy zakładnicy w myśl dekretu z dnia trzeciego października.
Mały André zbladł.
— Mój Boże, któż zechce i potrafi wziąć na siebie odpowiedzialność za tę zbrodnię! — zawołał.
Jutrzejszego ranka, w tajemnicy przed mieszkańcami miasta i krewnymi, skazańcy zostaną zawiadomieni, że śmierć ich czeka. O drugiej w nocy Francuzi wyprowadzą ich przed miasto i dokonają egzekucji. Czy Juarez może przybyć do tego czasu?
— Może.
— Ale czy to prawdopodobne?
— Sennorita, ruszam natychmiast w drogę i zawiadomię go o wszystkiem!
— Gdyby nie przybył na umówione miejsce, jedźcie mu naprzeciw. Będę czekała do jutra, do północy. Jeżeli do tego czasu nie otrzymam wiadomości od prezydenta, postaram się w inny sposób wyratować tych nieszczęśliwych.
— W jakiż to sposób?
— Spiesznie odszukam krewnych i przyjaciół zakładników. Będę miała dwie godziny czasu. Sądzę, że to wystarczy do zebrania takiej ilości uzbrojonych ludzi, aby opanować oddział egzekucyjny.
— Z ilu ludzi ma się składać ten oddział?
— Z jednej tylko kompanji. Zato wszyscy obecni w Chihuahua oficerowie chcą być świadkami tego nikczemnego widowiska.
— Czy na wszelki wypadek nie byłoby lepiej pomyśleć wcześniej o tej pomocy?
— Wyczerpię wszelkie środki, zanim wezwę obywateli do buntu i przelania krwi. Przecież w ostatniej chwili może przybyć Juarez.
— Ma pani rację, sennorita. Ruszam natychmiast. A więc najpóźniej do północy.
— Tak jest, do północy.
— Dobrze. Adios', sennorita!
Zanim Emilja zdążyła odpowiedzieć, André znikł za drzwiami i, trąciwszy w korytarzu służącę, jak kula stoczył się ze schodów.
— Prędko, na miłość Boską, prędko! — zawołał na dozorcę, który wyszedł, by otworzyć bramę.
W takim samym pośpiechu przebiegł przez ulicę i wpadł do gospody, w której siedział tylko gospodarz przy ponurym blasku świecy łojowej.
— I cóż? — zapytał. — Ruszacie w drogę?
— Tak jest, i to w tej chwili! Czy koń mój nakarmiony, napojony? — pytał André w wielkim pośpiechu.
— Oczywiście — odparł gospodarz. — Lecz cóż się z wami dzieje? Jesteście wzburzeni.
— Muszę jechać natychmiast. Konia!
Pobiegł na podwórze. W krótkim przeciągu czasu osiodłał konia i przyprowadził przed bramę.
— Cóż to za bies was opętał? — zapytał gospodarz zdumiony.
— Dowiecie się później. Oto pieniądze za to, co zjadłem i wypiłem. — Po tych słowach sięgnął André do kieszeni i wyciągnął sakiewkę.
— Fraszka — rzekł Meksykanin. — Nie przyjmę od was pieniędzy.
Ale mały André szybko wcisnął coś w rękę gospodarzowi, spiął konia ostrogami, że zwierzę stanęło dęba, i raptem, jak z bicza strzelił, pognał przez bramę. Gdy stanął w niej gospodarz, dźwięk kopyt rozlegał się już na sąsiedniej ulicy.
— Ależ ten człowiek gna jak bies! — mruknął. — Widać nie byle co się musiało wydarzyć.
Podniósłszy rękę do światła, zawołał:

Santa Madonna, to nugget wielkości orzecha laskowego. Wart jest między braćmi dwadzieścia duros. Ten człowiek ma pieniądze. Niechaj go Bóg uchroni przed złamaniem nóg i karku! — —


