Strona:Karol May - Benito Juarez.djvu/116

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Przedewszystkiem poto, by odebrać Anglikowi pieniądze.
— I broń.
— Przeznaczoną dla Juareza, co? Zapoteka będzie się djablo złościł, gdy się dowie, że rywal go ubiegł.
Wystarczyło to Sternauowi. Nie chcąc się niepotrzebnie narażać, wrócił pod umówione drzewo.
Po niedługiej chwili zbliżył się Niedźwiedzie Oko i szepnął:
— Niechaj brat mój idzie za mną.
Wyszli z lasu na prerję, tonącą w mrokach nocy.
— Jest ich dziesięć razy po pięć — rzekł Apacz.
— Naliczyłem tyleż — oświadczył Sternau. — A konie?
— Przywiązano o dwa razy po sto kroków od ognisk. Stoją głęboko w lesie.
— Czy brat mói nasłuchiwał, co ci ludzie mówili? Czy dowiedział się czegoś ważnego?
— Jeden mówił o skazanym na śmierć hacjenderze, twierdząc, że wciąż widzi przed sobą jego twarz.
— To z pewnością łotr, który popełnił jakąś nikczemność; trapią go teraz wyrzuty sumienia. Czy brat mój jeszcze coś słyszał?
— Nie. Poszedłem na poszukiwanie koni; później wróciłem tutaj.
— Wracajmy więc szybko do naszych.
— Czy biały mój brat dowiedział się czegoś więcej, aniżeli jego czerwony przyjaciel? — zapytał Apacz, gdy ruszyli.

110