Strona:Karol May - Benito Juarez.djvu/67

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Zechce mnie pan zameldować, sennor?
— Chętnie. Nazwisko?
— Nazywam się doktór Sternau.
— Doskonale. Proszę za mną.
Oficerowie siedzieli nad ponczem ananasowym; rozmawiali, zwyczajem francuskim, lekko i wesoło o polityce i budowali domki z kart.
Wszedł podoficer i zameldował:
— Jakiś pan chce mówić z panem komendantem.
— O tak późnej porze? — zapytał komendant z niechęcią. — Któż to taki?
— Powiada, że się nazywa doktór Sternau.
— Niemieckie nazwisko. To zapewne felczer, lub chirurg jakiegoś belgijskiego, albo cesarskiego pułku. Niech wejdzie!
— Wejść! — ryknął podoficer, opuszczając pokój.
Oczy wszystkich skierowały się ku drzwiom.
Zamiast pokornego eskulapa, którego się oficerowie spodziewali, wyrosła przed nimi postać wysoka, herkulesowa, ubrana w bogaty strój meksykański.
— Dobrywieczór panom — rzekł Sternau, skłoniwszy się.
Olbrzymi wzrost wywarł silne wrażenie; oficerowie wstali i odpowiedzieli na ukłon ukłonami.
— Skierowano mnie do komendanta Chihuahua.
— Jestem nim — rzekł komendant. — Niech pan siada. Przedtem przedstawię panów oficerów.
Przy każdem nazwisku Sternau skłaniał głowę lekko i dumnie. Gdy komendant wymienił nazwisko pułkownika Laramela, Sternau spojrzał nań badawczo. Wreszcie usiadł.

61