II
GALOPADA

Opuściwszy miasto, mały trapper gnał jak szalony wzdłuż rzeczki Chihuahua. Na szczęście poznał dobrze okolice podczas kilkudniowego krążenia dookoła miasta.
W przeciągu pół godziny dotarł do umówionego miejsca spotkania, odległego od miasta o dwie godziny drogi. Zatrzymał się i wydał ze siebie kilka okrzyków, podobnych do wołania sowy. Nie było żadnej odpowiedzi.
— Jeszcze ich niema. Ruszam więc naprzód, aby się z nimi spotkać. —
Gnał w dalszym ciągu wzdłuż rzeki. Około godziny drugiej rozwidniło się nieco, około trzeciej dotarł do miejsca, w którem rzeka wpada do Rio Conchos.
— Tu miał Juarez ze swymi ludźmi przekroczyć rzekę. Trzeba zobaczyć, czy niema śladu.
Zaczął badać przejście, o ile na to pozwalało skąpe światło świtania. I tu ich nie było.
Dosiadł znowu konia, przepłynął przez Rio Conchos na drugi brzeg i ruszył na północny wschód w kierunku Liano de los Cristianos. Rozjaśniało się coraz bardziej.
Widział teraz dokładnie równinę, przez którą jechał. Nadaremnie szukał śladu kopyt końskich. Jechał tak aż do popołudnia. Koń padał z wyczerpania; ledwie dyszał. André czuł, że zwierzę padnie, skoro tylko zatrzyma je w biegu, dlatego nie popuszczał wodzy.
Zbliżył się do podgórza, za którem płynie Rio Grande del Norte. Ujrzał tu długą, ciemną linję, wijącą się w dolinie wśród gór. Uniósłszy się w strzemionach, badawczo patrzał w kierunku tej linji i zawołał z triumfem:
— To oni!
Spiął konia ostrogą z taką siłą, że zwierzę ruszyło jakimś obłędnym galopem.
Ciemna linja wiła się coraz wyraźniej, coraz bliżej. Można już było rozpoznać poszczególne postacie.
Zprzodu jechali wodzowie: Bawole Czoło, Niedźwiedzie Serce i Niedźwiedzie Oko, pełniąc role wywiadowców. W pewnej odległości za nimi, jechał na ogierze Juarez, pochłonięty rozmową ze Sternauem i hrabią Fernandem. Za nimi sunęli naprzód gęsiego biali strzelcy i Indjanie.
Oddawna już zauważono jeźdźca.
Juarez zapytał:
— Kto to być może?
Uff! — zawołał Niedźwiedzie Serce. — To kusy człowieczek.
Spojrzawszy badawczo w kierunku strzelca, Sternau rzekł:
— Tak, to mały André, któregoście, sennor, wysłali do Chihuahua.
— Czegóż tu chce? Dlaczego ruszył naprzeciw? — zapytał Juarez.
— Musiało zajść coś ważnego.
— Zaraz się o tem dowiemy.
Mały trapper był już blisko. Koniowi zwisał z pyska język, oczy nabiegły krwią; stękał jak lokomotywa. Od czasu do czasu podrywał się wgórę w okropnych drgawkach. Tuż przed Juarezem wykonał ostatni skok.
— Na miłość Boską, zeskoczcie na ziemię — zawołał Juarez.
Mały André stał już na ziemi. Koń padł na plecy i nie mógł się podnieść. André wyciągnął z najzimniejszą krwią rewolwer i wpakował kulę w oko wyczerpanego zwierzęcia.
— Cóż to się stało, sennor André? — zapytał prezydent. — Gnaliście jak wicher.
— O tak, sennor, — odparł mały jeździec. — Za kilka minut cały nasz oddział ruszy z taką samą szybkością. Przysyła mnie sennorita Emilja. Opuściłem ją przed dziewięcioma godzinami.
— Nie może być!
— Popatrzcie na mego konia! Zajeździłem go na śmierć.
Biali strzelcy otoczyli przybysza kołem; Indjanie pozostali wtyle, nie interesując się jego osobą.
— Przybywam w związku z dekretem Maksymiijana, mocą którego każdy republikanin powinien być karany śmiercią jako bandyta, — ciągnął mały strzelec.
Oczy prezydenta zabłysły.
— Nigdybym nie przypuścił, że ten dekret wejdzie w życie. Maksymiljan podpisał wyrok śmierci na siebie samego.
— Ale przedewszystkiem na innych. — Wczoraj otrzymano w Chihuahua rozkaz Basaine’a, aby wszyscy schwytani republikanie śmierć ponieśli.
— Są więc jeńcy? — zapytał Juarez.
— Jest czterdziestu zakładników, których dziś o drugiej w nocy mają rozstrzelać.
— Wielkie nieba! Co czynić? Trzeba ich ratować! Ale jak? Mamy niesłychanie mało czasu.
— Dlatego też nie możemy go tracić — rzekł szybko Sternau. — Pozwoli pan, że będę pytał małego André?
— Chętnie.
Sternau zwrócił się do małego strzelca.
— Proszę odpowiadać krótko i wyraźnie. Egzekucja ma się odbyć o drugiej? W jakiem miejscu?
— Przed miastem, niedaleko rzeki.
— Jak długo jechaliście tutaj?
— Dziewięć godzin.
— Jeżeli więc nie chcemy zajeździć na śmierć koni, przybędziemy w jedenaście godzin. Jak wielka będzie eskorta egzekucyjna?
— Jedna kompanja oraz wszyscy oficerowie.
— Doskonale. Wszystko odbywa się w tajemnicy?
— Tak jest. Jedynie sennorita Emilja jest powiadomiona.
— Ona was posyła?
— Tak.
— Cóż postanowiła, gdybyśmy nie spotkali się na czas?
— Będzie czekać do północy, potem zwoła republikanów.
— Skończyłoby się to krwawą łaźnią. Poczciwi obywatele Chihuahua nie są bohaterami. Jak daleko od miejsca, w którem mieliśmy się spotkać, do miasta?
— Dwie godziny.
— Wytrzymacie drogę powrotną?
— Wytrzymam.
— Dobrze. Posłuchajcie więc panowie, co uważam za najstosowniejsze.
Otoczyli go kołem.
— Przedewszystkiem trzeba jak najszybciej zawiadomić sennoritę Emilję, iż przybędzie pomoc; trzeba pohamować bunt w mieście. Najszybsi nasi jeźdźcy muszą ruszyć w największym pośpiechu, aby przybyć do miasta przed drugą i przeszkodzić egzekucji. Reszta przyłączy się do nich później. Do sennority Emilji uda się sennor André; ponieważ misja jest ważna, a mogłoby się coś przydarzyć po drodze, będę mu towarzyszyć. Czy brat mój Niedźwiedzie Oko zna Chihuahua?
— Oko moje zna cały kraj — potwierdził wódz.
— Niechaj więc brat mój wraz z innymi wodzami na czele najszybszych jeźdźców przybędzie o północy pod miasto; będę go oczekiwał nad rzeką. Reszta, ponieważ siedzi na koniach mniej rączych, połączy się z nami później pod wodzą sennora Juareza.
— O nie! — zawołał Juarez. — Na to się zgodzić nie mogę. Chcecie mnie oszczędzać, odciągnąć od walki?
— Życie pańskie, prezydencie, jest zbyt cenne, by je wystawić pod kule.
— Mimo to wyruszę na czele pierwszego oddziału. Kto wie, czy samo moje zjawienie się nie wywoła większego skutku od wszystkich kul.
— Może pan ma rację. Niechaj więc tak się stanie. Zresztą będziemy mieli jeszcze czas naradzić się pod miastem. Zdecydujemy później, kto poprowadzi oddział ostatni. Nie mam ani chwili czasu do stracenia. Sennor André weźcie jednego z naszych nieosiodłanych koni!
André ściągnął z zabitego konia siodło i wędzidła, i zaczął siodłać drugiego.
Juarez zbliżył się na koniu do Sternaua i rzekł półgłosem:
— Musi pan spełnić następującą prośbę. Nie chciałbym wpaść na Francuzów znienacka. Uznaję prawo międzynarodowe. Przybędzie pan do Chihuahua przede mną. Chce pan być moim posłem?
— Chciałby pan, abym w pańskiem imieniu odwiedził komendanta? Czy dopuszczą mnie wogóle?
— Mam nadzieję, że tak. Proponuję Francuzom wolny odwrót. Oto wszystko; reszta należy do pana.
— Dobrze. Czy mają się dowiedzieć, że znamy ich plan egzekucji?
— Nie; nie chcę tego.
— Czy mam również powiedzieć, że jesteśmy bardzo blisko miasta?
— Ależ nie, nie!
— Teraz rozumiem dokładnie pańskie polecenie; sądzę, że będzie sennor ze mnie zadowolony.
— Jestem o tem przekonany. Cóż się jednak stanie, jeżeli, jak to pan przypuszczał przed chwilą, nie zechcą pana uznać, i potraktują jak jeńca?
— O to się nie martwię. A gdyby mi się nawet coś stać miało, mogę przecież liczyć na przyjaciół. Adios, sennores!
Wspiął konia ostrogami i ruszył wraz z André’em.
Po kilkuminutowej jeździe odwrócił się i zobaczył, że oddział, złożony z najszybszych jeźdźców, podąża za nimi.
— Jest teraz dziesiąta — rzekł po niemiecku. — Droga trwa jedenaście godzin, będziemy więc o dziewiątej wieczorem w Chihuahua. To wystarczy. Czy wiadomo panu dokładnie, w jakim miejscu ma się odbyć egzekucja?
— Nie — odparł André. — Ale na pewno sennorita będzie wiedziała.
— Udam się do niej wraz z wami.
Ruszyli tą samą drogą, którą przybył André. Minęło przedpołudnie, południe słońce już się chyliło ku zachodowi, a nasi dwaj jeźdźcy nie zatrzymywali koni. Narażali je w ten sposób na pewną zagładę, nie można się było jednak z tem liczyć.
Wieczorem, dotarłszy do Rio Conchos, zatrzymali się, aby konie wypoczęły nieco i nie wchodziły do wody spienione. Przeprawiwszy się przez rzekę, ruszyli znowu w pełnym galopie.
Niedaleko miasta Sternau zwrócił się do małego trappera:
— Czy znajdzie się tutaj jakieś bezpieczne schronienie dla koni?
— Tak. Pójdziemy do miasta pieszo?
— Oczywiście. Nikt nie powinien nas spotkać.
— Tam na prawo ciągnie się las, w którym będzie można wierzchowce przywiązać.
Uczyniwszy to, ujęli broń w ręce i ruszyli w kierunku miasta. Weszli do Chihuahua tą samą ulicą, przez którą wczoraj wjechał i wyjechał André.
André wszedł w jedną z bocznych ulic, Sternau mu towarzyszył.
— Na lewo stoi venta, gdzie popasałem, — szepnął mały.
— A dom, w którym mieszka sennorita?
— To ten wysoki, szeroki budynek na prawo.
— Nie widać świateł, ale wejdźmy.
— Na noc zwykle zamykają okienice.
Na ulicy było ciemno; nikt nie zauważył przybyszów. Brama domu, w którym mieszkała Emilja, była tylko przymknięta, weszli więc wprost do sieni, zupełnie ciemnej. Jakiś głos zapytał:
— Kto idzie?
— Kto pyta? — odparł mały strzelec.
— Dozorca.
— To ja, André.
— Dzięki Bogu, sennor! Czekaliśmy na was z utęsknieniem. Czyście zamknęli za sobą bramę?
— Tak.
— Więc mogę zapalić światło? Myślałem już, że nie przyjdziecie.
— Sennorita w domu?
— Tak. Oczekuje was z wielkim niepokojem.
Stary zapalił światło i rzekł:
— Ach, jeszcze jeden sennor! Polecono mi tylko was wprowadzić, sennor André.
— Ten sennor jest moim dobrym przyjacielem. Musi pomówić z sennoritą.
— W takim razie chodźcie panowie na górę.
Zaprowadził Andre’a i Sternaua po schodach. Gdy weszli do przedpokoju, w przeciwległych drzwiach stanęła Emilja. Usłyszawszy kroki, otworzyła je, gnana niecierpliwością, aby zobaczyć, kto przyszedł.
Sternau stał przed Andre’em; zobaczyła więc przedewszystkiem jego. Na widok olbrzymiej postaci ogarnęło ją zdumienie.
— Któż to taki? — zapytała. — Cóżto za obcy człowiek?
Sternau skłonił się lekko:
— Jestem obcym, sennorita, to prawda, lecz przybywam z kimś, kto mnie wytłumaczy.
Odsunął się na bok; Emilja zauważyła towarzysza.
— Sennor André! — zawołała ucieszona, odetchnąwszy z ulgą. — Witajcie, witajcie! Wejdźcie do pokoju!
— Niech pani przedewszystkiem pozwoli, bym jej przedstawił swego towarzysza, — rzekł Andre. — To sennor Sternau, o którym pani wczoraj opowiadałem.
— Sennor Sternau? Witam, witam!
Wprowadziła przybyłych do pokoju, w którym dwukrotnie był wczoraj André.
— Siadajcie, sennores. Jakie wieści przynosicie?
— Dobre — uprzedził André, chcąc rozwiać jej obawy.
— Dzięki Bogu. A więc Juarez przybędzie?
— Tak. Przybędzie na czas. Skazańcy są uratowani.
— Wam to mają do zawdzięczenia, sennor André. Trudno sobie wyobrazić, jakie męki przeżywają ci biedacy. Są przekonani, że czeka ich śmierć, że zostaną skrytobójczo zamordowani, nie pożegnawszy swoich najbliższych, nie sporządziwszy testamentu. — Spotkaliście Juareza w oznaczonem miejscu?
— Nie. Musiałem jechać naprzeciw.
— Daleko?
— Kawalątek drogi — rzekł mały André skromnie.
— Piętnaście mil geograficznych — poprawił Sternau.
Wyciągnęła do André’a ręce.
— Dziękuję, sennor, — rzekła, przyczem oczy jej zaszły łzami. — Dowiódł pan, że w drobnej postaci może kryć się wielkie serce. Czy dowiem się zaraz, co postanowiono uczynić dla uratowania skazańców?
Sternau powiedział:
— Przedewszystkiem ruszyliśmy tutaj, aby panią zawiadomić o zbliżającej się pomocy. Reszta okaże się w miarę okoliczności. Czy zna pani dokładnie miejsce, gdzie ma się odbyć egzekucja?
— Tak. Na prawo od ulicy, którąście przybyli do Chihuahua, ciągnie się w kierunku rzeki granica miasta. Zakreśla nad rzeką półkole, tworząc w tem miejscu coś w rodzaju cyplu. Na tym właśnie cyplu ma się odbyć egzekucja.
— Czy rzeka jest tam głęboka?
— Głęboka i rwąca. Francuzi mają zamiar powrzucać do niej trupy rozstrzelanych, aby prąd uniósł je jak najdalej.
— Nie można liczyć na żadną litość dla skazańców?
— Nie można, a to ze względu na obecność pułkownika Laramela.
— Cóżto za człowiek ten pułkownik Laramel?
— Słynie z okrucieństwa; rozkoszuje się mordowaniem wrogów. Zasługuje w zupełności na miano kata republikanów.
— To wystarczy
Zdziwiona tonem Sternaua, Emilja zapytała:
— Co pan przez to rozumie, sennor?
— Zobaczę tego człowieka i będę z nim mówił.
— Oczywiście po walce, o ile wyjdzie z niej cało.
— Prawdopodobnie i przedtem.
— To będzie chyba niemożliwe, sennor.
— Dlaczego? Czy nie będę go mógł spotkać u komendanta?
— Naturalnie, że tak. Dowiadywałam się dzisiaj, co oficerowie czynić zamierzają. Oświadczono mi, że wszyscy są zebrani u komendanta i czekają u niego aż nadejdzie pora egzekucji.
— Doskonale. Spotkam ich w takim razie wszystkich razem.
— Co takiego? Chce pan tam pójść?
— Tak, pójdę tam, — odparł Sternau z całym spokojem.
— Nie wolno panu iść na pewną zgubę!
— Nie sądzę. Zjawię się jako pełnomocnik Juareza, przypuszczam więc, że będę nietykalny.
— Myli się sennor. Odpowiedzą panu, że nie pertraktują ani z Juarezem, ani z jego pełnomocnikami, ponieważ Juarez jest republikaninem, a więc bandytą. Położy pan dobrowolnie głowę na pieńku.
Sternau wstał i rzekł:
— Sennorita, czy wyglądam na człowieka, którego łatwo ująć i rozstrzelać?
— O nie. Wygląda pan jak postać bohaterska z bajki. Cóż jednak poradzi Herkules wobec małej, złośliwej kuli rewolwerowej lub karabinowej?
— Nie mogę się nad tem zastanawiać. Dałem Juarezowi słowo, że pójdę do komendanta, i słowa tego dotrzymam.
— Widzę, że jest pan nieugięty. Proszę w takim razie o jedno: niech się pan tam uda pod ochroną jednego z mych znajomych.
— Cóżto za człowiek?
— Zupełnie przeciętny. Jest klucznikiem w ratuszu. To zacna, wierna dusza, zwolennik prezydenta, podobnie jak brat jego, dozorca mego domu. Wypatruje tylko chwili, kiedy Juarez stanie się panem Chihuahua. Dołoży wszelkich starań, byle ją przyśpieszyć. To on mnie powiadomił, że oficerowie zebrani są u komendanta.
— Przypuszcza pani, że mógłby umożliwić mi wstęp do ratusza i odwrót.
— Ależ oczywiście. Posiada przecież wszystkie klucze olbrzymiego budynku.
— Doskonale. Nie traćmy jednak czasu.
— Przywołam dozorcę; zaprowadzi was do swego brata.
Omówiwszy szczegóły, Sternau opuścił dom w towarzystwie dozorcy.
Minęli kilka ulic. Dzięki ciemnościom, które tu panowały, nikt ich nie zauważył.
Zatrzymali się wreszcie przed jakąś bramą.
— Jesteśmy u tylnego wejścia do ratusza, sennor, — rzekł dozorca.
— To zapewne brama, przy której będziecie na mnie czekać? — zapytał Sternau.
— Tak. Zatrzymajcie się tutaj przez chwilę. Pomówię z bratem.
Znikł za rogiem ulicy; Sternau pozostał pod bramą. Dozorca wrócił po jakimś kwadransie.
— Mówiliście z nim? — zapytał Sternau.
— Tak. Zgodził się, proponuje tylko inną drogę. Słyszycie kroki? To on nadchodzi.
Za drzwiami rozległ się szmer, jakby ktoś schodził ze schodów. W zamku zgrzytnął cicho klucz; drzwi się otworzyły.
— Wejdźcie — rzekł ktoś szeptem.
Sternau wszedł, za nim dozorca. Drzwi zamknęły się znowu; klucznik wyciągnął z kieszeni ślepą latarkę, oświetlił Sternaua i rzekł:
— Brat przyniósł wiadomość, w którą trudno mi uwierzyć. Czy to prawda, sennor, że Benito Juarez jest wpobliżu?
— Tak. Przybędzie do Chihuahua.
— Niech was Bóg błogosławi za tę nowinę! Brat uprzedził mnie, o co idzie. Zaprowadzę pana na górę; on tymczasem poczeka.
Minąwszy cztery pokoje, zatrzymali się przed drzwiami i klucznik zaczął nasłuchiwać.
— Niema nikogo — rzekł. — Popatrzcie.
Uchylił nieco drzwi; Sternau ujrzał słabo oświetlony korytarz, w którym nie było nikogo. Naprzeciw widać było drzwi — główne wejście.
Klucznik rzekł:
