Strona:Karol May - Benito Juarez.djvu/75

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Wojsko wasze wycięto w pień.
— Kpiny, panie?
— Nie, mówię prawdę. Żywa noga nie uszła.
Po chwili milczenia pułkownik Laramel krzyknął:
— To bezczelne kłamstwo!
Sternau nie spojrzał nań nawet i mówił dalej do komendanta:
— Proszę bardzo, aby wybawił mnie pan od słuchania tych obelg, w przeciwnym bowiem razie zmuszony będę uciec się do samoobrony.
— To kłamstwo! — powtórzył Laramel z wściekłością. — Ten człowiek łże!
Ledwie zdążył wypowiedzieć ostatnie słowa, już leżał bez ruchu na podłodze. Sternau wstał z błyskawiczną szybkością i zdzielił go pięścią w głowę tak silnie, że Laramel zwalił się, jak długi.
Oficerowie osłupieli na widok tego, co zaszło. Komendant opamiętał się pierwszy i zawołał groźnie:
— Na co się pan waży, monsieur? Uderzył pan dowódcę pułku? Czy wiadomo panu, że za to karzemy śmiercią? Każę pana natychmiast zaaresztować!
Ruszył w kierunku drzwi.
— Stać! — zawołał Sternau tonem rozkazującym.
Oficer zatrzymał się; spojrzał z osłupieniem na Sternaua.
— Czy pan oszalał? Jak pan śmie używać takiego tonu? — zawołał, wyciągając rapir z pochwy. Reszta oficerów poszła za jego przykładem.
— Zostawcie broń w spokoju — rzekł Sternau. — Przyszedłem, abyście mnie wysłuchali, i zmuszę was do

69