Strona:Karol May - Benito Juarez.djvu/118

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


śmy ich otoczyli. Wtedy obydwaj powiedzą otwarcie, kim są, i zażądają, by oddział się poddał. Unikniemy napadu znienacka, który kosztowałby sporo krwi.
— Może ma pan rację, sennor, lecz rola tych dwóch jest bardzo niebezpieczna. Któż się jej podejmie?
— Ja, ja, — rozległo się wiele głosów.
— Mamy dosyć odważnych ludzi — rzekł Sternau.
— Niech pan wybiera.
— To trudna sprawa; nie chciałbym nikogo obrazić. Indjan oczywiście wykluczamy. Mam wrażenie, że najlepiej będzie posłać Mariana i Piorunowego Grota.
Obydwaj zgodzili się z największą radością. Odwiązali konie, wskoczyli na nie i ruszyli.
— Za kogóż się podamy? — zapytał Mariano.
— Oczywiście, za strzelców, — odparł Unger.
— Dobrze. Jakiego pochodzenia?
— Jestem Niemcem i to im oświadczę.
— A jam francuski zastawiacz sideł.
— Dobrze. Nazywam się Unger; nie przeinaczam mego nazwiska.
— Ja zaś Lautreville, to przecież moje dawne nazwisko. Przybyliśmy z Laredo przez Rio del Norte i chcemy się dostać do Francuzów, aby walczyć przeciw temu przeklętemu Juarezowi.
— Świetnie — rzekł Unger z uśmiechem. — A więc naprzód!
Zatoczyli w galopie koło tak, by obozujący mieli wrażenie, że przybywają z północy. Zwalniajac biegu, zatrzymali konie na skraju lasu. Ujrzeli promień światła,

112