— Za temi drzwiami siedzą oficerowie. Ja zaś zaczekam tutaj na pana. Jeśli zajdzie konieczność ucieczki, przekręci pan klucze i przybiegnie do mnie. Wyjdę, aby otworzyć drzwi, pan zaś pozamyka za sobą wszystkie i zejdzie po schodach. Klucze od głównej bramy i latarkę odda pan bratu.
— Doskonale. A więc zaczynam? — odparł Sternau.
— W Imię Boże, sennor!
Sternau zszedł po schodach do czekającego nań dozorcy i udał się na drugą stronę domu. Bramę zastali otwartą, szeroki korytarz oświetlony. Przed ratuszem nie było posterunku. Na korytarz wychodziły uchylone drzwi wartowni. Gdy Sternau chciał je minąć, stanął w nich jakiś podoficer i zapytał uprzejmie:
— Przepraszam, monsieur, dokąd pan idzie?
— Czy mogę mówić z komendantem?
— O tak późnej porze?
— To moja sprawa! Pytam, czy komendant jest w domu.
Brutalny ton zrobił swoje.
— Tak, monsieur, — odparł podoficer.
— Zechce mnie pan zameldować, sennor?
— Chętnie. Nazwisko?
— Nazywam się doktór Sternau.
— Doskonale. Proszę za mną.
Oficerowie siedzieli nad ponczem ananasowym; rozmawiali, zwyczajem francuskim, lekko i wesoło o polityce i budowali domki z kart.
Wszedł podoficer i zameldował:
— Jakiś pan chce mówić z panem komendantem.
— O tak późnej porze? — zapytał komendant z niechęcią. — Któż to taki?
— Powiada, że się nazywa doktór Sternau.
— Niemieckie nazwisko. To zapewne felczer, lub chirurg jakiegoś belgijskiego, albo cesarskiego pułku. Niech wejdzie!
— Wejść! — ryknął podoficer, opuszczając pokój.
Oczy wszystkich skierowały się ku drzwiom.
Zamiast pokornego eskulapa, którego się oficerowie spodziewali, wyrosła przed nimi postać wysoka, herkulesowa, ubrana w bogaty strój meksykański.
— Dobrywieczór panom — rzekł Sternau, skłoniwszy się.
Olbrzymi wzrost wywarł silne wrażenie; oficerowie wstali i odpowiedzieli na ukłon ukłonami.
— Skierowano mnie do komendanta Chihuahua.
— Jestem nim — rzekł komendant. — Niech pan siada. Przedtem przedstawię panów oficerów.
Przy każdem nazwisku Sternau skłaniał głowę lekko i dumnie. Gdy komendant wymienił nazwisko pułkownika Laramela, Sternau spojrzał nań badawczo. Wreszcie usiadł.
— Czemuż mam przypisywać zaszczyt odwiedzin pana doktora? — zapytał komendant.
— Zawdzięczam to przypadkowi, który zaskoczył mnie równie niespodzianie, jak panów zaskoczyła moja wizyta, — odparł Sternau. — Przedewszystkiem pozwolę sobie zauważyć, że jestem Niemcem.
Oficer skinął chłodno głową i rzekł:
— Domyśliłem się tego po dźwięku nazwiska.
— Z przyczyn, które do sprawy nie należą, bawiłem przez dłuższy czas nad morzami południowemi. Względy rodzinne zmusiły mnie do udania się stamtąd do Meksyku. Wybrałem drogę, idącą w kierunku granicy Nowego Meksyku.
Eh bien! — rzekł Francuz zaciekawiony.
— Podczas pewnego popasu miałem nieoczekiwaną przyjemność poznać człowieka, którego imię jest ściśle związane z historją Meksyku. Domyślacie się zapewne panowie o kim mówię?
— Tam do licha, chyba o Juarezie! — zawołał pułkownik Laramel, zrywając się z krzesła. — Czy zgadłem?
— Tak, panie pułkowniku.
— Świetnie. Nareszcie dowiemy się jakichś bliższych szczegółów. Gdzież tkwi teraz?
— Proszę naprzód pozwolić mi mówić dalej — rzekł Sternau uprzejmym tonem.
— Na to jeszcze będzie czas. Proszę przedewszystkiem odpowiedzieć na moje pytanie! To rzecz najważniejsza.
Słowa te zostały wypowiedziane z niezwykłą bezwzględnością; Sternau ciągnął tymczasem z całą swobodą:
— Tak, poznałem Juareza, i to podczas...
— Pytałem, gdzie jest Juarez! — zawołał pułkownik Laramel tonem rozkazującym.
Sternau odwrócił się z uśmiechem, w którym było wszystko, co mogło obrazić pułkownika, i rzekł:
— Panie pułkowniku! Nie przemawia pan do kompanji karnej, lecz siedzi przed człowiekiem, który przywykł mówić tak, jak mu się podoba. Nie lubię, gdy mi ktoś przerywa, potrafię jednak znieść to czasem, o ile przerywa w uprzejmej formie. Ponieważ forma nie jest zachowana, muszę zwrócić uwagę, że przybyłem tutaj, by pomówić z panem komendantem, a nie z pułkownikiem Laramel.
Takiej reprymendy pułkownik nie słyszał zapewne jeszcze nigdy w życiu. Podniósł się więc i chwycił za rapir.
Monsieur, chce mnie pan obrazić? — zawołał.
— Skądże znowu — odparł Sternau ze spokojem. — Chcę tylko, aby mnie traktowano tak, jak się to należy każdemu wykształconemu człowiekowi.
Chcąc uniknąć konfliktu, komendant rzekł:
— To wystarczy. Pan doktór oświadczył, iż nie chciał obrażać pana pułkownika Laramela, wobec tego uprzejmie proszę pana pułkownika, by mu pozwolił mówić dalej. Uważam incydent za wyczerpany. — Cóż dalej?
Ostatnie słowa były skierowane do Sternaua. Ponieważ komendant wypowiedział je tonem uprzejmym Sternau skłonił się grzecznie i ciągnął dalej:
— Jak mówiłem, poznałem Benita Juareza. Stało się to podczas wycieczki, którą urządził z Paso del Norte. Przypuszczam, iż nie popełnię zbrodni politycznej, jeżeli wyznam, że zainteresowałem się bardzo tym człowiekiem i, że miałem szczęście spotkać się z równem zainteresowaniem z tamtej strony.
— Chce pan przez to powiedzieć, że jest przyjacielem Juareza? — rzekł komendant poważnym tonem.
— Tak, właśnie to chciałem powiedzieć, — odparł Sternau bez lęku.
Komendant zmarszczył czoło.
— Mam wrażenie, że odznacza się pan niezwykłą szczerością.
— Przyzwyczaiłem się uważać szczerość za cnotę.
— Bywa ona czasami brzemienna w skutki, zwłaszcza, gdy się zmienia w nieostrożność.
— Mam nadzieję, że dotychczas nie popełniłem nieostrożności.
— Przeciwnie. Oświadczył pan przecież, że jest zwolennikiem Juareza.
— Nic o tem nie mówiłem. Można przecież być czyimś osobistym przyjacielem, nie podzielając jego politycznych zapatrywań. Przejdźmy więc nad tem do porządku. Powtarzam, że miałem szczęście poznać Juareza i zdobyć jego zaufanie. Obecność moja tutaj jest tego dowodem, przybywam bowiem do was, jako wysłannik Zapoteki.
Ach! — zawołał komendant zdumiony. — Jest więc pan jego wysłannikiem? Może nawet jego pełnomocnikiem?
— Tak. Mam pełnomocnictwo do pertraktowania w jego imieniu.
Pułkownik Laramel wybuchnął szyderczym, pogardliwym śmiechem, komendant zaś rzekł:
— Przyłączam się do kolegi, którego śmiech świadczy, jak dziwnie brzmią słowa pana. Więc naprawdę uważa sennor Juareza za człowieka, z którym można pertraktować?
— Tak, jestem tego zdania, — odparł Sternau spokojnie.
— Popełnia pan w takim razie wielki błąd. Władza nie może pertraktować ze zdrajcami kraju, którzy obrazili majestat. O tem powinien wiedzieć każdy przeciętnie wykształcony człowiek.
— Podzielam to zdanie, chciałbym tylko zapytać, czy mówiąc o zdrajcach kraju, ma pan na myśli Juareza, którego jestem pełnomocnikiem?
— Oczywiście — odparł komendant zdumiony. — Nawołuje do buntu przeciw nam, stawia zbrojny opór.
— To dziwne — rzekł Sternau, kiwając głową. — Juarez jest tego samego zdania o was.
Ach! — zawołali wszyscy.
— Tak — odparł Sternau nieustraszenie. — Twierdzi, że jest prezydentem. Meksyk zaszczycił go tą godnością i nie odwołał jej. Twierdzi, że to Francuzi judzą przeciw niemu i stawiają zbrojny opór. Uważa, że obraza majestatu jest przestępstwem politycznem, a nie zbrodnią pospolitą. Zdaniem jego, Francuzi wdarli się do Meksyku przemocą, tak jak to czynią rabusie, włamując się do źle strzeżonego domu.
Pułkownik Laramel skoczył na równe nogi, ujął rapir za rękojeść i zawołał gniewnie do komendanta:
— Panie kolego, czy i tę zniewagę pan zniesie?
Komendant wstał również.
— Nie — odparł. — Zwracając się do Sternaua, rzekł: — Nazwał nas pan zwykłymi włamywaczami.
— Ani mi to w głowie — odparł zapytany. — Określacie Juareza mianem, które jak najenergiczniej odrzucam. Chciałem więc tylko pokazać, jak zapatruje się Zapoteka na tę sprawę. O mojem zdaniu osobistem niema mowy.
— Wypraszam je też sobie bardzo stanowczo! Uważam wizytę pańską za niepotrzebną i niebezpieczną. Niepotrzebną dla Juareza, ponieważ nie będziemy z nim pertraktować, niebezpieczną zaś dla pana, monsieur.
Sternau zapytał z niedowierzaniem:
— Niebezpieczną dla mnie, dlaczegóż to, mój panie?
— Ponieważ rzuca pan na stawkę wolność, a nawet życie. Juarez został wyjęty z pod prawa. Nie dalej jak wczoraj otrzymałem powtórny rozkaz postępowania z jego zwolennikami jak z bandytami, a więc rozkaz rozstrzeliwania.
— Do licha! — rzekł Sternau z uśmiechem. — Przypada mi więc ten zaszczyt, że jestem uznany za bandytę.
— Niebezpieczeństwo to grozi panu istotnie. Z prawdziwą przykrością muszę oświadczyć, że — po pierwsze nie uznaję pełnomocnika eks-prezydenta za osobę dyplomatyczną, po drugie, — zatrzymam pana jako swego jeńca.
Sternau założył nogę na nogę i odparł spokojnie:
— Nie mówmy o punkcie drugim, na to teraz nie pora. Co się zaś tyczy pierwszego, to bez względu na opór panów, spełnię otrzymane polecenie. Chciałem panom oświadczyć, że...
Przerwał, podszedł bowiem do niego pułkownik Laramel i zawołał gniewnie:
— Ani słowa więcej! Każde słowo będę uważać za obrazę.
Sternau wzruszył ramionami:
— Powiedziałem już, że przybyłem tutaj, aby pomówić z komendantem Chihuahua, a nie z kim innym. Jeżeli nie chcecie wysłuchać pełnomocnika Juareza, to może nie zaszkodzi wysłuchać człowieka, którego informacje mogą przynieść tylko korzyść.
— Nie spodziewam się po nich żadnych korzyści — odparł ostro komendant.
— Mogą przynajmniej zapobiec dalszym szkodom, choć nie są oczywiście w stanie zmienić tego, co zaszło. Jeżeli nie chcą panowie uznać Juareza za osobę, z którą można prowadzić urzędowe pertraktacje, niech przemówią fakty.
— Cóżto za fakty? — zapytał komendant szyderczo. — Chce pan mówić o jego ucieczce, bezsilności i bezradności?
— Ucieczka? Nie uciekł, cofnął się poprostu. Bezsilność? Czy naprawdę można nazwać bezsilnym człowieka, który zniszczył wasze ostatnie plany?
— Proszę liczyć się ze słowami! — wybuchnął komendant. — Nie wiem, co pan rozumie przez słowo zniszczyć. Trzy kompanje francuskie maszerują na północ, by rozbić w perzynę zwolenników Juareza.
— Sądzicie, że się wam to uda?
— Jestem tego pewien.
— Muszę w takim razie oświadczyć, że teraz zkolei wy mylicie się zasadniczo. Wasza wyprawa skończyła się zupełnem fiaskiem.
Oficer zapytał z lękiem:
— Jakto? Co panu o tem wiadomo?
— Juarez wiedział oddawna o waszych planach i zarządził, co należy. Atak na Guadelupę został odparty.
Teraz zerwali się z miejsc wszyscy oficerowie.
— Nie może być! — zawołał pułkownik. — Któżby go miał odeprzeć?
— Juarez.
— Był w Guadelupie?
— Udał się tam na wiadomość o waszych zamiarach. Byłem z nim razem.
— Widzieliście atak?
— Tak jest.
— W takim razie sukces eks-prezydenta musiał być chwilowy i przemijający. Widocznie nie udało się nam go zaskoczyć. Jestem jednak przekonany, że dzielne moje wojska zdobędą fort i, albo schwytają Juareza, albo przepędzą.
— Niestety, brak panom sił.
Komendant zbladł i, jąkając się, zapytał:
— Jak to mam rozumieć?
— Wojsko wasze wycięto w pień.
— Kpiny, panie?
— Nie, mówię prawdę. Żywa noga nie uszła.
Po chwili milczenia pułkownik Laramel krzyknął:
— To bezczelne kłamstwo!
Sternau nie spojrzał nań nawet i mówił dalej do komendanta:
— Proszę bardzo, aby wybawił mnie pan od słuchania tych obelg, w przeciwnym bowiem razie zmuszony będę uciec się do samoobrony.
— To kłamstwo! — powtórzył Laramel z wściekłością. — Ten człowiek łże!
Ledwie zdążył wypowiedzieć ostatnie słowa, już leżał bez ruchu na podłodze. Sternau wstał z błyskawiczną szybkością i zdzielił go pięścią w głowę tak silnie, że Laramel zwalił się, jak długi.
Oficerowie osłupieli na widok tego, co zaszło. Komendant opamiętał się pierwszy i zawołał groźnie:
— Na co się pan waży, monsieur? Uderzył pan dowódcę pułku? Czy wiadomo panu, że za to karzemy śmiercią? Każę pana natychmiast zaaresztować!
Ruszył w kierunku drzwi.
— Stać! — zawołał Sternau tonem rozkazującym.
Oficer zatrzymał się; spojrzał z osłupieniem na Sternaua.
— Czy pan oszalał? Jak pan śmie używać takiego tonu? — zawołał, wyciągając rapir z pochwy. Reszta oficerów poszła za jego przykładem.
— Zostawcie broń w spokoju — rzekł Sternau. — Przyszedłem, abyście mnie wysłuchali, i zmuszę was do tego. Rapirów waszych się nie boję; ale wy powinniście mieć respekt przed mojemi kulami.
Wyciągnął dwa rewolwery i skierował lufy na Francuzów. Potężna postać, błyszczący wzrok i rozkazujący ton głosu, działały tak silnie, że nikt oprzeć się nie mógł trwodze.
Komendant cofnął się przerażony.
— Człowieku, chcecie naprawdę strzelać?
— Tak; daję słowo, że wpakuję kulę w łeb każdemu, kto zechce mnie dotknąć lub zawołać o pomoc. Nie macie nic, prócz rapirów, jestem więc od was silniejszy.
Oficerowie zorjentowali się, że mówi słusznie.
— To niesłychane — rzekł komendant, opuszczając wyciągnięty przed chwilą rapir. — Ale mimo wszystko jest pan zgubiony!
— Jeszcze nie. Jestem natomiast zdania, że to was czeka zguba, o ile nie usłuchacie mnie i nie usiądziecie spokojnie na swych miejscach.
Mówił tak groźnie i tak stanowczo, że oficerowie zupełnie mechanicznie usiedli. Jeszcze ciągle trzymał w ręku rewolwer.
— Mówiliście o rozkazie, w myśl którego każdy zwolennik Juareza ma być traktowany jako bandyta, — rozpoczął Sternau. — Wykonacie go?
— Bezwątpienia.
— Juarez przestrzega was przed tem. Oświadcza, że w takim razie będzie uważał każdego schwytanego Francuza za bandytę. Ponadto polecił mi wezwać was do natychmiastowego opuszczenia Chihuahua.
Komendant wybuchnął ochrypłym śmiechem i zawołał:
— To pachnie operetką!
— Mówię zupełnie poważnie. Jeżeli spełnicie jego żądania, pozwoli wam cofnąć się swobodnie.
Komendant wstał i zawołał:
— Żądania? Jak pan śmie używać takich słów? Powtarzam, że wykonam otrzymany rozkaz zupełnie skrupulatnie.
— Bardzo mi przykro; przedewszystkiem ze względu na was.
Pah! Już dzisiaj spełnię obowiązek. A wie pan, kogo pierwszego każę rozstrzelać jako bandytę?
— Przeczuwam — odparł Sternau z uśmiechem. — Mowa o mnie?
— Tak. Jest pan moim jeńcem. Proszę się poddać dobrowolnie. Pana pierwszy strzał może położyć któregoś z nas trupem; schwytamy pana jednak, zanim zdążysz wystrzelić po raz drugi.
— Nie lubię niepotrzebnego przelewu krwi, dlatego chowam broń.
Po tych słowach schował rewolwer do kieszeni.
— A więc pan się poddaje?
— O nie. Chcę was tylko pożegnać.
Złożył głęboki, pogardliwy ukłon; w trzech susach dotarł do drzwi.
— Trzymajcie go, trzymajcie! — zawołał komendant, biegnąc ku drzwiom; gdy do nich podszedł, zamknęły się za Sternauem.
— Ucieka! Za nim!
Francuzi stłoczyli się przy drzwiach, były jednakże ku ich najwyższej wściekłości zamknięte. Nikt nie pomyślał o tem, aby otworzyć okno i tą drogą wydać rozkaz; wszyscy walili pięściami w zamknięte drzwi. Otworzyły się dopiero po upływie sporej ilości czasu. Stanął w nich stary klucznik i zapytał ze zdziwioną miną:
Dios mio! Któż panów zamknął?
— Człowieku, gdzież ty byłeś? — zapytał komendant.
— Na dole, przy drzwiach, sennor, — odparł zapytany.
— Czy ktoś wychodził z domu?
— Tak, sennor. Nieznajomy, który tu przedtem przyszedł.
— Wysoki, barczysty, ubrany w strój meksykański? W jakim kierunku poszedł?
— Nie poszedł, a ruszył konno.
— Konno? — brzmiało zdumione pytanie. — Miał konia wpobliżu?
— Tak, sennor. Stałem przy bramie. Minął mnie i potrącił. Szedł bardzo szybko; wydostawszy się na ulicę, zagwizdał. Podjechał jeździec, prowadząc drugiego konia za uzdę. Nieznajomy wskoczył nań i odjechał.
— Szkoda, żeśmy tego nie słyszeli!
— Ja sam ledwie mogłem słyszeć. Panowie stukali tak głośno, że trudno było coś usłyszeć.
— W jakim kierunku odjechał?
— Na lewo.
— W takim razie nie ujdzie nam. Niechaj natychmiast ruszy za nim oddział dobrych jeźdźców. Kto chce objąć komendę?

