Strona:Karol May - Benito Juarez.djvu/110

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Dowiedziawszy się, poco ich zwoływano, zdziwieni, oddawali broń niechętnie. Ze względu jednak na przeważającą liczbę Indjan, tłumili w sobie niezadowolenie, nie mając odwagi stawiać oporu. —
Tymczasem Juarez siedział w mieszkaniu sennority Emilji i udzielał jej instrukcyj na podróż do Meksyku. — —
Dźwięk pobudki zbudził mieszkańców miasta. Przeczuwali coś niedobrego; tylko najdzielniejsi odważyli się zbliżyć do ratusza, w którym nagle zabłysło jaskrawe światło, padając na grupę Indjan i strzelców, stojących na dole.
Od grupy Indjan odłączyła się jakaś postać i podeszła do obywateli. Był to Mariano. Zapytał:
— Ciekawi was, co się tu dzieje?
— Tak — odparło kilka głosów.
Opisał w krótkich słowach przebieg wypadków. Słowa jego wywołały niezwykłą radość.
Niech żyje Juarez! Niech żyje republika! Śpieszcie zawiadomić miasto! Śpieszcie! Wszyscy republikanie do broni! Za prezydenta i za republikę!
Misja właściciela venty była właściwie zbyteczna, o świcie bowiem wpobliżu ratusza stanęło około tysiąca ludzi, gotowych walczyć w obronie republiki i prezydenta. —
Aby nie zwracać zbytniej uwagi, ruszył bocznemi ulicami mały oddział ku południowej bramie miasta, wioząc pośrodku zakwefioną damę. To Emilja opuszczała Chihuahua, aby nie narażać się na złe języki republikanów i podejrzenia Francuzów.
Niedługo potem, ku tej samej bramie, ruszyli

104