Strona:Karol May - Benito Juarez.djvu/96

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Pocóż więc chełpić się napróżno? Chce pan ze mną mówić, czy nie?
— Nie mogę pana uznać za osobę, z którą wolno mi pertraktować.
Zapoteka ponuro ściągnął brwi.
— To samo oświadczyliście memu pełnomocnikowi. Ośmieliliście się nawet grozić mu niewolą i śmiercią — zapowiedzieć, że będziecie mnie uważali za bandytę. Tymczasem rzecz ma się wprost przeciwnie. To wy wtargnęliście tutaj, was mógłbym nazwać bandytami.
— Do licha! Gdybym nie był związany, pokazałbym wam, w jaki sposób oficer reaguje na tego rodzaju obrazy.
Pah! O obrazie nie może być mowy. Czarny Gerard uderzył was pięścią. Gdybyście byli osobą cywilną, nie pociągnęłoby to za sobą żadnych skutków, ponieważ jednak jesteście oficerem, naraziliście się dzięki temu na miano człowieka bez honoru. Przecież Gerard pozrywał wam nawet epolety; jest to największa hańba, jaka oficera spotkać może. Poniżam się, patrząc na was. Podobnie rzecz ma się z pułkownikiem Laramelem. Sennor Sternau uderzył go pięścią. Mam więc podstawy do twierdzenia, że się obecnie nie znajduję w towarzystwie gentlemanów. Pytam jeszcze raz: chce pan ze mną mówić, czy nie?
Oficer milczał zakłopotany.
— Milczenie zdaje się wskazywać, że przyznajecie mi rację, — ciągnął Juarez. — Zresztą, nie chodzi mi wcale o to, kto z nas dwóch jest bardziej powołany do pertraktacyj. Niechaj fakty przemówią. W niewoli

90