Zgłosiło się wielu młodszych oficerów. Komendant powziął decyzję. Po chwili dziesięciu kawalerzystów z porucznikiem na czele ruszyło w podanym przez klucznika kierunku. — —


III
ZDOBYCIE CHIHUAHUA

Przekręciwszy klucz w zamku, Sternau zauważył natychmiast czekającego nań klucznika. Wyszedł przez przeciwległe drzwi i podał Sternauowi latarkę.
— Prędzej, sennor, — szepnął. — Brat mój odbierze klucze.
Sternau przebiegł przez pokoje, zamykając za sobą wszystkie drzwi. Dozorca czekał w umówionem miejscu.
— Dzięki Bogu! — rzekł. — Już trapiły mnie obawy.
— Okazuje się, że płonne. Oto klucze i latarka. Już na mnie pora.
Odszedł i, niezauważony, opuścił miasto. Znalazł konia w tem samem miejscu, w którem go przywiązał. Gdy zastanawiał się, czy ma tutaj czekać, nagle usłyszał kroki, zbliżające się zwolna. Ukrył się za drzewem. Niebawem jednak poznał nadchodzącego człowieka po chrząkaniu.
— André? — zapytał.
— Już pan wrócił? Proszę wybaczyć, że się oddaliłem. Trapiony niepokojem, nie mogłem usiedzieć u sennority. Coś gnało mnie z miasta. Opuściłem je, aby się dowiedzieć, czy nasi nadchodzą.
— Nie przypuszczam.
— Ach, ci Apacze jeżdżą wspaniale, Juarez jest również świetnym jeźdźcem.
— Co takiego? Czy przybył już razem z nimi?
— Tak; omal nie zajeździli koni na śmierć.
— Któż przybył?
— Juarez, obydwaj wodzowie Apaczów, wszyscy ich towarzysze i około stu najlepszych jeźdźców z pośród wojowników. Pośledniejsi jeźdźcy są jeszcze w drodze.
— Stu jeźdźców? To wystarczy, śpieszmy!
Odwiązali konie i opuścili lasek. Po niedługim czasie dotarli do Apaczów. Poznali ich w ciemności po głosach. Juarez podszedł do Sternaua i rzekł:
— Ach, sennor! Była to najstraszliwsza jazda w mem życiu. Miałem takie wrażenie, jakgdyby mnie łamano kołem.
— Musi więc pan odpocząć.
— O nie, sennor! Chcę sam prowadzić akcję. Powinienem pokazać Meksykanom, że gotów jestem dla wolności naszej ojczyzny ponieść każdą ofiarę. Sennor André mówił mi już, że był pan u komendanta.
— Tak jest. Rozmawiałem z nim w obecności wszystkich oficerów. Potwierdził, że dekret, skierowany przeciwko republikanom, umocniono rozkazem specjalnym. Zwolennicy nasi będą traktowani jak bandyci. Francuzi nie uważają pana za osobistość, z którą można pertraktować. Chcieli mnie schwytać i dziś jeszcze w nocy rozstrzelać.
— Czy oświadczył sennor, że odpowiem im wet za wet?
— Wyśmieli mnie.
— Więc nie wiedzą jeszcze, co zaszło w forcie?
— Nie mają pojęcia. Zakomunikowałem im to, lecz nie mogłem ocenić wrażenia, jakie wiadomość wywarła, musiałem bowiem salwować się ucieczką.
— Jakże z zakładnikami?
— Niema mowy o ułaskawieniu. Decyzja rozstrzelania jest nieodwołalna. Miano i mnie rozstrzelać wraz z nimi.
— Musimy więc czekać aż do czasu egzekucji i wtedy dopiero przeszkodzić morderstwu. W odpowiedniej chwili otoczymy kondukt egzekucyjny i wybijemy co do nogi. Żal mi oczywiście tych niewinnych ludzi, ale cóż począć?
— Jeżeli chce pan uniknąć przelewu krwi niewinnych, znajdzie się prostsza droga. Poprostu schwytamy wszystkich oficerów załogi i zmusimy ich do oddania Chihuahua bez strzału.
Caramba! Gdyby to było możliwel
— Ależ nic trudnego, sennor. Oficerowie zebrali się obecnie u komendanta. Zakradniemy się do ratusza i obezwładnimy wszystkich. Podobno jest tutaj sto wojowników. Połowa wystarczy, aby cały obóz wziąć do niewoli.
— A czy uda nam się zakraść do siedziby oficerów?
— Bezwątpienia. Wszedłem w porozumienie z klucznikiem ratusza. To właśnie dzięki niemu udało mi się wymknąć.
— W jaki sposób odnalazł pan tego człowieka?
— Dozorca domu, w którym mieszka sennorita Emilja, jest jego bratem.
— Teraz rozumiem. Czy można pomówić bezpiecznie z sennoritą Emilją?
— Tak. Podejmuję się zaprowadzić pana do niej, zapewniając powrót.
— Doskonale. Chodźmy więc. Pragnąłbym pomówić z sennoritą Emilją przed ostateczną decyzją.
Opuścili oddział i poszli w kierunku miasta. Dotarli do domu sennority, nie spotykając nikogo.
— Chihuahua nie wygląda wcale na miasto, okupowane przez nieprzyjaciela, — rzekł Juarez. — Zaczynam wierzyć, że pokonamy Francuzów bez trudności.
W ciemnej sieni stał dozorca.
— Kto idzie? — zapytał.
— Znowu ja, Sternau. Jakże było w ratuszu?
— Doskonale, sennor. Brat mój oświadczył komendantowi, że podano panu konia i że ruszył sennor w kierunku południowym. Wysłano pościg.
— Świetny pomysł. Czy można jeszcze pomówić z sennoritą Emilją?
— Zawsze gotowa pana przyjąć, sennor. Czy mam zapalić światło?
— Nie, przecież znam drogę.
Wszedł z Juarazem na górę. Minąwszy korytarz, stanęli w pokoju sennority. Na widok prezydenta wydała okrzyk radości i, wyciągając doń rękę, zawołała:.
— Witajcie nam w mieście, presidio! Jestem dumna, że was pozdrawiam pierwsza.
— Dziękuję, sennorita, — rzekł Juarez z właściwą sobie łagodną powagą. — Niemało przyczyniła się pani do mego przybycia. Właściwie powinienem pozwolić pani wypocząć, jestem jednak niewdzięczny i wysyłam panią na dalszą walkę.
— Otrzymam nowe zlecenia? — zawołała z radością.
— Tak. Mam zamiar posłać panią do Meksyku, do cesarza.
Zarumieniła się, zachwycona słowami Juareza.
— Czy w misji urzędowej?
— To zależy. Sprawa państwowa, tajna. Ale o tem później. Zajmijmy się narazie chwilą obecną. Jakim człowiekiem jest komendant Chihuahua?
— To figura przeciętna, sennor. W miarę odważny, w miarę tchórzliwy, w miarę skąpy i w miarę lekkomyślny.
— Nie należy się go obawiać?
— Nie.
— Czy są pomiędzy oficerami ludzie, którzy potrafią zachować się wyjątkowo w wyjątkowem położeniu?
— Nie. Nawet pułkownik Laramel, który niedawno przybył, jest raczej okrutnikiem, aniżeli wybitnym wojskowym.
Juarez zmarszczył czoło i rzekł:
— Słyszałem o nim, muszę go sobie dokładnie obejrzeć. Trzeba pani bowiem wiedzieć, że sennor Sternau zaproponował nie czekać na godzinę egzekucji, a poprostu teraz zaskoczyć oficerów w ratuszu.
Oczy Emilji zabłysły radośnie:
— To świetny plan! — rzekła.
— Zaproponowałbym rzecz następującą — począł Sternau. — Pięćdziesięciu ludzi obsadzi główne wyjścia miasta. Mamy przecież odpowiednich przywódców. Wystarczy wymienić tylko małego strzelca, Mariana, Bawole Czoło i obydwu wodzów Apaczów. Z pozostałymi pięćdziesięcioma wejdziemy do ratusza i weźmiemy oficerów do niewoli. Zaskoczymy ich i nie będą mogli stawiać oporu. Pod grozą śmierci oddadzą wszystkie wojska w nasze ręce.
— Projekt jest dobry — rzekł Juarez. — W ten sposób zapobiegniemy przelewowi krwi.
Sternau ciągnął dalej:
— Do rana będziemy trzymać ratusz, o świcie zorjentujemy się, co czynić dalej. Do tego czasu przybędzie reszta naszych ludzi.
— Wśród czternastu tysięcy mieszkańców miasta — wtrąciła sennorita — są setki oddanych patrjotów. Na wieść, że prezydent wrócił, bez wahania chwycą za broń. Znam wszystkich. Mimo, iż jest noc, roześlę natychmiast wezwania do najwybitniejszych wśród nich.
— Podoba mi się ten plan — rzekł Juarez. — Ale nie chciałbym, aby wykonywała go pani osobiście. Proszę mi wskazać człowieka, któremu możnaby powierzyć tę misję.
— Mieszka tu skromny człowiek, który gotów jest oddać życie za rzeczpospolitą. Zna wszystkich patrjotów w mieście.
— Któż to taki?
— Gospodarz venty, mieszczącej się w domu naprzeciw.
— Nie śpi jeszcze?
— Przypuszczam, że nie; a zresztą nietrudno go obudzić.
— Dobrze; rozpoczynam więc działać. Sennor Sternau, okazywał mi pan dotychczas tyle zainteresowania, że mogę, zdaje się, liczyć na pańską pomoc.
— Oczywiście — odparł Sternau. — Jestem do usług.
— Będzie pan łaskaw pójść do naszych ludzi i zarządzić, co pan proponował, a więc sprowadzić pokryjomu tych pięćdziesięciu. Potem udamy się do ratusza. Schodząc nadół, proszę mi przysłać dozorcę.
Sternau odszedł, a po chwili zjawił się dozorca. Ponieważ w bramie było przedtem ciemno, dozorca nie zauważył Juareza. Gdy wzrok jego padł nań teraz, nie mógł ukryć wielkiej radości.
— Mój Boże, prezydent! — zawołał. — Ach, sennor, czy to możliwe?
Na twarzy jego malował się szczery zachwyt. Juarez podał mu rękę, mówiąc:
— Tak, to ja. Znacie mnie osobiście?
— Widziałem sennora, gdy pan stąd ruszał do Paso del Norte. Czy wie sennor, co ryzykuje, przybywając osobiście do Chihuahua?
— Ryzyko nie jest zbyt wielkie. Przeciwnie, mam nadzieję dziś jeszcze zawładnąć miastem i liczę na waszą pomoc. Czy jesteście pewni swego brata, klucznika w ratuszu?
— Najzupełniej, sennor. To równie dobry republikanin, jak ja.
— Idźcie więc do niego i powiedzcie, by mi otworzył tylną bramę tak samo, jak to uczynił przedtem dla sennora Sternaua.
— Sennor chce się udać do oficerów? Wezmą pana do niewoli, sennor!
— Nie wzięli przecież doktora Sternaua, mimo iż był sam; a ja przyprowadzę pięćdziesięciu Indjan i wezmę panów oficerów do niewoli.
— Pięćdziesięciu Indjan? To wystarczy w zupełności. Śpieszę zawiadomić brata. Otworzy wszystkie drzwi.
— Doskonale! Po drodze wstąpcie do venty i powiedzcie gospodarzowi na ucho, żeby zaraz przyszedł.
Dozorca oddalił się. Wkrótce wszedł gospodarz, uszczęśliwiony, że widzi Juareza. Otrzymał doniosłą misję.
Po niedługim upływie czasu wrócił Sternau z wiadomością, że Apacze są gotowi.
— Ruszamy więc — rzekł Juarez.
Emilja prosiła, by byli bardzo ostrożni; doszedłszy do drzwi, Juarez odwrócił się nagle i rzekł do niej:
— Przyszła mi pewna myśl do głowy, sennorita. Czy miałaby pani odwagę nam towarzyszyć?
— Oczywiście — odparła szybko. — Idąc z wami, nie będę przeżywała męki niepokoju.
— Chcę panią zabrać z innego powodu. Zostanie pani wysłana do Meksyku do cesarza, chodzi więc o to, aby sennoritę przedstawić jako jego zwolenniczkę. Jutro otrzyma pani szczegółowe instrukcje. Teraz niechaj sennorita uda się do oficerów przed nami i niech im powie, że dowiedziała się pani od jednego ze swych szpiegów, iż maszeruję na Chihuahua. Niech im pani oświadczy, że mam zamiar ruszyć natychmiast na ratusz i zająć go. Niech przedsięwezmą środki ostrożności; resztę pozostawiam pani sprytowi. Zjawię się w odpowiedniej chwili. Może się pani nie przebierać — strata czasu. Lepiej, by oficerowie myśleli, że pani przybiegła do nich zaraz po otrzymaniu tej wiadomości.
— Narzucę więc tylko mantylę. —
Gdy wszyscy troje opuścili dom, na ulicach było tak ciemno, że nie zauważyli Indjan, leżących na ziemi wzdłuż murów.
Tłumiąc kroki, dotarli do tylnej strony ratusza. Dozorca stał w bramie.
— Wszystko w porządku? — zapytał Juarez.
— Wszystko, sennor, — odparł stary.
— Gdzie wasz brat?
— Stoi ze ślepą latarką na schodach, aby was poprowadzić, sennor. Pójdę ostatni i zamknę drzwi.
— Oficerowie są razem?
— Tak.
— A gdzie Apacze? — zwrócił się Juarez półgłosem do Sternaua.
Ledwie zdążył wypowiedzieć pytanie, wyrosła w mrokach ciemna postać i szepnęła:
— Jesteśmy tutaj.
W jednej chwili stanęło obok niej pięćdziesięciu czerwonoskórych.
Gdyby ktoś chwilę później przypatrzył się górnemu piętru, zauważyłby, jak migoce i gaśnie ruchome światło to w tem, to w owem oknie. — —
Pułkownik Laramel powoli przychodził do siebie po uderzeniu pięścią, które mu zadał Sternau. Przytomność wróciła mu wprawdzie dawno, doznał jednak tak silnego wstrząsu mózgu, że jeszcze nie ostygło oszołomienie.
— Gdybym miał pod ręką tego łotra, kazałbym go zachłostać na śmierć! — rzekł gniewnie.
— Schwytamy go bezwątpienia — pocieszał komendant.
Zapukano do drzwi; gdy się otworzyły, oficerowie zerwali się ze zdumieniem ze swych miejsc. W drzwiach stanęła Emilja.
— Pani tutaj, sennorita? — zapytał komendant — O tak późnej porze?
— Nie jest to wprawdzie godzina wizyt, lecz obowiązek nakazywał mi odszukać panów.
— Obowiązek? To brzmi bardzo poważnie.
— Jest to też sprawa poważna, sennores.
— Proszę siadać; słuchamy.
Komendant podał Emilji krzesło; czyniąc odmowny ruch ręką, odrzekła:
— Proszę mi wybaczyć, sennor, że nie siadam. Przybywam w najwyższym pośpiechu, aby zakomunikować, iż grozi wam największe niebezpieczeństwo.
Komendant przestał się uprzejmie uśmiechać i zapytał poważnie:
— Niebezpieczeństwo?
— Zawiadamiam, że Juarez się zbliża.
— Ach, tylko tyle! Myślałem, że przynosi pani znacznie gorsze nowiny.
— Jestem zdumiona. Czyż to nie najgorsza nowina, jaką mogłam przynieść?
— Nie. Zresztą byłem na nią przygotowany. Już dziś wieczorem doniesiono mi, że Juarez opuścił El Paso del Norte, aby znów zawładnąć prowincją Chihuahua, chociaż ten Indjanin, który sobie wyobraża, że jest prezydentem Meksyku, nie może być dla nas niebezpieczny.
— Myli się pan, panie pułkowniku! Oświadczono mi, że pobił wasze wojska.
— Słyszałem już o tem — odparł.
— Przyjmujecie tę wiadomość z uśmiechem?
— Tak jest, bo to blaga, wyssana z palca, aby nas przestraszyć.
Komendant nie wierzył wprawdzie, że to kłamstwo, nie chciał tego jednak okazywać sennoricie.
Ciągnęła dalej:
— Jestem przekonana, że to prawda. Wiadomość tę przyniósł mi człowiek wiarogodny. Wiadomo wam przecież, że wszędzie mam swoich ludzi. Wśród nich znajduje się także pewien meksykański poszukiwacz złota. W ostatnich czasach był w Guadelupie świadkiem rozgrywających się tam walk.
— Ach, gdzież jest teraz?
— W mojem mieszkaniu. Przybył dziś wieczorem.
— Można z nim pomówić?
— Tak. Przyślę go tutaj jutro, o ile będzie jeszcze czas.
— Dziwnie brzmią pani słowa.
— Bo grozi niebezpieczeństwo. Człowiek ten jechał z Guadelupy bez przerwy; twierdzi, że Juarez następuje mu na pięty.
— To może tylko powiedzieć poszukiwacz złota. Przecież Juarez nie zechce się narażać na niewolę, lub rozstrzelanie?
— Przypuszcza pan, panie pułkowniku, że przybędzie w niewielkiem otoczeniu?
— Może przyłączy się do niego kilku awanturników.
— Znowu się pan myli. Prowadzi ze sobą kilkuset Apaczów.
Pah! Kilka tysięcy nie zawładnie miastem.
— Mogą się jednak podkraść.
— Cóż to szkodzi? — rzekł komendant, wzruszając lekceważąco ramionami.
— Skąd pewność, że Juarez nie znajduje się już w mieście wraz ze swoimi Apaczami? Ma tutaj wielu zwolenników.
Zabrał głos pułkownik Laramel.
— Zachowując cały respekt dla pani informacyj, — rzekł — muszę zauważyć, że gdyby Juarez znajdował się obecnie w mieście, wystarczyłby mój rozkaz, a dragoni wyrzuciliby go wraz z jego przybłędami.
— Niech tylko spróbują! — rzekł ktoś głośno przy drzwiach.
Oficerowie ujrzeli człowieka, ubranego w strój meksykański, o twarzy zdradzającej pochodzenie indjańskie. Obrzucił towarzystwo bystrem spojrzeniem. Na ustach jego pojawił się uśmiech dumny, pełen godności.
— Któż to się odważa wchodzić? — rzekł komendant — Kto pan taki?
— Jestem Juarez, prezydent Meksyku, — odparł przybyły z prostotą.
— Do licha! — zawołał pułkownik Laramel, dobywając rapira. — Tak, to on! Widziałem jego fotografję.
— Poddajcie się dobrowolnie, sennores, — rzekł Juarez. — Opór nic nie pomoże.
— Brednie! Chwytajcie go!
Pułkownik Laramel podszedł do Juareza. Juarez cofnął się nieco; widać było teraz, co się dzieje za drzwiami, przed któremi stał.
— Naprzód! — rozkazał.
Ledwie zdążył wypowiedzieć to słowo, pokój napełnił się Apaczami. Oficerowie znaleźli się w mgnieniu oka wśród czerwonoskórych, którzy tak ich otoczyli, że nawet szaleniecby się nie opierał. Każdy z oficerów został odseparowany i otoczony czterema lub pięcioma Apaczami. Czerwonoskórzy rozbroili ich błyskawicznie, związali i, skneblowawszy, rzucili na ziemię.
— Sennor Sternau! — zawołał Juarez.
Zawołany wszedł. Ujrzawszy go, Laramel uniósł się mimo krępujących więzów i zaczął wściekle rzęzić przez nos. Gdyby mógł otworzyć usta, z pewnością wydobyłby z nich jakieś okropne przekleństwo.
— Zostaw mi sennor dziesięciu ludzi — rzekł Juarez do Sternaua. — Pozostałych zaprowadźcie do wartowni i z ich pomocą weźcie znajdujących się tam Francuzów do niewoli. Przedtem jeszcze musimy się zastanowić, co zrobić z tą kobietą.
Zwrócił się z poważną miną do Emilji, która stała skulona w najodleglejszym kącie i udawała, że jest owładnięta straszliwym lękiem.
— Słyszałem kilka słów z pani rozmowy. Kim pani jest?
Milczała, udając najgłębsze zakłopotanie.
— Proszę odpowiadać! — huknął.
— Nazywam się Emilja — odparła głosem cichym, nieco zachrypniętym.
— Sennorita Emilja? Imię to jest mi dobrze znane — rzekł Juarez z zadowoleniem. — Należy pani do mych najzacieklejszych wrogów. Przyniosła mi pani więcej szkody, aniżeli cała brygada Francuzów. Postaram się unieszkodliwić panią! Gdzie pani mieszka?
— Na Strada del Emyrado.
— Każę dokładnie przeszukać pani mieszkanie. Jeżeli znajdzie się coś podejrzanego, każę powiesić panią, jak pierwszego lepszego szpiega. — Sennor Sternau, zabierzcie ze sobą tę kobietę! Trzeba ją związać i trzymać mocno pod strażą, dopóki nie zadecyduję o jej losie.
Sternau związał Emilję lassem w ten sposób, aby się wydawało, że istotnie nie będzie się mogła ruszyć.
— Naprzód, marsz! — krzyknął brutalnym tonem.
Pchnął ją ku drzwiom i skinął na Apaczów, aby mu towarzyszyli.
Za drzwiami zdjął z niej natychmiast lasso i rzekł:
— Wybaczcie, sennorita; musiałem być tak brutalny.
— Nie mogłam się niczego innego spodziewać, sennor, — odparła. — A teraz, sennor Sternau, czy mogę z panem pozostać?
— Niech pani z tego zrezygnuje. Niewiadomo, czy ci, których chcemy obezwładnić, nie będą stawiali oporu. Otóż i klucznik. Niech pani pozwoli, aby ją odprowadził do mieszkania; proszę tam czekać na wiadomość.
Spełniła polecenie; Sternau udał się do wartowni. — —
Żołnierze wartowni nie mieli pojęcia o tem, co zaszło na pierwszem piętrze. Obezwładnienie oficerów odbyło się z tak niesłychaną szybkością, że żaden z nich nie pomyślał o wezwaniu pomocy.
Żołnierze siedzieli na ławkach, opowiadając sobie kawały koszarowe; przerazili się niemało, gdy drzwi się otwarły i weszło trzydziestu Apaczów, aby w okamgnieniu zawładnąć wiszącemi na ścianie strzelbami. Rozprawa trwała krótko. Gdy już powalono i związano żołnierzy, Sternau kazał zamknąć bramę, aby wszystko, co się stało w ratuszu i co się jeszcze stać miało, nie doszło do wiadomości mieszkańców. — —
Tymczasem na górze Juarez prowadził poważną dyskusję z komendantem. Jeńcowi zdjęto knebel, aby mógł mówić. Juarez pozwolił mu usiąść na krześle; pozostali leżeli na podłodze. Juarez rzekł:
— Podsłuchałem część waszej rozmowy z sennoritą Emilją. Mam wrażenie, że jesteście komendantem Chihuahua. Nie mylę się?
— Nie — odparł zapytany lakonicznie.
— W takim razie chciałbym sobie pozwolić na małą pogawędkę.
Komendant odparł szybko:
— Nie powiem słowa, dopóki nie zostaną mi zdjęte więzy. Tylko barbarzyńcy wiążą oficerów!
— Macie rację, monsieur, — odparł Juarez ze spokojem. — Towarzysze pana skrępowali moich oficerów — wśród nich nawet dwóch generałów — i rozstrzelali bezprawnie. Mam więc dostateczne powody, dla których mogę uważać panów za barbarzyńców i tak ich traktować. Człowiek rozsądny zrozumie to i nie będzie się w żadnym wypadku uskarżał.
— Użył pan fałszywego porównania. Rozstrzelani byli buntownikami.
— Czy jestem buntownikiem, jeżeli wypędzam człowieka, który wdarł się do mego domu siłą lub podstępem, poto, aby mnie pozbawić własności? Nie bądźcie śmieszni! Zupełnie mi to obojętne, czy chcecie ze mną mówić, czy nie. Właśnie dlatego, że nie jestem barbarzyńcą, miałem zamiar postępować jak najłagodniej. Jeżeli przeciwstawicie się temu zamiarowi, sami poniesiecie skutki.
— Nie boję się ich! — mruknął komendant.
— To jakieś nieszczęsne zaślepienie, monsieur. Mam wrażenie, że nie orjentuje się pan, jakiemi siłami rozporządzam i jakie jest pańskie położenie.
— Nie chcę na to odpowiadać. Odpowiedź dadzą moje wojska.
— Wasze wojska? Pah! Chihuahua jest w tej chwili otoczona przeze mnie. Bez mojej woli nikt nie może wejść do miasta, ani wyjść z niego. Warta główna i wszyscy oficerowie są w mojej mocy. Wysłane przeciwko mnie wojska zostały pobite. Obywatele Chihuahua podniosą się jak jeden mąż na wiadomość o mem przybyciu. Czy dysponujecie tysiącami? Tych pareset waszych ludzi pokonam w przeciągu kilku minut. Pocóż więc chełpić się napróżno? Chce pan ze mną mówić, czy nie?
— Nie mogę pana uznać za osobę, z którą wolno mi pertraktować.
Zapoteka ponuro ściągnął brwi.
— To samo oświadczyliście memu pełnomocnikowi. Ośmieliliście się nawet grozić mu niewolą i śmiercią — zapowiedzieć, że będziecie mnie uważali za bandytę. Tymczasem rzecz ma się wprost przeciwnie. To wy wtargnęliście tutaj, was mógłbym nazwać bandytami.
