Strona:Karol May - Benito Juarez.djvu/117

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— O wiele więcej. Zawiadomię o tem Juareza. Brat mój wszystko usłyszy.
Niedźwiedzie Oko zadowolnił się tą odpowiedzią.
Po niedługim czasie dotarli do swoich, którzy oczekiwali ich z niecierpliwością.
— Znaleźliście białych? — zapytał Juarez.
— Tak, bardzo łatwo. Rozmawiali głośno — odparł Sternau. — To zwolennicy Corteja.
Opowiedział, co podsłuchał.
— Musimy bezwarunkowo ująć tych ludzi — rzekł Juarez — i to jak najprędzej. Nie możemy tracić czasu; przecież nasze spotkanie z sirem Drydenem miało nastąpić dziś wieczorem.
— Proszę w takim razie o rozkaz.
— Rozkaz? Nie jestem wojownikiem, ani strzelcem; pozostawiam wszystko wam.
— Niech więc konie pozostaną tutaj ze względu na dobrą paszę. W lesie nie miałyby co jeść i mogłyby nas zdradzić. Powbijamy do ziemi pale, przywiążemy do nich wierzchowce. Dziesięciu ludzi wystarczy, aby nad niemi czuwać. Reszta rozdzieli się. Połowę poprowadzę sam, połowę Niedźwiedzie Oko, znamy bowiem obóz dokładnie. Otoczymy go pierścieniem.
— Jeżeli te łotry mają głowę na karku, nie dopuszczą do przelewu krwi. Chciałbym go uniknąć za wszelką cenę, tem bardziej, że umarli nic nam powiedzieć nie potrafią.
— Proponuję w takim razie następującą rzecz, sennor. Dwóch z nas uda się do obozu w roli strzelców. Nie przypuszczam, aby im groziło jakieś niebezpieczeństwo. Później krzykiem sowy dam znak, że-

111