Strona:Karol May - Benito Juarez.djvu/105

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


głową. Zaślepiony ten człowiek nie wierzył jeszcze ciągle, by się odważono powiesić pułkownika.
— Nie poddajemy się, ale nie zniesiemy dłużej takiego traktowania! — odparł zmieszany i stropiony komendant.
— Zwarjowaliście chyba. Oto moja odpowiedź! — odparł Juarez i dał znak Apaczowi. Ten rzucił środkową część lassa wgórę z taką zręcznością, że rzemień ośmiokrotnie owinął się dokoła haka. Indjanin podciągnął lasso; raz, dwa, trzy — i pułkownik zawisł na suficie. Kurczowe jego ruchy sprawiały upiorne wrażenie.
— Morderstwo, morderstwo! — ryczał komendant.
Reszta skrępowanych oficerów okazywała oburzenie poruszeniami ciała.
— Nie chcę słuchać tego ryku — rzekł Juarez.
Skinął na Apacza; w przeciągu jednej sekundy komendant miał znów knebel na ustach. Apacz, który trzymał lasso obydwiema rękami, przywiązał jego koniec do komina, nie chcąc się bez potrzeby natężać. — Juarez opuścił pokój, aby odszukać Sternaua. W wartowni powiedziano mu, że Sternau zszedł do piwnicy, by uwolnić zakładników. — —
Latarka klucznika nie oświetlała dostatecznie długiego korytarza, dlatego też zakładnicy, uwolnieni cudem, nie poznali prezydenta.
— Ci dzielni ludzie byli zamknięci w ratuszu? — zapytał Juarez.
— Na szczęście, tak. Udało nam się bez wielkiego wysiłku ich uwolnić.
— Byli strzeżeni?
— Przez pięciu żołnierzy i trzech spowiedników.

99