— Do licha! Gdybym nie był związany, pokazałbym wam, w jaki sposób oficer reaguje na tego rodzaju obrazy.
Pah! O obrazie nie może być mowy. Czarny Gerard uderzył was pięścią. Gdybyście byli osobą cywilną, nie pociągnęłoby to za sobą żadnych skutków, ponieważ jednak jesteście oficerem, naraziliście się dzięki temu na miano człowieka bez honoru. Przecież Gerard pozrywał wam nawet epolety; jest to największa hańba, jaka oficera spotkać może. Poniżam się, patrząc na was. Podobnie rzecz ma się z pułkownikiem Laramelem. Sennor Sternau uderzył go pięścią. Mam więc podstawy do twierdzenia, że się obecnie nie znajduję w towarzystwie gentlemanów. Pytam jeszcze raz: chce pan ze mną mówić, czy nie?
Oficer milczał zakłopotany.
— Milczenie zdaje się wskazywać, że przyznajecie mi rację, — ciągnął Juarez. — Zresztą, nie chodzi mi wcale o to, kto z nas dwóch jest bardziej powołany do pertraktacyj. Niechaj fakty przemówią. W niewoli szumne słowa zakrawają na megalomanję. Proszę o odpowiedź, czy macie nowe rozporządzenie do dekretu z trzeciego października?
Komendant poczuł, iż Juarez ma nad nim przewagę i postanowił zrezygnować z oporu. Odparł więc:
— Tak jest.
— Kto je panu wręczył?
— Pułkownik Laramel.
— Wyjmuje republikanów z pod prawa?
— Nie mogę temu zaprzeczyć.
— Otrzymaliście rozkaz traktowania nas jak bandytów i rozstrzeliwania?
— Tak jest.
— Był pan gotów go spełnić?
— Posłuszeństwo jest obowiązkiem żołnierza.
— Wydał pan rozkaz rozstrzelania nocy dzisiejszej mych zwolenników, którzy znajdują się w waszem ręku?
— Do kroćset! Skądże pan wie o tem?
— To moja tajemnica. Miałem tu przybyć o kilka dni później, przybyłem jednak dziś, aby tych nieszczęśliwych ludzi uratować przed niezasłużoną śmiercią. Posłałem wam przedtem mego pełnomocnika. Nietylko nie chcieliście go wysłuchać, lecz zagroziliście śmiercią. Czy mówił wam, iż zastosuję represje?
— Mówił.
— Mimo to, nie ustąpiliście. Teraz ja oświadczam, iż każdy obcokrajowiec, który napada na Meksyk z bronią w ręku, jest bandytą. Meksyk miał długi w Anglji, Hiszpanji i Francji, przeważnie wskutek rafinowanych oszustw. Zarządzono zwrot długów. W kraju panował nieporządek — głos ludu powołał mnie na prezydenta. Przyjąłem tę godność. Czułem, że mam dość siły, by podołać zadaniu. Udało mi się to istotnie. Dałem krajowi pokój, płaciłem regularnie długi. Gdy jednak nie chciałem dostarczyć miljonowych sum, wynikłych wskutek oszustwa, Anglja, Francja i Hiszpanja połączyły się, aby mnie zmusić do zapłaty. Po jakimś czasie Anglja i Hiszpanja ustąpiły, widząc, że mam rację. Tylko Francja ustąpić nie chciała; wysłała przeciw mnie swe legjony. Chwilowo nie miałem siły się oprzeć. A gdy Meksykanin nie chce znosić obcego jarzma, mienią go bandytą, pozbawiają życia. Czy wszelkie poczucie prawa i sprawiedliwości zamarło w was? Czyż wolno jednemu miastu usuwać burmistrza drugiego, obcego miasta? Czy wolno regentowi obcemu, który sam wdarł się na tron bezprawnie, usuwać regenta krajowego? Nie! Nigdy! Mogłem ustąpić przed siłą, mogłem cofnąć się, mogłem czekać na przyjście odpowiedniej chwili, kto jednak zechce na tej podstawie twierdzić, że nie jestem prezydentem Meksyku, ten, albo jest warjatem, albo nie ma sumienia i należy do rabusiów, dybiących na naszą własność. Powiedziano w Starym Testamencie: Oko za oko, ząb za ząb. Czy mam stosować tę zasadę wobec was, sennores? Czy mam pomścić zabitych, którzy padli, broniąc ziemi przed waszym najazdem? Czy mam pomścić niewinnych, zamordowanych na podstawie tego manifestu? Czy mam wykonać manifest na tych, którzy go wydali? Czy mam was, Basaine’a i tego, którego nazywacie cesarzem Meksyku, traktować jak bandytów? Czy mam zabić ich, skoro się dostaną w me ręce? Synowie cywilizacji, siejecie mord! Cóż wam na to odpowie Zapoteka? — Żal mi was. Lituję się nad wami, ponieważ miłość własna i chęć sławy zaciemniły wasze umysły i serca. Jeszcze w tym roku odbędzie się sąd, który wyda wyrok na waszą żądzę sławy, na chciwość waszą, na lekceważenie wszystkich praw i ustaw. Wyrok ten wróci ludowi czerwonoskórego Zapotekę, który przypomni narodom, że Bóg jest sprawiedliwy, że umie nagradzać i karać. Ponieważ osądzi was historja, ja się od sądu uchylam. Zapoteka stoi przed mordercami swego ludu, przed tymi, którzy zniszczyli jego kraj. Jeżeli będziecie mnie słuchać, wyjdzie to wam na lepsze, jeżeli nie — spadnie na was moja karząca pięść. Jam teraz panem Chihuahua. Jeżeli uznacie mnie jako takiego, jeżeli cofniecie się do głównej kwatery Basaine’a, obiecując, że ani wy, ani wojsko tutejsze nie podniosą na mnie ręki, zgodzę się, abyście odeszli stąd swobodnie, oddawszy broń. Jeżeli się nie zgodzicie, zniszczę załogę, a was nie rozstrzelam, ale utopię w rzece, utopię o tej godzinie i na tem miejscu, gdzie obywatele tego miasta mieli zostać rozstrzelani. Daję wam dziesięć minut czasu do namysłu. Odchodzę; każę wam powyjmować z ust kneble. Obok każdego postawię Indjanina z nożem w ręku. Kto będzie mówił zbyt głośno, kto się odważy spróbować ucieczki, temu Indjanin nożem przebije serce. Wyciągam rękę, by was ratować, — radzę nie odrzucać mej pomocy. Gdy wejdę, odpowiecie tylko krótkiem tak, lub nie, reszta mnie nie obchodzi!
Po chwili obok każdego z oficerów stanął Indjanin; czerwonoskórzy powyjmowali oficerom lewą ręką kneble; w prawej trzymali noże, przygotowane do uderzenia. Juarez opuścił pokój, udając się do wartowni. — —
Sternau siedział przy stole, czekając na prezydenta; wpobliżu, częściowo na korytarzu, stali Apacze w najgłębszem milczeniu, oczekując dalszego biegu wypadków. Gdy Juarez wszedł, Sternau podniósł się i rzekł ze zdumieniem:
— Tak prędko załatwił pan wszystko?
— Wszystko? O nie! — odparł Juarez. — Wyszedłem, by oficerowie mogli się naradzić.
— Postawił im pan ultimatum?
— Tak. Chcę uniknąć przelewu krwi, nie chcę imienia mego plamić.
— Jaki zostawił im pan wybór?
— Albo potopię oficerów i rozstrzelam załogę, albo będą mogli odejść wolno, przyrzekłszy, że nie wystąpią przeciw mnie orężnie, i pozwoliwszy się rozbroić.
— Wybór ciężki; z jednej strony haniebna śmierć, z drugiej odwrót bez walki, bez broni. Mam wrażenie, że spróbują pertraktować.
— Oświadczyłem wyraźnie, że nie zniosę takiej próby. Dałem im dziesięć minut czasu do powzięcia decyzji. Nie dodam do tego ani sekundy. Czy pan postąpiłby inaczej?
— Zdaje się, że nie. Ale czy mogę prosić o coś, sennor?
— O cóż chodzi?
— Sprawa jest niezwykle pilna; obowiązkiem naszym jest uwolnić skazańców od obawy bliskiej śmierci.
— Ma pan rację. Gdzie są ci ludzie?
— Nie wiem; trzeba zapytać klucznika.
— Niech się zajmie tą sprawą. Minęło dziesięć i pół minuty; muszę iść na górę.
Sternau poszukał klucznika. Siedział w swoim pokoju wraz z żoną i Emilją.
— No i cóż, sennor Sternau? — zapytała Emilja na widok wchodzącego Sternaua.
— Mam wrażenie, że wszystko dobrze, — odrzekł, a zwracając się do klucznika, zapytał: — Gdzie są zakładnicy, skazani na śmierć? W więzieniu?
— Nie; trzymano ich tam do wczorajszego wieczora. Gdy się ściemniło, sprowadzono ich do ratusza. Leżą w piwnicy, związani.
— Pilnuje ich kto?
— Tak. Razem z nimi zamknięto pięciu żołnierzy i trzech francuskich kapelanów wojskowych.
— Sprowadzę kilku Indjan. Zejdziecie potem ze mną do piwnicy.
Po chwili Sternau przyprowadził dziesięciu Indjan, opatrzonych we wszystko, czego potrzeba do krępowania ludzi. Zeszli po kamiennych, masywnych schodach; dotarli do grubych, żelaznych drzwi, zamkniętych na dwa wielkie, mocne rygle.
— W piwnicy pali się chyba światło? — zapytał szeptem Sternau.
— Tak, sennor.
— Zgaście więc latarkę. Blask jej może paść na moich Indjan, a sądzę, że będzie lepiej, jeśli żołnierze spostrzegą czerwonoskórych wtedy, kiedy już nie czas będzie myśleć o ratunku.
Klucznik włożył latarkę do kieszeni i odsunął rygiel. Gdy otworzył drzwi, oczom Sternaua ukazała się wielka hala, oświetlona niejasną lampą.
W ten półmrok wślizgnęło się dziesięciu Indjan. Niemal jednocześnie rozległo się kilka okrzyków, ktoś zacharczał, ktoś chrząknął — wreszcie wszystko ucichło.
Uff! — zawołał jeden z Indjan.
Chciał powiedzieć przez to, że wszystko skończone.
Wszedł Sternau i polecił klucznikowi wyjąć latarkę. Można teraz było dokładnie obejrzeć zamkniętych w piwnicy ludzi. W ścianach tkwiły żelazne haki, do których przymocowano zakładników sznurami. Na ziemi leżało pięciu związanych żołnierzy oraz trzech duchownych.
— Oswobodzić zakładników, — rozkazał Sternau — ale nie niszczyć sznurów. Przydadzą się dla innych.
Santa Madonna! Czy już nas prowadzą na miejsce stracenia? — zapytał jeden z Meksykan.
— Nie, jesteście wolni! — oświadczył Sternau.
— Wolni? — rozległo się radosne pytanie.
— Tak. Przychodzę wam oświadczyć, że Juarez przybył w samą porę i uratował wam życie.
— Juarez! — wykrzyknęło radośnie przeszło trzydziestu ludzi.
Posypały się okrzyki, pytania.
— Zamilczcie, sennores, — rzekł Sternau. — Jeszcze nie jesteśmy panami miasta; musimy być ostrożni. Czy, otrzymawszy broń, bylibyście gotowi walczyć natychmiast za prezydenta?
Odpowiedzieli zgodnie:
— Tak.
— Dobrze więc. Na górze leżą związani przez nas żołnierze. Przyniesiemy ich tutaj, a wy otrzymacie broń. Śpieszmy się!
Drżącemi z radości rękami zwalniali się Meksykanie nawzajem z więzów. Na górze spotkali Juareza, który szukał Sternaua. — —
Gdy prezydent wszedł do pokoju, w którym znajdowali się oficerowie, zastał Francuzów w tej samej pozycji, w jakiej ich opuścił. Dał znak ręką. W jednej chwili Apacze skneblowali ich. Tylko komendantowi nie nałożono knebla.
— Czas minął, sennores, — rzekł Juarez. — Poddajecie się?
— Warunki wasze są za twarde. Mam nadzieję, że...
— Tak, czy nie?
— Śmierć nasza zostanie natychmiast pomszczona.
— Kpię sobie z tych pogróżek. A więc rezygnujecie z mojej łaski? Zgoda. Sądzicie zapewne, że nie będę miał odwagi napoić oficerów wodą meksykańską aż do zachłyśnięcia. Za waszą sprawą nam, Meksykanom, nieraz już woda sięgała powyżej szyi. Przekonacie się, że to nie przelewki, skoro, nie czekając terminu, już obecnie dam panom przedsmak tego, co was czeka.
Sacré! Cóż chcecie uczynić? — zapytał komendant, teraz dopiero naprawdę przerażony.
— Pułkownik Laramel — odparł prezydent — jest mordercą setek mych rodaków i nawet w uczciwej walce nigdy nie dawał pardonu; jemu to zawdzięczać należy egzekucję, której miano dokonać dzisiejszej nocy na dzielnych obywatelach miasta. Zachował się jak bandyta, będzie więc odpowiednio potraktowany. Bez sądu, bez wyroku. Powiesimy go na tym haku.
— Nie ośmielicie się! — zawołał komendant. — Przecież to pułkownik.
— Pułkownik jest w obecnej sytuacji takim samym szubrawcem, jak każdy inny łotr. Ma na sumieniu wszystkie okrucieństwa swych podwładnych.
— Żądam sądu!
— Nad bandytą? Pah! Gdybym nawet zwołał sąd, zapadłby wyrok, skazujący na śmierć przez powieszenie; o to może pan być spokojny.
Zwrócił się do Indjanina, stojącego obok pułkownika, i rzekł w języku Apaczów:
Ni ti päsettloh gos akäya at-ägo loriatdasa — powieś tego człowieka na lassie.
Po tych słowach wskazał na zakrzywiony hak. Na haku tym wisiał zwykle podczas specjalnych uroczystości kandelabr.
Uff! — odparł Apacz.
Zdjął niezwłocznie lasso, zawiązał u końca pętlę. Potem ujął pułkownika i pchnął na środek pokoju. Z tą samą błyskawiczną szybkością zarzucił mu pętlę na szyję. Wtedy komendant zawołał:
— Wstrzymajcie się! To zwykły mord! Protestuję!
— Śmieszny protest — odparł Juarez. — Uratujecie go tylko w tym wypadku, jeżeli się poddacie.
Komendant rzucił na Laramela pytający wzrok. W odpowiedzi pułkownik zacisnął pięści i potrząsnął głową. Zaślepiony ten człowiek nie wierzył jeszcze ciągle, by się odważono powiesić pułkownika.
— Nie poddajemy się, ale nie zniesiemy dłużej takiego traktowania! — odparł zmieszany i stropiony komendant.
— Zwarjowaliście chyba. Oto moja odpowiedź! — odparł Juarez i dał znak Apaczowi. Ten rzucił środkową część lassa wgórę z taką zręcznością, że rzemień ośmiokrotnie owinął się dokoła haka. Indjanin podciągnął lasso; raz, dwa, trzy — i pułkownik zawisł na suficie. Kurczowe jego ruchy sprawiały upiorne wrażenie.
— Morderstwo, morderstwo! — ryczał komendant.
Reszta skrępowanych oficerów okazywała oburzenie poruszeniami ciała.
— Nie chcę słuchać tego ryku — rzekł Juarez.
Skinął na Apacza; w przeciągu jednej sekundy komendant miał znów knebel na ustach. Apacz, który trzymał lasso obydwiema rękami, przywiązał jego koniec do komina, nie chcąc się bez potrzeby natężać. — Juarez opuścił pokój, aby odszukać Sternaua. W wartowni powiedziano mu, że Sternau zszedł do piwnicy, by uwolnić zakładników. — —
Latarka klucznika nie oświetlała dostatecznie długiego korytarza, dlatego też zakładnicy, uwolnieni cudem, nie poznali prezydenta.
— Ci dzielni ludzie byli zamknięci w ratuszu? — zapytał Juarez.
— Na szczęście, tak. Udało nam się bez wielkiego wysiłku ich uwolnić.
— Byli strzeżeni?
— Przez pięciu żołnierzy i trzech spowiedników. Ośmiu tych sennorów kazałem związać i pozostawić w tem samem miejscu, w którem pilnowali zakładników.
— Doskonale. Widzę jednak kilku ludzi, noszących strzelby.
— Mam zamiar uzbroić tych sennorów w broń żołnierzy. Oni gotowi umrzeć i walczyć za was.
— Dziękuję wam, sennores, — odparł prezydent. — Wielka to i pożądana pomoc.
Wyciągnął do nich rękę. Dopiero teraz zorjentowali się, kto przed nimi stoi. Wydali okrzyk radości i głębokiej czci; ręce wszystkich wyciągnęły się do Juareza. Nie można było jednak tracić czasu. Juarez rzekł:
— Naprzód uzbroicie się, sennores, później postanowimy, jak należy ukarać popełnioną nikczemność.
Zaprowadził ich do wartowni. Otrzymali od Meksykan strzelby i bagnety. Indjanom polecono przetransportować żołnierzy do piwnicy, poczem Juarez wraz ze Sternauem i Meksykanami wrócił do oficerów na górę.
Na widok zawieszonego pod sufitem pułkownika, który nie dawał już znaku życia, Meksykanie wydali okrzyk grozy.
— Oto, sennores, początek mego sądu nad przestępcami — rzekł Juarez, wskazując zwisające z lassa zwłoki pułkownika. — Ten pułkownik był naszym najzacieklejszym wrogiem. Jemu to przypisać należy, że miano was rozstrzelać. Mimo to byłem gotów jemu i pozostałym darować życie; ponieważ jednak nie chcieli w zaślepieniu opuścić miasta na me żądanie, kazałem go powiesić, aby przekonali się ci sennores, że nie żartuję. Reszta zostanie w najbliższym czasie potopiona i to w tem samem miejscu, gdzie panowie mieliście śmierć ponieść. Ten akt sprawiedliwości należał się tym wszystkim, którzy zginęli z morderczych rąk najeźdźcy.
Słowa Juareza wywarły silne wrażenie na Meksykanach. Sternau rzekł:
— Pan nazywa pojmanych oficerów zaślepionymi? To więcej, niż zaślepienie. To obłęd! Jesteśmy panami kwatery głównej; obsadziliśmy miasto. Czemże jest garstka Francuzów wobec naszych pięciuset Apaczów? Jeżeli dodać białych strzelców i przewodników, oraz obywateli-patrjotów, którzy czekają tylko na rozkaz chwycenia za broń, okaże się, że opór byłby co najmniej niewczesny.
Sternau wypowiedział te słowa celowo, wywarły też skutek. Komendant ruchami skrępowanego ciała dał znak, że chce mówić. Na skinienie prezydenta jeden z Indjan wyjął mu z ust knebel.
— Czy nadal podtrzymujecie propozycję, sennor?
— Nie skorzystaliście z wyznaczonego terminu. Musicie więc ponieść konsekwencje.
Oficer zorjentował się, że nie uniknie haniebnej śmierci. To do reszty złamało jego butę.
— Gdybym jednak poprosił o względy dla żołnierzy, którzy śmierć mają ponieść?
Po chwili wahania Juarez zwrócił się do Sternaua:
— Cóż pan sądzi, sennor?
— Jako chrześcijanin uważam, że lepiej przebaczyć, niż mścić się. Ale to nie moja sprawa.
— Będę jednak miał pańskie zdanie na uwadze.
Zwracając się do komendanta, rzekł:
— Jak widzicie, jestem skłonny do łagodności, ale radzę nie opierać mi się i nie pobudzać mojej surowości. A więc, oddajecie Chihuahua, nie próbując skłaniać podwładnych do oporu?
— Tak.
— Opuszczacie prowincję i śpiesznym marszem przez Durango, Zacatecas i Guanajuato wracacie wprost do Meksyku?
— Tak.
— Obiecujecie nigdy przeciwko mnie nie walczyć, pan i wszystkie wojska francuskie, znajdujące się obecnie w Chihuahua?
— Obiecuję w imieniu wojska.
— Sporządzimy odnośny akt na piśmie, podpiszą go wszyscy oficerowie. Zgoda?
— Tak!
— Jeszcze jedno. Czy kobieta, którą przychwytaliśmy z wami, jest szpiegiem?
Komendant milczał zakłopotany.
— To milczenie jest dla mnie najwyraźniejszą odpowiedzią. Ta kobieta-szpieg zasłużyła na stryczek, lecz zabójstwo zabłąkanej nie przynosi chwały. Nie ścierpię jej jednak wpobliżu.
— Może jej sennor pozwoli udać się wraz z nami do Meksyku?
Hm. Gotowiście po drodze zostawić ją gdzieś, aby znowu zaczęła działać przeciwko mnie.
— Zapewniam słowem honoru, że zwolnię mademoiselle Emilję dopiero w stolicy.
— Dobrze, zgadzam się. Czy jesteście gotowi opuścić jutro Chihuahua?
— Tak.
— W takim razie każę wszystkim wam zdjąć więzy. Niechaj ofiary kończą się na Laramelu. Zaraz przygotuję odpowiedni skrypt.
Apacze zwolnili oficerów z więzów i powyjmowali im kneble. Papier był pod ręką; natychmiast więc przystąpiono do pisania paktu. Gdy oficerowie podpisali, Juarez polecił Indjanom sprowadzić wszystkich żołnierzy z wylotów miasta i ustawić w szeregu przed ratuszem.
Komendant kazał zagrać pobudkę; wkrótce uzbrojeni żołnierze ruszyli w kierunku kwatery głównej. Ponieważ zbudzono ich o tak niezwykłej porze, byli pewni, że stało się coś niezwykłego.
— Czy mają się ustawić na placu w zwartym szyku? — zapytał komendant.
— Nie — odparł Juarez. — Noc jest zbyt ciemna, by można jej ufać. Dwóch waszych oficerów stanie przy wejściu; niechaj posyłają każdego z żołnierzy do sali, umieszczonej na pierwszym piętrze, którą każę oświetlić.
Potem Juarez polecił małemu André, by sprowadził gospodarza venty.
Gospodarz zjawił się natychmiast. Z rozkazu Juareza miał zwołać tych ludzi, których uważał za zupełnie pewnych.
Ogromna sala pomieściła wszystkich żołnierzy. Dowiedziawszy się, poco ich zwoływano, zdziwieni, oddawali broń niechętnie. Ze względu jednak na przeważającą liczbę Indjan, tłumili w sobie niezadowolenie, nie mając odwagi stawiać oporu. —
Tymczasem Juarez siedział w mieszkaniu sennority Emilji i udzielał jej instrukcyj na podróż do Meksyku. — —
Dźwięk pobudki zbudził mieszkańców miasta. Przeczuwali coś niedobrego; tylko najdzielniejsi odważyli się zbliżyć do ratusza, w którym nagle zabłysło jaskrawe światło, padając na grupę Indjan i strzelców, stojących na dole.
Od grupy Indjan odłączyła się jakaś postać i podeszła do obywateli. Był to Mariano. Zapytał:
— Ciekawi was, co się tu dzieje?
— Tak — odparło kilka głosów.
Opisał w krótkich słowach przebieg wypadków. Słowa jego wywołały niezwykłą radość.
Niech żyje Juarez! Niech żyje republika! Śpieszcie zawiadomić miasto! Śpieszcie! Wszyscy republikanie do broni! Za prezydenta i za republikę!
Misja właściciela venty była właściwie zbyteczna, o świcie bowiem wpobliżu ratusza stanęło około tysiąca ludzi, gotowych walczyć w obronie republiki i prezydenta. —
Aby nie zwracać zbytniej uwagi, ruszył bocznemi ulicami mały oddział ku południowej bramie miasta, wioząc pośrodku zakwefioną damę. To Emilja opuszczała Chihuahua, aby nie narażać się na złe języki republikanów i podejrzenia Francuzów.
Niedługo potem, ku tej samej bramie, ruszyli Francuzi z oficerami na czele. Była to droga cierniowa, gdyż na ulicach stali w długich rzędach Meksykanie i przyglądali się odwrotowi błyszczącemi radością oczami. Od czasu do czasu rzucano im jakieś przekleństwo, lub obelgę, do czynnych jednak wystąpień nie doszło.
Pierwsze kroki zostały poczynione. Północną granicę kraju oczyszczono z wrogów. Rozpoczął się sławny zwycięski pochód Zapoteki.
Należy dodać, że Monclova wpadła również w przeciągu krótkiego czasu w ręce prezydenta.
Teraz pomyślał Juarez o lordzie Drydenie, z którym miał się spotkać nad rzeką Sabinas.
Liczba partyzantów wzrosła do kilku tysięcy. Mógł więc spokojnie zabrać ze sobą dwustu jeźdźców. Sternau wraz ze wszystkimi przyjaciółmi przyłączyli się do niego; polecono gromadzie pastuchów ruszyć z wozami, zaprzęgniętemi w woły. Juarez postanowił przewieźć na tych wozach ładunek, dostarczony przez lorda Drydena.

Mariano nie mógł się wprost doczekać spotkania z Anglikiem. Przecież lord powie mu z pewnością, co się dzieje z ukochaną. Czy żyje jeszcze? A może wyszła zamąż za innego? Gnany niecierpliwością, nie szczędził ostrogi koniowi. — —


IV
UKRYTY LIST

Prowincja Coahuila jest tak bardzo lesista, że w niektórych miejscach większa garść ludzi może posuwać się tylko wzdłuż rzeki.
Niedaleko od punktu, w którym Rio Sabinas łączy się z Rio Salado, tam, gdzie Dryden miał zarzucić kotwicę, ciągnęła się puszcza. Na wschód od niej tysiącletnie bory przecinały prerję. Tędy posuwali się jeźdźcy, przekonani, że, chociaż nakładają drogi, przez prerje przybędą do celu wcześniej aniżeli przez las.
Prawie całe towarzystwo miało wypoczęte, świeże konie; jechali galopem — odległość zmniejszała się błyskawicznie.
Ruszyli wczesnym rankiem; obecnie słońce chylić się zaczęło ku zachodowi. Na czele gnali obydwaj wodzowie Apaczów wraz z Bawolem Czołem; Sternau, Juarez i Mariano posuwali się tuż za nimi, prowadząc ożywioną rozmowę. Przerwali ją nagle, Niedźwiedzie Serce bowiem zatrzymał konia, zeskoczył z siodła i zaczął skrupulatnie badać grunt.
— Stać, ani kroku dalej! — zawołał Sternau do jadących za nim Meksykan. — Natrafiliśmy na jakiś ślad.
Podjechał wolno do wodzów i również zsiadł z konia.
— Czy mój biały brat widzi te ślady? — zapytał Niedźwiedzie Serce, wskazując ręką. — Szerokość ich dowodzi, że byli tu biali.
Niedźwiedzie Oko wymierzył tę szerokość i oświadczył:
— Było jeźdźców dziesięć razy po cztery.
— Przybyli z południa. Jadą naszą drogą i z pewnością spotkają się z Anglikiem. Któż to być może?
— Czy widzą moi czerwoni bracia, — zapytał Sternau — że ślady są jeszcze świeże?
— Tak — potwierdził Niedźwiedzie Oko. — Minęła zaledwie połowa czasu, którą blade twarze nazywają godziną.
— Słusznie. Mieliśmy ruszyć na północ dopiero później, ale, ze względu na ślady tych strzelców, musimy podążyć za nimi.
Ruszyli więc na północ. Ślady coraz świeższe, świadczyły, że ścigający jadą prędzej, aniżeli ścigani.
Minęło jakie pół godziny. Słońce było już na skłonie, zbliżał się wieczór. Niedźwiedzie Serce podniósł się w siodle i, wskazując przed siebie, zawołał:
Uff! Oto są.
— Czy dogonimy ich? — zapytał Juarez.
— Nie — odparł zapytany. — Musimy śledzić tych jeźdźców, aby wykryć ich zamiary. Zajmie się tem Niedźwiedzie Serce.
Po tych słowach spiął konia ostrogami.
Z porady Sternaua oddział rozdzielił się na parę grup, aby ścigani nie dostrzegli przewagi.
Po jakimś czasie Niedźwiedzie Serce zatrzymał konia i, kiedy zbliżyli się pozostali, rzekł:
— Wjechali do lasu.
— Pozwól nam pan zsiąść z koni, sennor Juarez, — zawołał Sternau.
— Tu, na prerji?
— Niema w tem nic niebezpiecznego; zostaniecie tutaj, ja zaś z Niedźwiedziem Okiem pójdę wypatrzyć tych ludzi.
Oddał wodze swego konia Ungerowi. Niedźwiedzie Serce zsiadł również i ruszył za nim.
Prerja nie była tu szeroka; tworzyła wąski pas, ciągnący się wzdłuż brzegu lasu, w którym zniknęli ścigani.
Sternau i wódz Apaczów podeszli do skraju i zaczęli się czołgać wzdłuż niego. Pod drzewami panowała zupełna niemal ciemność. Po kilku minutach nastała noc. Niezadługo ujrzeli przed sobą wśród drzew jasne światło.
— Są tam — rzekł wódz. — Rozdzielmy się.
— A gdzie się spotkamy?
— Pod drzewem, pod którem obecnie stoimy.
— Jakże ruszymy?
— Ja na prawo, ty zaś na lewo. Musimy się naprzód dowiedzieć, gdzie są konie; poznamy je po parskaniu.
W chwilę później Apacz znikł.
Sternau wszedł sam w głąb lasu. Idąc od drzewa do drzewa, nasłuchiwał, czy obóz czuwa jeszcze, czy też ułożył się do spoczynku.
Zbliżył się na taką odległość, że mógł wszystko wyraźnie dojrzeć.
Pięćdziesięciu ludzi rozłożyło się dokoła dwóch ognisk, nad któremi piekli mięso. Ubrani byli w strój krajowy, sprawiali jednak wrażenie przypadkowego zbiorowiska.
Sternau położył się znowu na ziemi i zaczął pełzać; zatrzymał się, gdy dotarł tak blisko, że mógł już słyszeć rozmowę.
Dwaj, siedzący najbliżej, rozmawiali głośno.
— Powiadam ci, żeśmy zbłądzili, — rzekł jeden.
— Skądże znowu? Nieraz bywałam w tej okolicy. Znam ją dobrze.
— Mimo to byłoby lepiej zasięgnąć języka, a nie polegać tylko na tobie. Cóż powie sennor Cortejo?
Sternau wstrząsnął się na dźwięk tego nazwiska. Czyżby tu znajdował się jakiś Cortejo?
— Cortejo? Pah! — odparł drugi pogardliwie.
— Cóż powie jego urocza córeczka Józefa?
Sternau wstrząsnął się znowu.
— Nic sobie z niej nie robię — rzekł drugi.
— Myślałem, że jesteś w niej zakochany, — odpowiedział tamten ze śmiechem. — Nosisz przy sobie jej fotografję.
— Tak jak wszyscy, aby się wykazać, że jestem zwolennikiem Corteja.
— I poto, aby zostać ministrem, skoro on zostanie prezydentem Meksyku.
— Nie żartuj! Nie jestem głupszy od innych, a ministrów wybiera się z pośród kpów. A zresztą, gdzież Cortejowi do prezydenta. — Dlaczego ruszył na północ?
— Przedewszystkiem poto, by odebrać Anglikowi pieniądze.
— I broń.
— Przeznaczoną dla Juareza, co? Zapoteka będzie się djablo złościł, gdy się dowie, że rywal go ubiegł.
Wystarczyło to Sternauowi. Nie chcąc się niepotrzebnie narażać, wrócił pod umówione drzewo.
Po niedługiej chwili zbliżył się Niedźwiedzie Oko i szepnął:
— Niechaj brat mój idzie za mną.
Wyszli z lasu na prerję, tonącą w mrokach nocy.
— Jest ich dziesięć razy po pięć — rzekł Apacz.
— Naliczyłem tyleż — oświadczył Sternau. — A konie?
— Przywiązano o dwa razy po sto kroków od ognisk. Stoją głęboko w lesie.
— Czy brat mój nasłuchiwał, co ci ludzie mówili? Czy dowiedział się czegoś ważnego?
— Jeden mówił o skazanym na śmierć hacjenderze, twierdząc, że wciąż widzi przed sobą jego twarz.
— To z pewnością łotr, który popełnił jakąś nikczemność; trapią go teraz wyrzuty sumienia. Czy brat mój jeszcze coś słyszał?
— Nie. Poszedłem na poszukiwanie koni; później wróciłem tutaj.
— Wracajmy więc szybko do naszych.
— Czy biały mój brat dowiedział się czegoś więcej, aniżeli jego czerwony przyjaciel? — zapytał Apacz, gdy ruszyli.
— O wiele więcej. Zawiadomię o tem Juareza. Brat mój wszystko usłyszy.
Niedźwiedzie Oko zadowolnił się tą odpowiedzią.
Po niedługim czasie dotarli do swoich, którzy oczekiwali ich z niecierpliwością.
— Znaleźliście białych? — zapytał Juarez.
— Tak, bardzo łatwo. Rozmawiali głośno — odparł Sternau. — To zwolennicy Corteja.
Opowiedział, co podsłuchał.
— Musimy bezwarunkowo ująć tych ludzi — rzekł Juarez — i to jak najprędzej. Nie możemy tracić czasu; przecież nasze spotkanie z sirem Drydenem miało nastąpić dziś wieczorem.
— Proszę w takim razie o rozkaz.
— Rozkaz? Nie jestem wojownikiem, ani strzelcem; pozostawiam wszystko wam.
— Niech więc konie pozostaną tutaj ze względu na dobrą paszę. W lesie nie miałyby co jeść i mogłyby nas zdradzić. Powbijamy do ziemi pale, przywiążemy do nich wierzchowce. Dziesięciu ludzi wystarczy, aby nad niemi czuwać. Reszta rozdzieli się. Połowę poprowadzę sam, połowę Niedźwiedzie Oko, znamy bowiem obóz dokładnie. Otoczymy go pierścieniem.
— Jeżeli te łotry mają głowę na karku, nie dopuszczą do przelewu krwi. Chciałbym go uniknąć za wszelką cenę, tem bardziej, że umarli nic nam powiedzieć nie potrafią.
— Proponuję w takim razie następującą rzecz, sennor. Dwóch z nas uda się do obozu w roli strzelców. Nie przypuszczam, aby im groziło jakieś niebezpieczeństwo. Później krzykiem sowy dam znak, żeśmy ich otoczyli. Wtedy obydwaj powiedzą otwarcie, kim są, i zażądają, by oddział się poddał. Unikniemy napadu znienacka, który kosztowałby sporo krwi.
— Może ma pan rację, sennor, lecz rola tych dwóch jest bardzo niebezpieczna. Któż się jej podejmie?
— Ja, ja, — rozległo się wiele głosów.
— Mamy dosyć odważnych ludzi — rzekł Sternau.
— Niech pan wybiera.
— To trudna sprawa; nie chciałbym nikogo obrazić. Indjan oczywiście wykluczamy. Mam wrażenie, że najlepiej będzie posłać Mariana i Piorunowego Grota.
Obydwaj zgodzili się z największą radością. Odwiązali konie, wskoczyli na nie i ruszyli.
— Za kogóż się podamy? — zapytał Mariano.
— Oczywiście, za strzelców, — odparł Unger.
— Dobrze. Jakiego pochodzenia?
— Jestem Niemcem i to im oświadczę.
— A jam francuski zastawiacz sideł.
— Dobrze. Nazywam się Unger; nie przeinaczam mego nazwiska.
— Ja zaś Lautreville, to przecież moje dawne nazwisko. Przybyliśmy z Laredo przez Rio del Norte i chcemy się dostać do Francuzów, aby walczyć przeciw temu przeklętemu Juarezowi.
— Świetnie — rzekł Unger z uśmiechem. — A więc naprzód!
Zatoczyli w galopie koło tak, by obozujący mieli wrażenie, że przybywają z północy. Zwalniając biegu, zatrzymali konie na skraju lasu. Ujrzeli promień światła, padający na trawę. Usłyszeli również poszczególne głosy. Zatrzymali się. Unger zawołał głośno:
— Hola, cóż to za ogień w lesie?
Rozmowa umilkła; po dłuższej pauzie ktoś zapytał:
— Kto tam?
— Dwaj strzelcy. Czy można się zbliżyć?
— Zaczekajcie.
Kilku ludzi wstało i podeszło do przybyszów, trzymając w ręku pochodnie. Jeden zapytał z dumną, ponurą miną:
— Czy jest was więcej?
— Skądże znowu — rzekł Mariano z uśmiechem.
— Nie jesteście mi potrzebni.
— Ale wy nam.
— Poco?
— Do licha! — zaklął Unger. — Poco? Czyż to nie radość spotkać ludzi w dzikim lesie?
— Cieszycie się napróżno.
— Nie gadajcie głupstw! Jechaliśmy cały dzień; chcieliśmy właśnie odpocząć, a tu widzimy ognisko. Chyba pozwolicie nam zagrzać ręce?
Oświetliwszy przybyszów pochodnią, nieznajomy rzekł ponuro:
— Chodźcie więc, lecz miejcie się na baczności. Zły los was czeka, jeżeli przybywacie w niedobrych zamiarach.
Zsiedli z koni i, ciągnąc je za sobą, ruszyli za Meksykanami. Gdy doszli do ognisk, powstała reszta Meksykan, chcąc się przyjrzeć niezwykłym gościom. Unger i Mariano przywitali ich swobodnie, ściągnęli z koni siodła i, kładąc je pod głowy, rozparli się przy ognisku.
Wypytywał ich przedtem ten sam człowiek, który swego czasu wysłany został z listem przez Józefę Cortejo. Na jego skinienie odprowadzono konie i wszyscy zasiedli przy ognisku. Meksykanin zwrócił się do Ungera:
— Jeszcze kilka pytań, sennor. Jesteście strzelcem?
— Tak.
— Gdzie polujecie? Skąd pochodzicie?
— Poluję wszędzie. Zwierzyny szuka się tam, gdzie ją można znaleźć, nieprawdaż?
— Ale skąd pochodzicie? Gdzieżeście się urodzili?
— Jestem Niemcem; nazywam się Unger.
— A wasz towarzysz?
— To Francuz nazwiskiem Lautreville.
— Skąd przybywacie?
— Jedziemy z nad Rio Grande.
— Dokąd zdążacie?
— Musicie to wiedzieć? Dobrze, nie poskąpię wam tej przyjemności. Ale, nie jesteście przypadkiem ludźmi Juareza?
— Skądże znowu? Nie służymy żadnemu Indjaninowi.
— To dobrze. Towarzysz mój jest Francuzem i tęskni za rodakami. Ja zaś mam dawne porachunki z Juarezem, postanowiliśmy więc udać się do Meksyku zastanowić się, w jaki sposób zalać Juarezowi sadła za skórę.
— Słowem, chcielibyście się zwerbować?
— Coś w tym rodzaju.
— Dlaczegóżto zamierzacie służyć Francuzom?
— Bo to rodacy mego towarzysza.
— Przyczyna słuszna, lecz Basaine nie potrzebuje ludzi.
— W takim razie jechaliśmy napróżno.
— Tak; chyba, że usłuchacie dobrej rady.
— Dobrej rady słuchamy chętnie — rzekł Mariano.
— A więc, krótko mówiąc, moglibyście u nas znaleźć zajęcie.
— U was? Hm. Kimże jesteście?
— Słyszeliście o Panterze Południa?
— Niejednokrotnie.
— A o Corteju?
— Nie przypominam sobie.
— Otóż ci dwaj połączyli się, aby Cortejo mógł zostać prezydentem.
— Do licha! Musi to być niegłupi człowiek.
— Werbuje ludzi. Skoro mu się powiedzie, każdy ze zwolenników może liczyć na dobre stanowisko. Macie ochotę przystać do nas?
Hm. Trzeba się naprzód namyśleć. Gdzież przebywa teraz ten Cortejo?
— W hacjendzie del Erina.
Ledwie potrafili zataić wrażenie, wywołane tą niespodzianą wiadomością.
— Del Erina? — zapytał Unger. — Czy to jego własność?
— Oczywiście. Znacie ją?
— Tak. Przed laty raz tam nocowałem. Wtedy jednak ktoś inny był właścicielem. Mam wrażenie, że się nazywał...?
— Arbellez.
— Tak, Arbellez. Czy żyje jeszcze?
— Niby.
— Niby? Jest chory?
— Może. Zabraliśmy mu poprostu hacjendę. Cortejo wziął dom, my podzieliliśmy między siebie resztę.
— Do licha!
Oczy strzelca zabłysły. Najchętniej wpakowałby temu człowiekowi kulę w łeb, tamten jednak, rozumiejąc go fałszywie, rzekł:
— Wsmak taka gratka, co?
— Oczywiście. Ale cóż na to powiedział ten... ten Arbellez?
— Nic mądrego, bo go zamknięto.
— Zamknięto? — zawołał Unger. — Czy to prawda, sennor?
— Oczywiście, zapytajcie mego sąsiada.
Unger milczał. Z trudem opanował wzburzenie; sąsiad zaś przywódcy rzekł:
— Tak, musiałem go zamknąć. Niech ginie z głodu.
— Na czyj rozkaz zamknęliście go? — zapytał Mariano, czując wściekłość Ungera.
— Na rozkaz sennority Józefy.
— Któż to taki?
— Córka Corteja.
— Bawi w hacjendzie?
— Tak; od kilku dni.
— A Cortejo?
— Opuścił hacjendę na jakiś czas.
— Dokąd się udał?
Rozległo się wołanie sowy.
— Chcecie wiedzieć zbyt wiele — rzekł capitano. — Kiedy przyłączycie się do nas, będziecie mogli pytać.
— Musimy przedtem wiedzieć, dokąd obecnie ruszacie.
— Ruszamy nad Rio del Norte, by wygarbować skórę pewnemu Anglikowi, o ile nie zechce nam dać pieniędzy.
Unger zacisnął zęby i mruknął półgłosem:
— Nie przyjdzie wam to łatwo.
— Co takiego? — zapytał capitano zdumiony. — Nie rozumiem was.
— Powiem wam wyraźnie: idź do djabła, kanaljo!
Nie panował już nad sobą. Rzuciwszy ostatnie słowa, wyciągnął rewolwer, przyłożył kapitanowi do skroni i nacisnął cyngiel. Padł strzał — capitano zwalił się na ziemię.
Reszta osłupiała na chwilę. Unger skorzystał i raz po raz strzelał. Mariano również strzelił kilkakrotnie. Spora chwila minęła, zanim napadnięci chwycili za broń, ale teraz właśnie rozległ się głos Sternaua.
— Ognia!
Padła salwa, podobna do armatniego strzału. Po drugiej salwie nie było już do kogo strzelać. Wszyscy ludzie leżeli pokotem na ziemi. Nic dziwnego. Dwieście strzałów, danych z bliskiej odległości do pięćdziesięciu ludzi, musiało ich położyć trupem.
Rozległ się trzask; niewidoczni strzelcy podeszli bliżej.
— Pocóż była ta kanonada? — zapytał Sternau Ungera.
— Nie słyszeliście, co ten człowiek opowiadał? — odparł Unger.
— Nie; poszedłem do koni. Wróciłem dopiero na odgłos wystrzału i wtedy kazałem dać ognia.
— Te kanalje w zupełności zasłużyły na śmierć. Napadli na hacjendę del Erina, wrzucili mego teścia do piwnicy. — Unger drżał z oburzenia.
— Naprawdę? — zapytał Sternau przerażony.
— Tak. Opowiadał ten łotr przywódca.
— Więc była to banda zbójów? A ja myślałem, że to oddział Corteja.
— Na jedno wychodzi. Cortejo napadł na hacjendę, kazał splondrować ją, córka zaś jego rozkazała zamknąć Arbelleza, aby stary umarł z głodu.
— Mój Boże, co za wiadomość! Ale musimy odłożyć to na później, bo przedewszystkiem powinniśmy sprawdzić, czy ludzie ci naprawdę nie żyją.
Przez cały czas tej rozmowy Juarez stał oparty o drzewo i milczał. Sprawdzanie, czy wszyscy z pośród bandy śmierć ponieśli, trwało dosyć długo. Okazało się, że żaden nie żyje. Tylko jeden jęknął, gdy go dotknięto; popatrzył szklanym wzrokiem i wykrztusił:
— Ach, widzę twarz hacjendera.
— Co ten człowiek mówi? — zapytał Juarez.
— Powiada, że widzi twarz hacjendera.
— To ten sam, który zamknął mego teścia, — dodał Unger, wymierzając rannemu potężnego kopniaka.
— Czy o nim mówił Niedźwiedzie Oko? — rzekł Sternau.
— Tak jest — potwierdził Apacz.
— Starajcie się utrzymać go przy życiu. Może uda nam się dowiedzieć czegoś. Jaką odniósł ranę?
— Przestrzelone ma płuca.
Sternau nachylił się, zbadał ranę i rzekł:
— Niema mowy o ratunku.
— Niema mowy — jęknął ranny napół przytomny. — Ach, ta twarz!
W oczach jego malowało się niesłychane przerażenie. Spojrzawszy na leżącego obok kapitana, wycharczał:
— Zabity! Nie żyje. Któż odda list?
— Jaki list? — zapytał Sternau.
— List do Corteja — odpowiedział umierający głosem człowieka, któremu krew zalewa usta.
— Gdzie jest obecnie Cortejo?
— Nad, nad... San Juanem.
— A list?
Ogień oświetlał twarz umierającego. Policzki miał blade, milczał; nie miał siły odpowiedzieć.
Sternau potrząsnął nim i zawołał głośno:
— Gdzie jest list?
Otworzył powoli oczy i szepnął:
— W bucie...
— W czyim bucie?
Zapytany zamknął oczy. Śmierć wyciągnęła do niego rękę. Nie pomagały żadne pytania. Ustami rzuciła mu się krew. Nagle życie wróciło jeszcze na chwilę, uniósł się nieco z ziemi i zawołał głośno, z przerażeniem:
— Boże, Boże, przebacz mi, dałem mu przecież chleba i wody!
Po tych słowach padł. — Nie żył.
— O czem mógł mówić? — rzekł Mariano po dłuższej pauzie.
— Któż to wie? Tajemnica pójdzie z nim do grobu — odparł Unger.
— A może nie? — oświadczył Sternau. — Twarz hacjendera prześladowała go w przedśmiertnej godzinie; na rozgrzeszenie oświadczył, że dał mu chleba i wody. Może być, żywił Arbelleza w piwnicy. Szkoda, żeśmy mu nie darowali życia. Teraz, niestety, już zapóżno.
— Cóż z listem? — zapytał Juarez.
— To list do Corteja. Przebywa nad rzeką San Juan; ma zamiar schwytać sira Drydena. Ludzie ci mieli go odnaleźć i oddać mu list.
— Od kogo?
— Może od córki, która bawi obecnie w hacjendzie.
— List leży w bucie, ale w czyim?
— Musimy przeszukać buty kapitana, jemu go zapewne powierzono, jako przywódcy.
Istotnie, w jednym z butów kapitana znaleziono list Józefy.
— Proszę przeczytać, sennor, — rzekł Sternau do Juareza.
Przeczytawszy list przy blasku ogniska, Juarez rzekł:
— Muszę was zawiadomić o treści listu[1]. Słuchajcie! — odczytał donośnym głosem i dodał: — Musimy przechować ten dokument. Zawiera bowiem wyznanie ciężkich zbrodni. Wszystko w nim jasne. Ale co teraz czynić?
— Przedewszystkiem śpieszmy nad rzekę Sabinas, aby się dowiedzieć, czy sir Dryden przybył.
— A cóż się stanie z moim teściem Arbellezem?
— Udamy się i do hacjendy. Ale przedewszystkiem trzeba ratować ładunek i schwytać Corteja. Droga nad rzekę Sabinas nie będzie trwała dłużej, niż dwie godziny. Zabierzcie zabitym broń. Naprzód, w drogę! — —



V
ANGIELSKIE MILJONY

Port El Refugio leży nad ujściem olbrzymiej Rio Grande del Norte, dzielącej Meksyk od Texasu.
Mimo wielkości rzeki i mimo zalet, w które natura wyposażyła El Refugio, w roku 1866 nie zaliczano go jeszcze do ożywionych portów. Na przeszkodzie rozwojowi stały niespokojne i nieuporządkowane stosunki miejscowe oraz brak zainteresowania olbrzymiego kraju nad Rio Grande handlem światowym.
Nie dziw przeto, że, kiedy do portu zawinął okręt hrabiego z Nothingwell, sir Henry Drydena, naładowany bronią, amunicją i pieniędzmi dla Juareza, poza nędzną brazylijską barką nie znalazł tam żadnego większego statku. Dryden na szczęście miał dwa małe parowce i pewną ilość łodzi, przeznaczonych do rzecznego spławu ładunku.
Przepakowano ładunek okrętowy. Łodzie transportowe oraz oba parowce, które miały je holować, stały na kotwicy opodal od ujścia rzeki. Oczekiwały powrotu Sępiego Dzioba, gońca, którego Anglik wysłał do Juareza z zawiadomieniem o swem przybyciu.
Sir Henry mieszkał w małej, wygodnie urządzonej kajucie jednego z parowców. Z niecierpliwością oczekiwał scouta i niepokoił się, czy nie spotkało go w drodze nieszczęście. Zawołał sternika. Był wieczór, dopiero co się ściemniło.
— Według własnej rachuby Sępi Dziób powinien już był wrócić — rzekł Dryden. — Nie mogę tracić czasu. Jeśli nie przybędzie w ciągu jutrzejszego dnia, wyruszymy.
— Bez przewodnika? — zapytał sternik.
— Dwaj ludzie z załogi znają nieco rzekę. Zresztą mniemam, że natkniemy się po drodze na Sępiego Dzioba.
— A jeśli przytrafił mu się jaki wypadek?
— W takim razie spróbuję sam sobie poradzić.
— A jeśli nawet nie dotarł do Juareza?
— W takim razie byłoby źle. Prezydent nie wiedziałby nic o mojem przybyciu i ładunek byłby zagrożony. Bądź co bądź, nie możemy tu marudzić. Jeśli wiatr będzie sprzyjał Francuzom, należy się spodziewać, że przybędą rychło i wszystko nam odbiorą.
— Kalkuluję, że obędą się ze smakiem.
Słowa te padły z odemkniętych drzwi kajuty. Obaj Anglicy obejrzeli się i poznali tak niecierpliwie wypatrywanego wysłańca.
— Sępi Dziób! — zawołał z zadowoleniem Dryden. — Bogu dzięki!
— Tak, Bogu dzięki! — rzekł trapper, zbliżając się. — To dopiero była heca! Sir, taka podróż — to nie przelewki. Co więcej, wróciwszy, nie znalazłem was odrazu. Nie sądziłem, że zatrzymacie się na tem miejscu.
— Ale wkońcu nas znaleźliście. Powiedzcie mi, jak wam się powiodło?
— Dziękuję sir; bardzo dobrze.
— A poselstwo?
— Wykonane. Jesteście gotowi do jazdy?
— Tak. Dwudziestu ludzi. Sądzę, że to wystarczy. Rozmawialiście z Juarezem?
— Owszem. Lecz spotkałem go nie w El Paso del Norte, tylko w forcie Guadelupie.
— Ach! Dowiedział się o waszem przybyciu i wyjechał na spotkanie?
— Nie, sir. Według moich kalkulacji, nic nie wiedział. Przybył, jakby to powiedzieć, z własnego popędu. Tam, w głębi kraju, zdarzyły się dziwne rzeczy, sir, o których muszę panu opowiedzieć.
Oczy niespokojnie obszukały kajutę. Dryden wskazał krzesło polowe:
— Siadajcie i opowiadajcie!
Hm! Nie jestem przygotowany do tak długiej opowieści, sir. Gardło łatwo mi przy mówieniu wysycha i jeśli...
— Ależ dobrze! — przerwał ze śmiechem Dryden. — Postaram się zaraz o kroplę, która doskonale zwilża zaschnięte gardło.
Otworzył szafkę, wyjął flaszkę i nalał pełną szklankę.
— Pijcie na zdrowie, mister Sępi Dziobie! Zapewne jesteście także głodni!
— Nie przeczę, sir, ale głód może jeszcze poczekać. Jedzenie przeszkadza opowiadaniu. Słowa chcą wyjść nazewnątrz, a kęs gramoli się do wnętrza; spotykają się, zderzają, a z tego, kalkuluję, nic dobrego nie wynika. Natomiast kropla rumu na języku nie przeszkadza mówieniu.
Pociągnął powściągliwie ze szklanki. Prawdziwy westman rzadko bywa pijakiem.
— Jestem ciekaw, co mi pan opowie, — rzekł Dryden.
Jankes skinął głową i z przemyślnym uśmiechem odparł:
— A ja jestem ciekaw, jak pan to przyjmie.
— A zatem wieści naprawdę ważne dla naszej wyprawy?
— Tak, a nawet ważne z innych względów.
Z miną tajemniczą i szelmowską zaczął opowiadać:
— A więc zajeżdżam do fortu Guadelupa do starego Pirnera — chłop naschwał, ale swoją drogą wybitny osioł, sir.
Odwrócił się i splunął, zapewne na wspomnienie rozmowy z Pirnerem, tak celnie, że strzał ten przeleciał tuż nad Drydenem i znikł za otwartem okienkiem kajuty.
Dryden cofnął głowę.
— Proszę! — skarcił ostro trappera. — Czy wystrzał był we mnie mierzony?
— Nie obawiaj się, sir! — odparł trapper spokojnie. — Nie zwykłem nigdy chybiać. Nic panu nie grozi! A więc przybyłem do Guadelupy i znalazłem tam Czarnego Gerarda. Myślałem o tem, aby mnie zaprowadził do Paso del Norte, ale to było zbyteczne, gdyż Juarez przybywał do fortu. A przybył nie bez powodu. Czy wie pan, że walka się już rozpoczęła?
— Nie, nie wiem.
— Otóż Juarez rozpoczął działania. Posiada poparcie Apaczów, którzy pobili na głowę wroga koło Guadelupy. Obecnie prezydent wyruszył na zdobycie Chihuahua; stamtąd pojedzie ku Monclovie, a następnie podąży na spotkanie z panem.
— Gdzie ma nastąpić?
— U zbiegu Rio Sabinas i Rio Salado. Według kalkulacji przybędziecie tam jednocześnie, jeśli pan wyruszy jutro rano, sir.
— Wyruszę jeszcze dziś wieczorem, o ile ciemności nie stoją na zawadzie.
— Bynajmniej. Rzeka jest dosyć szeroka, a woda tak błyszczy, że łatwo ją odróżnić od lądu.
— Czy Juarez przybędzie sam, czy też wyśle kogo w zastępstwie?
— Jak kalkuluję, sam przybędzie.
— Oczywiście z dosyć wielkim oddziałem.
— Rozumie się! Nie zabraknie ludzi, gdyż, skoro tylko zjawi się w Chihuahua, nadciągnie mnóstwo woluntarjuszy.
— A więc wie pan na pewno, że pokonał Francuzów?
— Na pewno, gdyż sam brałem udział w walce.
— Czy Juarez osobiście dowodził?
— Właściwie tak, aczkolwiek nie brał osobiście udziału w bitwie. Najwięcej zdziałali, przynajmniej z początku, Czarny Gerard, który miał bronić fortu, i Niedźwiedzie Oko, wódz Apaczów.
Sępi Dziób wypowiedział te słowa, mocno akcentując imię Indjanina. Dryden podniósł głowę:
— Niedźwiedzie Oko? Co za podobieństwo!
— Z Niedźwiedziom Sercem, nieprawdaż? — zapytał myśliwy.
— No, tak, — odparł Dryden. — Czy znał pan tego Indjanina?
— Dawniej nie znałem, ale teraz to i owszem, — mruknął trapper obojętnym tonem.
— Co pan powiada! Zna pan wodza, imieniem Niedźwiedzie Serce? Gdzie go pan spotkał?
— Koło fortu Guadelupy.
— To przypadek. Wielu Indjan przybiera imiona zwierząt. Zapewne kto inny przyswoił sobie to imię.
— O nie! Indjanin nie przyswaja sobie imienia, należącego do kogo innego.
— A jeżeli ten ktoś należy do innego plemienia?
— Tem bardziej nie.
— Z jakiego plemienia pochodzi pański Niedźwiedzie Serce?
— Jest to Apacz, a Niedźwiedzie Oko jest jego bratem.
— To mnie szczególnie obchodzi, mister Sępi Dziobie. Muszę panu nadmienić, że Niedźwiedzie Serce od wielu lat zaginął.
— Istotnie, sir. Jego brat Niedźwiedzie Oko długo szukał go daremnie i sądził już nawet, że został zamordowany przez białych.
— Ale powiada pan, żeś widział Niedźwiedzie Serce! Tego zaginionego?
— Tak; jego we własnej osobie.
Lord zerwał się z miejsca.
— Co za wiadomość! Mister, nie wie pan nawet, jaką nowinę mi przyniosłeś!
Trapper pohamował uśmiech i potwierdził:
— To on, sir.
— Czy nie dowiedział się pan, gdzie przebywał tyle czasu?
— Gdzie mógł przebywać? Zawieruszył się w sawanach lub gdzie indziej. Czerwonoskórzy są wiecznymi włóczęgami.
— Och, ale nie on! Czy sądzi pan, że będzie towarzyszył prezydentowi i razem z nim przybędzie do Rio Sabinas?
— Tak sądzę, sir.
— Dzięki Najwyższemu! Zobaczę go i będę mógł z nim rozmawiać. Dowiem się o jego dawnych towarzyszach i o ich losie. Jeśli wpadnę na jakiś ślad, już nie porzucę go. Czy nikt Indjaninowi nie towarzyszył, mister Sępi Dziobie?
— O, tak, — odpowiedział powoli trapper z obojętną miną. — Był z nim pewien Hiszpan, niejaki Mindrello, Indjanka, imieniem Karja, pewna sennorita Emma i — —
Wzburzony lord podnosił się i opadał na krześle.
— Ta sennorita zdaje się być poślubiona. Przynajmniej bardzo czule obchodzi się z pewnym sennorem.
— Czy zna pan jego imię?
— Nazywa się Unger i w swoim czasie był znakomitym myśliwym. Słynął pod imieniem Piorunowego Grota. Był tam również jego brat, sternik, czy kapitan.
Lord położył rękę na ramieniu westmana. Ręka ta drżała, a drżał także głos, którym zapytał:
— Czy nikogo więcej nie było?
— Muszę się zastanowić, milord. Tak, przypomninam sobie jeszcze jednego olbrzymiego draba z brodą, sięgającą do pasa. Był niegdyś właściwie lekarzem, ale również znakomitym myśliwym. Nazywali go Władcą Skał.
— Sternau?
— Sternau — potwierdził trapper. — Tak się właśnie nazywa.
— Dalej, dalej! Czy nie było jeszcze jednego, jedynego jeszcze?
— Owszem. Starszy pan, którego nazywali don Fernando. Zdaje się, że stary Pirnero powiedział, iż ten sennor jest hrabią Rodriganda.
Lord nie mógł już dłużej panować nad sobą.
— To dziwne, bardzo dziwne! — zawołał. — Czy nikogo więcej nie było, nikogo więcej?
— Jeszcze jeden, ale ten to już naprawdę ostatni. Mimo różnicy wieku, jest niezwykle podobny do starego hrabiego. Sternau i on są na ty. Zdaje się, że Sternau nazywał go Mariano.
— A więc i on uratowany! Boże, dzięki Ci! Opowiadajcie, opowiadajcie!
— Chętnie, milord! Dowie się pan o wszystkiem. Atoli, milordzie, znowu gardło mi wyschło i tak stwardniało, że...
— Tu stoi flaszka. Niech się pan uraczy!
Sępi Dziób nie czekał, aż mu powtórzą. Łyknął i zaczął zdawać relację z uzyskanych wiadomości. Lord, a nawet sternik, słuchali z niesłabnącą uwagą. Wreszcie opowieść trappera dobiegła końca.
— Oto wszystko, co wiem. O szczegółach dowie się milord od tych panów, skoro spotkacie się nad Rio Sabinas.
— Tak, bodajbyśmy mogli już wyruszyć! — rzekł lord. — Ale jesteście zbyt zmęczeni?
Pah, dobry myśliwy nie zna zmęczenia. Skoro pan chce jechać, jestem do pańskich usług. Czy pańscy ludzie na stanowiskach?
— Wszyscy. Nawet kotły są nagrzane, jak pan chyba zauważył.
— Przymocuje się łodzie transportowe do obu parowców. Moje miejsce jako przewodnika jest na pierwszym parowcu. A pańskie?
— Tamże.
— Wieczorami nie będziemy zarzucać kotwicy koło brzegu, jak się to zazwyczaj czyni, lecz pośrodku rzeki. Czy pańscy ludzie są dobrze uzbrojeni?
— Tak, wszyscy. Zresztą, mam amunicję na łodziach. Niema powodu do obaw, mister Sępi Dziobie.
— Tak też sądzę, ale nie będziemy się guzdrać. Niech pan poczyni przygotowania do wyjazdu; pozostałą robotę ja biorę na siebie.
Myśliwy zaczął obchodzić łodzie. Śród zwerbowanej załogi niejednego spotkał znajomego. Zarówno ci, jak i pozostali robili wrażenie ludzi pewnych. Trapper kazał sternikowi drugiego parowca trzymać się tuż za pierwszym, poczem wrócił do lorda.
Wyrzucono liny i umocowano łodzie. Gwizdnięcie dało znak do podniesienia kotwicy. Oba holowniki ruszyły z miejsca.
Było wprawdzie ciemno, lecz gwiazdy, jasno jarzące, i blask wody oświetlały wyraźnie drogę.
Sępi Dziób stał na mostku i pilnie wpatrywał się w rzekę; lord, tuż przy nim, wypytywał o setki szczegółów. — —

∗             ∗

Kiedy się wyjeżdża przeciw prądowi z miasta City, leżącego na lewym brzegu Rio Grande, na prawym brzegu natrafia się wkrótce na miejscowość Mier. Stąd zaś do Revilla i Belleville, gdzie Rio Salado wpada w Rio Grande, jest przeszło pięćdziesiąt mil.
Na całej tej długiej przestrzeni brzegi są gęsto zalesione. Las, obrąbiony gęstemi zagajnikami, już nieopodal brzegu wznosi potężne słupy drzew ku niebu.
Tędy jeździec przejedzie łatwo, podczas gdy zagajnik nadrzeczny nastręcza wiele trudności. — —
W gęstym cieniu lasu mknął znaczny oddział jeźdźców równolegle do brzegu, a wgórę rzeki. Wszyscy byli dobrze uzbrojeni, lecz siedzieli na zmęczonych wierzchowcach.
Na czele jechało dwóch jeźdźców. Jednym z nich był Pablo Cortejo, śmieszny pretendent do władzy nad Meksykiem. Rysy jego miały ponury wyraz; o, nie można było powiedzieć, aby był w dobrym humorze. Zresztą, wszyscy mieli nietęgie miny; snać udzieliło się im kwaśne usposobienie przywódcy, który oto rozmawiał ze swym sąsiadem, od czasu do czasu przeplatając zdania przekleństwami.
— Przeklęty pomysł holować na dwóch parowcach! — rzekł Cortejo.
— Toby jeszcze uszło — mniemał drugi. — Bardziej przeklęty jest pomysł nieprzybijania do brzegów. Wszak liczyliśmy na nocny napad. Nic z tego nie będzie.
— Bodajby djabli porwali tego Anglika! Od San Juan mkniemy za nim, ostatni dech wypędziliśmy z wierzchowców, a wszystko nadaremnie.
— Chytrością tylko można go będzie schwytać, sennor.
— Twój pomysł djabła wart! Wszak Anglik nie zbliża się do brzegu.
— Niech się nie zbliża. Niech tylko sam przyjdzie.
— Ale w tem właśnie sęk.
— Pozostaw to mnie, sennor!
— A zatem odważysz się?
— Tak. Ale rozumie się, że za umówionem wynagrodzeniem.
— Otrzymasz je. Kiedy staniemy u celu?
— Za pół godziny. Owe miejsce doskonale się nadaje do naszych zamiarów. Byłem już tam niegdyś; spędziłem tam noc całą.
— Zdaje mi się, że masz słuszność. Jeśli schwytamy Anglika, to i resztę mamy w ręku. Ale chodzi właśnie o to, by go schwytać.
— Schwytamy, sennor; ani wątpię.
Istotnie, po upływie pół godziny dotarli do ostrego zakrętu rzeki. Półwysep, wciśnięty klinem w wodę, grunt miał skalisty, roślinności skąpe. Stąd łatwo było ogarnąć wzrokiem całą szerokość rzeki i, analogicznie, miejsce to było całe widoczne z rzeki. Natomiast las, który zaczynał się o pięćdziesiąt kroków od rzeki, był niedostępny dla oczu.
W lesie, między drzewami, zaszył się oddział Corteja.
Tymczasem lord Dryden zbliżał się do tego miejsca; nie wiedząc nic o, ścigającym statki na prawym brzegu, wrogu, który zamierzał go obedrzeć z ładunku.
Słońce chyliło się ku zachodowi, kiedy przedni parowiec dojechał do zakrętu. Lord stał wraz z Sępim Dziobem przy sterniku.
— Jak daleko do Salado? — zapytał trappera.
— Będziemy tam jutro w południe; stamtąd skręcimy w Salado. Znając drogę, na dobrym rumaku można bardzo rychło dotrzeć do wyznaczonego miejsca. Ale spójrzno, milord! Czy nie stoi tam, na jałowem wybrzeżu, jakiś człowiek?
— Stanowczo. Teraz usiadł.
— O nie; nie usiadł, lecz runął. Zdaje się, że jest ranny.
— Teraz znów się podnosi, ale z trudem, — dodał Sępi Dziób. — Chwieje się na nogach. Pragnie zapewne, abyśmy go zabrali ze sobą.
— Czy nie wyślemy łodzi? Nie można odmówić pomocy nieszczęśliwemu, leżącemu bezradnie na pustkowiu.
— Posłuchajmy! On woła coś! — rzekł trapper.
Widać było, jak nieznajomy przyłożył ręce do ust.
— Juarez!
Wypowiedział tylko to jedno słowo, ale słowo, które wywarło odpowiednie wrażenie.
— Goniec od prezydenta! — rzekł lord. — Musimy go zabrać na pokład. Ja sam udam się na wybrzeże, aby z nim pomówić.
— Nie, milordzie; wszak jesteśmy w strefie dzikich lasów; nie powinien się pan wystawiać na niebezpieczeństwo. Wystarczy wysłać po niego łódź.
Sternik wydał odpowiednie rozkazy. Dwaj ludzie popłynęli ku brzegowi. Tymczasem oba małe parowce zatrzymały się na miejscu. Mimo zapadającego wieczoru, widać było, jak majtkowie wylądowali, przymocowali czółno i zbliżyli się do nieznajomego, leżącego na ziemi.
Rozmówiwszy się z nieznajomym, wsiedli, lecz bez niego, do czółna i wrócili do parowca. Podczas, gdy jeden został w czółnie, drugi wszedł na pokład.
— Czemuście go nie przyprowadzili? — zapytał lord.
— Spadł z konia i ciężko się zranił. Cierpi biedak okropnie, zwłaszcza kiedy się go dotyka. Prosił nas przeto, abyśmy go zostawili w spokoju; przecież i tak umrze, jest bowiem śmiertelnie ranny. Rumak rzucił go na drzewa; wróciwszy do przytomności, z trudem dowlókł się do rzeki.
— Czemu więc dawał nam sygnał, skoro nie chce naszej pomocy? — zapytał Sępi Dziób.
— Jest wysłańcem Juareza, który polecił mu zatrzymać się nad rzeką i wypatrywać lorda Drydena, aby mu udzielić ważnych wiadomości.
— To nie brzmi prawdopodobnie. Juarez wie, gdzie ma nas oczekiwać. Jeśliby wysłał gońca, to tylko w tym wypadku, gdyby zmienił miejsce spotkania, lub gdyby chciał nas ostrzec przed grożącem niebezpieczeństwem. Zresztą, czemu ranny nie udzielił wam treści swego poselstwa?
— Pragnie osobiście widzieć sir Drydena, gdyż poselstwo jest zbyt ważne, aby mógł wtajemniczać innych.
— To mi się wydaje podejrzane. Czy widziałeś jego konia?
— Nie.
— Czy nie było wpobliżu jakichś śladów kopyt?
— Niepodobna było poznać. Grunt jest skalisty.
— Czy nie oglądałeś skraju lasu?
— Owszem; ale nie zauważyłem nic podejrzanego.
— Będę musiał pojechać — mniemał lord. — Muszę wiedzieć, co kazał mi donieść Juarez.
— Poseł może powiedzieć komu innemu — rzekł z niedowierzaniem Sępi Dziób. — Kto wie, ile się tam kryje ludzi za temi drzewami!
— W takim razie wcale nie wyląduję. Mogę się wszak rozmówić z nim z czółna.
— A jednak będą mogli trafić pana z lasu kulą. — Rzekłszy to, zakasłał kilkakrotnie i plunął w rzekę. — Ach, milordzie, strzeliła mi bajeczna myśl do głowy. Ja sam pójdę. Podam się za sir Henryka Drydena i kalkuluję, że nienajgorzej wywiążę się z tej roli.
Mówiąc to, stroił sowizdrzalskie miny. Lord obejrzał go od stóp do głów, obejrzał jego długi nos, jego wyschniętą postać, jego odkrytą, owłosioną pierś, jego porwaną odzież i odparł łagodnie:
— Tak; tak też sądzę, że będzie pan istnym lordem.
— No, godności mi nie brak, — rzekł myśliwy. — Jesteśmy jednakowej długości, milord. Czy nie ma pan czasem ze sobą ubioru, jaki się zazwyczaj nosi w Londynie, czy w New Yorku?
— Owszem.
— Cylinder, rękawiczki, kokardka i szkiełko do oka, zwane monoklem, a może nawet parasol?
— Rozumie się.
— Czy nie chciałby mi pan pożyczyć tych drobnostek?
To pytanie pociągnęło za sobą wesołą dyskusyjkę. W rezultacie postanowiono, że Sępi Dziób uda się na ląd jako lord Dryden.
Trapper znikł w kajucie lorda, a kiedy zjawił się po chwili, ubrany był z całą paradą.
Następnie poszedł po swoją broń.
Tu, pośród odwiecznych lasów, wyglądał nad wyraz cudacznie. Ubranie z szarego sukna, kamaszki-lakiery, szary cylinder, żółte rękawiczki, parasol i binokle na długim, olbrzymim, sępim nosie, rzucałyby się w oczy w wielkiem mieście, a cóż dopiero na tem pustkowiu!
— Jedno z dwojga — rzekł. — Albo ten jegomość jest istotnie gońcem Juareza, albo cała ta historja jest pułapką, w którą zamierzają nas wciągnąć. Jeśli podejrzenie moje się sprawdzi, to nie można przewidzieć, jak się przygoda skończy.
— Cóż mamy czynić w tym wypadku, mister Sępi Dziobie?
— Stójcie na kotwicy, dopóki nie wrócę.
— A jeśli pan wcale nie wróci?
— Poczekacie do jutra rana, a następnie ostrożnie pojedziecie dalej. Tak, czy inaczej, znajdziecie Juareza. Ale proszę was, miejcie się na baczności. Jeśli mnie schwytają w niewolę — znaczy, że zamierzają ograbić nasz ładunek. Spróbują zatem napaść na was w nocy.
— Będziemy czuwać.
— Nabijcie armaty kartaczami, ale czyńcie to tak, aby z brzegu nie zauważono. Dobrze, że działa są powleczone płótnem.
— Ale pan? Obawiam się o pańską całość!
— Nie lękaj się sir! Mnie niepodobna więzić. Jeśli mnie nawet schwytają, to umknę. A następnie pośpieszę do Juareza.
— A w jaki sposób?
Zapytany wystrzelił śliną ku rzece.
— Oczywiście konno.
— Nie posiadając wierzchowca?
— Ja nie posiadam, ale oni tam na pewno mają rumaków poddostatkiem. Zresztą, znam dobrze ten zakątek. Teraz jest jeszcze dosyć jasno; zanim noc zapadnie, dotrę do prerji i o świcie, o ile tylko koń okaże się znośny, będę u Juareza. Prezydent nie będzie zwlekał, aby schwytać za czuprynę tych łotrów.
— Ale w jaki sposób będę wiedział, czy się z panem wrogo obejdą, i czy pan umknął?
— Napaść stwierdzicie na własne oczy, a ucieczkę — uszami. Czy zna pan krzyk meksykańskiego sępa?
— Tak; bardzo dobrze.
— Otóż, jeśli wydam taki krzyk, to znaczy, żem wolny. Przy drugim okrzyku — siedzę na koniu, a przy trzecim jestem już zupełnie przeświadczony, że umknę. Skoro zaś usłyszycie zdala czwarty okrzyk, to wiedzcie, że jestem w drodze do Juareza.
— Będziemy bacznie uważać, mister.
— Dobrze. Zatem przygoda może się rozpocząć.
Sępi Dziób sięgnął do kieszeni spodni, świeżych jak prosto z igły, wyciągnął potężną szczyptę tabaki do żucia i odgryzł, ile się dało.
— Ależ sir, lord nie żuje tabaki, — roześmiał się sternik.
Pah! I lord przecie żyje! — odparł myśliwy. — Czemużby lordowie mieli pozbawić się najsubtelniejszej rozkoszy życia? Wszyscy lordowie żują, ale czynią to tak, że nie znać tego po nich.
Mówiąc to, wziął pod pachę parasol i skoczył do czółna. Wnet potem kazał obu majtkom wiosłować w kierunku wybrzeża. — —

Przypisy


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol May i tłumacza: anonimowy.